Gazeta Wyborcza - 2011-04-29
Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
Wiktor, który dojrzał za późno
Rozmowa telefoniczna z Wiktorem Żwikiewiczem, autorem powieści science fiction, w Wielką Środę
Dzień dobry. Pan Wiktor Żwikiewicz? Jesteśmy dziennikarzami z
"Gazety Wyborczej".
- Ona ciągle wychodzi? To miło. W innym życiu nosiłem komputery z Regionu
Mazowsze do waszej pierwszej redakcji.
Chcieliśmy się umówić na wywiad.
- Kiedy?
Jutro?
- To takie pilne?
Święta się zaraz zaczynają...
- Jakie święta?
Wielkanoc.
- Myślałem, że już była.
To możemy przyjechać? O której by pasowało?
- Przyjechać możecie o każdej, bo ja nigdzie nie wychodzę.
- Głównie, chociaż nie tylko. Ja dostałem ten pokój od miasta. Dużo
rzeczy dostaję. To miłe, bo przecież niczego nie mogę dać w zamian. A moi sąsiedzi
to bardzo przyzwoici ludzie. Jak przychodzi zasiłek, od razu go przepijają. Długów
nie płacą, na co dzień, by przeżyć, leciutko kradną - ale nigdy tutaj. Mają
żelazne reguły: nie okrada się przyjaciela - nawet z zapalniczki, nie
pierdoli się żony kolegi - nie ma, że "zakochałem się" albo
"to ona chciała". W środowiskach inteligenckich, gdy się jeszcze w
nich obracałem, nie było takiego rygoryzmu moralnego. I chyba dalej nie ma.
Jest pan szczęśliwy?
- Mógłbym powiedzieć, że jestem najszczęśliwszy w tym mieście, że jestem
prawdziwym polskim Diogenesem, gdyby nie jedna rzecz. Za dziećmi tęsknię. Tak
mocno, że normalnie śnię o nich. Wyć mi się chce. Wiecie, że w krajach
Dalekiego Wschodu potomstwo po rozwodzie zostawia się ojcu?
Ile dzieci pan ma?
- Troje. 18, 16 i 14 lat. Dwie córki i syna.
Mieszkają w Bydgoszczy?
- Tak, jeden przystanek autobusem. Ale tutaj, do mnie, nie zaglądają. Nie było
mnie przy nich, gdy miały urodziny, komunie, egzaminy... A teraz nie ma ich
przy mnie.
Wstydzą się pana, mają żal czy...
- ...nie wiem. Ostatnio syna spotkałem na ulicy. Mówił, że jest raperem. Puścił
mi kawałek tej muzyki. Potworna. Macie może papierosy?
Może skoczymy coś kupić - i do palenia, i do jedzenia, i kawę... Wrócimy za
pół godziny?
- Ja nigdzie nie ucieknę.
- Ba! Żebym ja miał za co pić albo chociaż potrafił tak kraść, jak moi
sąsiedzi, to może bym się i rozpił chętnie. Chociaż przymusowa abstynencja
ma i dobre strony. Nikt nie odnajdzie tylu smaków w najtańszym piwie jak ten,
kto je pije raz na sześć miesięcy.
Panie Wiktorze, pan się pochował za życia...
- ...w dziurze, jak Tymon Ateńczyk. Może jeszcze znajdę swoją żyłę złota.
Pisze pan coś?
- Krótkie formy, głównie do szuflady. Do komputera. Ten zabytek w kącie też
jest prezentem od dobrych ludzi.
Pana pierwsze opowiadanie nazywało się "Zerwane ogniwo". Wygrał pan
konkurs "Młodego Technika". Równo 40 lat temu.
- To który teraz jest rok?
Robi pan z nas żarty.
- Ależ skąd!
Kiedy pan wyszedł ostatnio do miasta?
- Nie pamiętam.
A słyszał pan, że spadł samolot w Smoleńsku?
- Tak, wtedy właśnie wyszedłem po chleb. A jak już wyjdę, lubię sobie
przystanąć i pogadać, zresztą szybko się męczę, więc to konieczność.
Na przystanku tramwajowym zagadałem. Ludzie nic - skwaszeni, milczący,
ponapinani... Pani w kiosku też - cisza. No i w końcu ktoś mi powiedział o
tym samolocie. Przykra sprawa. Pamiętam, że nie kupiłem chlebka, wybrałem
papierosy. Jak człowiek ma do wyboru chleb czy fajki, to zawsze wybierze to
drugie. A opowiadanie? Mój tata, księgowy w fabryce słodyczy Jutrzenka,
podejrzał mnie kiedyś znienacka, jak piszę. Wydało mi się, nie wiem czemu,
że go moje pisanie śmieszy. Więc postanowiłem udowodnić: będę literatem!
Wygrałem jeden konkurs, drugi, dostałem stypendium im. Borowskiego.
Ojciec zarabiał 1400 złotych miesięcznie, ja - stażysta po szkole
geodezyjnej - 3 tysiące, bo to była praca przy pomiarach w terenie, na akord.
A stypendium literackie wynosiło 3,5. Za nicnierobienie. Zaliczki za książkę
dostawałem 30 tysięcy. Można było dobrze żyć przez dwa lata.
Nakłady pana powieści to były wielkości rzędu 100 tysięcy, 150...
- Bywało i 200, gdy wchodziła w grę antologia opowiadań. Spotkania z
czytelnikami, targi książek, alkohol, kobiety Spotykałem się ze znaną
aktorką. No i tak szło: pisanie, kursy do Warszawy, hotele, ciągle jakieś
festiwale. Na FAM-ie w Świnoujściu siedzimy z kolegami przy suto zastawionym
stole. Już nie ma w knajpie miejsc i dwie śliczne, jak się potem okazało,
bardzo wyzwolone nastolatki pytają, czy mogą się przysiąść. Były z grupy
tańca nowoczesnego. Czemu nie? Wkrótce jedna z nich - Beata - została moją
żoną, a potem matką moich dzieci. Miała 18 lat, kiedy braliśmy ślub, ja -
36. Było fajnie, dopóki niczego nie brakowało. Ale zaczęła się
hiperinflacja.
Druga połowa lat 80.
- Podpisywałem umowę na książkę na ileś tam tysięcy złotych, a kiedy ją
oddawałem do wydawnictwa, honorarium nie wystarczało na kupienie jednej książki
w księgarni. Tak było z "Delirium w Tharsys". Gdy zaczynałem, miałem
obiecaną kasę, która wystarczała na dom. Jak wreszcie odebrałem pieniądze
- za 470 stron, prawie dwa lata roboty - wyszedł z tego obiad
w Bazyliszku.
Miał pan jeszcze przedruki - na Węgrzech, w Czechach, w Bułgarii...
- Same demoludy. Pieniądze trafiały do ZAiKS-u, tam przeliczali na złotówki,
to trwało pół roku i znowu wychodziło gówno. A u nas rodziło się w tym
czasie jedno dziecko za drugim. Postanowiłem rzucić pisanie i wziąć się do
biznesu. Wtedy było strasznie modne zakładanie spółek. Założyliśmy z
kolegą matematykiem firmę Yawor. Od: Jarek i Wiktor. Postanowiliśmy robić gry
komputerowe - science fiction i fantasy. Ja wymyślałem fabuły, on - pisał
programy. Próbowaliśmy zrobić supergrę. Taką, w którą mogłoby jednocześnie
zagrać wiele osób - i każdy przeżywałby swoje własne przygody.
Chcieliście zrobić grę RPG w czasach przed internetem?!
- No właśnie! Na przemyconym z Niemiec commodore, na czterokolorowej karcie
Herkules. Gracze mieli się podłączać przez kabel.
To się nie mogło udać.
- Tym bardziej że co pół roku zmieniały się całe systemy - w Polsce nie było
jeszcze Windowsa. Mimo to brnęliśmy w projekt, zatrudnialiśmy grafików,
traciliśmy pieniądze. Najpierw wydałem to, co mi zostało z lepszych czasów,
potem pożyczyłem od ojca. Wszystko, co moi rodzice uskładali na starość.
Jarek wtopił w projekt odszkodowanie za śmierć swojego taty.
Nasze żony nie wytrzymały. Obie poszły w tango. Przyjeżdżam z Warszawy do
Bydgoszczy, wchodzę na swoje piętro w bloku - a Beata z facetem. Jakiś czas
jeszcze mieszkaliśmy razem, nie odzywając się do siebie, ale wykonywałem już
tylko mechaniczne ruchy: zamiatałem kuchnię, kładłem dzieci spać, patrzyłem
przez okno. Zacząłem ślepnąć ze stresu. Pewnego dnia wyszedłem z domu w
kapciach i zostałem bezdomnym. Na dziesięć lat.
Spałem u znajomych, potem na dworcu, w poczekalni, jakiś czas w lesie pod
Bydgoszczą.
W lesie?
- Pod drzewem iglastym. Jak zwierzę. Śpiwór miałem. Zwijałem się w kłębek
i spałem. Dwa dni albo trzy. Już mówiłem, że jak śpię, to mogę bardzo długo
nie jeść.
Ale w końcu coś zjeść pan musiał...
- Czasem łapałem jakąś dorywczą robotę, ale co może robić człowiek w
trzech czwartych ślepy. Pilnowałem budowy domu nad Zalewem Koronowskim... Jak
budowa się skończyła, właściciel mówi: "won!". Innym razem wynająłem
się jako ogrodnik - też mieszkałem u pracodawcy - pod Inowrocławiem. Nie
tylko mnie wyrzucił, ale jeszcze nie zapłacił. W piwnicy znajomego mieszkałem,
na klatkach schodowych, już nie pamiętam wszystkiego... Aż jednego dnia, gdy
tak leżę sobie na schodkach w centrum miasta, ktoś nade mną przechodzi i słyszę:
"Wiktor!". To był Piotrek Pieńkowski, wtedy naczelny "Świata
Gier Komputerowych". Przygarnął mnie do redakcji - mieszkałem tam trzy
albo cztery lata.
Zaprowadzili mnie do psychiatry, on mnie namówił na terapię. Ciekawa sprawa,
zaszkodzić nie zaszkodzi, niektórym pomoże... Jak kiedyś spowiedź. Wygadasz
się i jest ci lepiej. Mnie zrobiło się tak dobrze, że po dwóch latach nawet
wzrok zacząłem odzyskiwać. Ale "Świat Gier" się skończył i moja
meta też. Wróciłem do schroniska. Ile niesamowitych historii tam od ludzi usłyszałem...
Takich, że moja przy nich wysiada Bardzo udane dwa lata w schronisku spędziłem.
A potem pan prezydent miasta, przez moich dawnych przyjaciół proszony, umieścił
mnie tutaj. Ale szczęśliwszy - to szczerze - byłem, nie mając mieszkania.
Tylko absolutny brak czegokolwiek daje prawdziwą wolność, ale dziś nikt się
o tym nie może przekonać, bo każdy coś ma. Dobry sok pomarańczowy, choć
strasznie intensywny. Dawno takiego nie piłem. Muszę go z wodą rozrobić.
Nie próbował pan wrócić do żony?
- Nie dało rady. Zdrada... to jest cierń w ciele mężczyzny straszny. A
jeszcze wyczyściła komputer, który zostawiłem w naszym mieszkaniu. Diabli
wzięli 1800 stron tekstów, w tym całą, skończoną powieść.
Cyberpunkową - jak słyszeliśmy - "Bydgoszcz my love". To jedna z
legend tego miasta. Ta książka istniała naprawdę?
- Oczywiście, chociaż tylko jako plik. Mogę opowiedzieć. Pojawia się w
Bydgoszczy delegacja naukowców z Unii Europejskiej. Stoją eleganccy wśród
szarych bloków osiedla Wyżyny i patrzą w dół - na centrum miasta.
Przyjechali, bo Bruksela chce stworzyć europejski odpowiednik tego amerykańskiego
programu do szukania obcych cywilizacji - SETI. Wybrano Bydgoszcz, ponieważ leży
w naturalnej niecce - pradolinie Wisły. Trzeba tylko całą tę nieckę zalać
betonem, żeby w ten sposób stworzyć gigantyczną czaszę anteny. No i tak
robią - wysiedlają ludzi z miasta, betonują, budują nad tym instytut i
program poszukiwawczy rusza. Ale potem lata mijają, a żadnych sygnałów od
Obcych nie daje się złapać. Unijne dotacje są coraz mniejsze, naukowcy po
kolei wyjeżdżają lub umierają. W końcu zostaje ich tylko dwóch, już
bardzo starych. Siedzą w instytucie, piją whisky i nadzorują aparaturę. Aż
pewnego ranka jeden zauważa, że w szklance jest mniej alkoholu, niż wieczorem
zostawił. Najpierw podejrzewa kolegę, ale potem zaczaja się nocą - i widzi,
że z podziemi instytutu wypełzają dwa stwory. Nie będę opowiadał całości,
chodzi o to, że pod anteną przeżyli ludzie, którzy ukryli się podczas
wysiedlania. Przez kilkadziesiąt lat stworzyli w zabetonowanym mieście nową,
osobną, cywilizację. No i następuje długo oczekiwany kontakt z Obcymi.
Bydgoszczanie jako Obcy.
Ile pan ma lat?
- 61. A co?
Kiedy pan tak chodzi po pokoju i mówi o książce, to jakby odjęło panu
przynajmniej 20.
- Ja się mogę wydawać młodszy, bo jestem infantylny. Może właśnie dlatego
wypadłem na zakręcie dziejów. Na starość nieco dojrzałem, ale teraz już
jest za późno, by coś w życiu zmienić. Zresztą nie chcę.
A czego pan chce?
- Spotykać się ze swoimi dziećmi i umrzeć w tym domu. Przed wojną tu była
nielegalna tancbuda z burdelem, krótko po wojnie też. Zjeżdżała się ówczesna
gangsterka, pędzili bimber, piszczały dziewczynki. Dobre miejsce na koniec.
Wiktor Żwikiewicz - autor powieści s.f. "Imago", "Druga
jesień" i "Ballada o przekleństwie". Opowiadania drukował w
kultowej "Fantastyce" i almanachu "Stało się Jutro"
("Podpalacze nieba", "Happening w oliwnym gaju", "Sindbad
na RQM-57"). W ostatniej dekadzie publikował eseje w katowickim miesięczniku
dla fanów "Science Fiction, Fantasy
i Horror".