Gazeta Wyborcza - 2011-04-29

 

 

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski

Wiktor, który dojrzał za późno

 

 

 

Rozmowa telefoniczna z Wiktorem Żwikiewiczem, autorem powieści science fiction, w Wielką Środę

 

Dzień dobry. Pan Wiktor Żwikiewicz? Jesteśmy dziennikarzami z "Gazety Wyborczej".

- Ona ciągle wychodzi? To miło. W innym życiu nosiłem komputery z Regionu Mazowsze do waszej pierwszej redakcji.

Chcieliśmy się umówić na wywiad.

- Kiedy?

Jutro?

- To takie pilne?

Święta się zaraz zaczynają...

- Jakie święta?

Wielkanoc.

- Myślałem, że już była.

To możemy przyjechać? O której by pasowało?

- Przyjechać możecie o każdej, bo ja nigdzie nie wychodzę.

* * *


Osiedle budynków socjalnych - zrujnowane ponadstuletnie czworaki na przedmieściu Bydgoszczy. Pranie na sznurach, trochę śmieci, pijany sąsiad pokazuje nam właściwe drzwi.

To my, panie Wiktorze. Może pójdziemy na spacer, bo tutaj trochę słabo pachnie, a pogoda śliczna.

- Nie ma mowy! Po spacerze chce się jeść. A ja nie mam ani jedzenia, ani na jedzenie.

Jest pan głodny?

- Do ścisłej diety można się przyzwyczaić. W ostatnie święta miałem już tylko pół szklanki bułki tartej. Rozrobiłem z wodą i zjadłem. Potem starałem się jak najdłużej spać. Przespałem prawie cztery tygodnie. Piłem kawę z cukrem i z powrotem do łóżka. Doturlałem się tak do zasiłku.

115 zł socjalnego dostaję na miesiąc. Da się żyć, o ile człowiek ceni sobie uroki nędzy. Długi za prąd - prędzej czy później - jakiś kolega z dawnych czasów zapłaci. Ostatnio przyjaciel, profesor, doładował mi komórkę, dostałem ją po innym znajomym. Ale nigdzie nie dzwonię, tylko odbieram. Zresztą prawie że nikt nie telefonuje. Czasem zajdzie któryś z sąsiadów. Na przykład poczęstować mnie papierosem, bo akurat ma paczkę. Fajni ludzie tu są.

Po eksmisjach.

- Głównie, chociaż nie tylko. Ja dostałem ten pokój od miasta. Dużo rzeczy dostaję. To miłe, bo przecież niczego nie mogę dać w zamian. A moi sąsiedzi to bardzo przyzwoici ludzie. Jak przychodzi zasiłek, od razu go przepijają. Długów nie płacą, na co dzień, by przeżyć, leciutko kradną - ale nigdy tutaj. Mają żelazne reguły: nie okrada się przyjaciela - nawet z zapalniczki, nie pierdoli się żony kolegi - nie ma, że "zakochałem się" albo "to ona chciała". W środowiskach inteligenckich, gdy się jeszcze w nich obracałem, nie było takiego rygoryzmu moralnego. I chyba dalej nie ma.

Jest pan szczęśliwy?

- Mógłbym powiedzieć, że jestem najszczęśliwszy w tym mieście, że jestem prawdziwym polskim Diogenesem, gdyby nie jedna rzecz. Za dziećmi tęsknię. Tak mocno, że normalnie śnię o nich. Wyć mi się chce. Wiecie, że w krajach Dalekiego Wschodu potomstwo po rozwodzie zostawia się ojcu?

Ile dzieci pan ma?

- Troje. 18, 16 i 14 lat. Dwie córki i syna.

Mieszkają w Bydgoszczy?

- Tak, jeden przystanek autobusem. Ale tutaj, do mnie, nie zaglądają. Nie było mnie przy nich, gdy miały urodziny, komunie, egzaminy... A teraz nie ma ich przy mnie.

Wstydzą się pana, mają żal czy...

- ...nie wiem. Ostatnio syna spotkałem na ulicy. Mówił, że jest raperem. Puścił mi kawałek tej muzyki. Potworna. Macie może papierosy?

Może skoczymy coś kupić - i do palenia, i do jedzenia, i kawę... Wrócimy za pół godziny?

- Ja nigdzie nie ucieknę.

* * *


Powrót z prowiantem. Sąsiadki plotkują na wyszczerbionych schodach, w wyschniętej kałuży bawi się patykami dwójka czterolatków. Pijany sąsiad stoi w tym samym miejscu co godzinę temu. Mówi, że jest byłym bokserem, kolegą Jerzego Kuleja. Życzy wesołych świąt.

O panu też wydawcy pisali na obwolutach książek "kolega Stanisława Lema i Janusza A. Zajdla".

- Bo taka była prawda, ale co z tego? Dawno nie paliłem takich miętowych... Kto dzisiaj pamięta kumpli Aleksandra Wielkiego?

Może pana książki po prostu nie wytrzymały próby czasu?

- To po pierwsze. Ale przede wszystkim ja sam próby nie wytrzymałem. Zdechłem razem z komuną, chociaż się nie kochaliśmy.

Zawodowo zajmując się opisywaniem przyszłości...

- ...nie dałem rady w starciu z nią. Podobnie jak pracownicy pegeerów.

Żeby pan się chociaż rozpił jak niejeden artysta.

- Ba! Żebym ja miał za co pić albo chociaż potrafił tak kraść, jak moi sąsiedzi, to może bym się i rozpił chętnie. Chociaż przymusowa abstynencja ma i dobre strony. Nikt nie odnajdzie tylu smaków w najtańszym piwie jak ten, kto je pije raz na sześć miesięcy.

Panie Wiktorze, pan się pochował za życia...

- ...w dziurze, jak Tymon Ateńczyk. Może jeszcze znajdę swoją żyłę złota.

Pisze pan coś?

- Krótkie formy, głównie do szuflady. Do komputera. Ten zabytek w kącie też jest prezentem od dobrych ludzi.

Pana pierwsze opowiadanie nazywało się "Zerwane ogniwo". Wygrał pan konkurs "Młodego Technika". Równo 40 lat temu.

- To który teraz jest rok?

Robi pan z nas żarty.

- Ależ skąd!

Kiedy pan wyszedł ostatnio do miasta?

- Nie pamiętam.

A słyszał pan, że spadł samolot w Smoleńsku?

- Tak, wtedy właśnie wyszedłem po chleb. A jak już wyjdę, lubię sobie przystanąć i pogadać, zresztą szybko się męczę, więc to konieczność. Na przystanku tramwajowym zagadałem. Ludzie nic - skwaszeni, milczący, ponapinani... Pani w kiosku też - cisza. No i w końcu ktoś mi powiedział o tym samolocie. Przykra sprawa. Pamiętam, że nie kupiłem chlebka, wybrałem papierosy. Jak człowiek ma do wyboru chleb czy fajki, to zawsze wybierze to drugie. A opowiadanie? Mój tata, księgowy w fabryce słodyczy Jutrzenka, podejrzał mnie kiedyś znienacka, jak piszę. Wydało mi się, nie wiem czemu, że go moje pisanie śmieszy. Więc postanowiłem udowodnić: będę literatem! Wygrałem jeden konkurs, drugi, dostałem stypendium im. Borowskiego.

Ojciec zarabiał 1400 złotych miesięcznie, ja - stażysta po szkole geodezyjnej - 3 tysiące, bo to była praca przy pomiarach w terenie, na akord. A stypendium literackie wynosiło 3,5. Za nicnierobienie. Zaliczki za książkę dostawałem 30 tysięcy. Można było dobrze żyć przez dwa lata.

Nakłady pana powieści to były wielkości rzędu 100 tysięcy, 150...

- Bywało i 200, gdy wchodziła w grę antologia opowiadań. Spotkania z czytelnikami, targi książek, alkohol, kobiety Spotykałem się ze znaną aktorką. No i tak szło: pisanie, kursy do Warszawy, hotele, ciągle jakieś festiwale. Na FAM-ie w Świnoujściu siedzimy z kolegami przy suto zastawionym stole. Już nie ma w knajpie miejsc i dwie śliczne, jak się potem okazało, bardzo wyzwolone nastolatki pytają, czy mogą się przysiąść. Były z grupy tańca nowoczesnego. Czemu nie? Wkrótce jedna z nich - Beata - została moją żoną, a potem matką moich dzieci. Miała 18 lat, kiedy braliśmy ślub, ja - 36. Było fajnie, dopóki niczego nie brakowało. Ale zaczęła się hiperinflacja.

Druga połowa lat 80.

- Podpisywałem umowę na książkę na ileś tam tysięcy złotych, a kiedy ją oddawałem do wydawnictwa, honorarium nie wystarczało na kupienie jednej książki w księgarni. Tak było z "Delirium w Tharsys". Gdy zaczynałem, miałem obiecaną kasę, która wystarczała na dom. Jak wreszcie odebrałem pieniądze - za 470 stron, prawie dwa lata roboty - wyszedł z tego obiad w Bazyliszku.

Miał pan jeszcze przedruki - na Węgrzech, w Czechach, w Bułgarii...

- Same demoludy. Pieniądze trafiały do ZAiKS-u, tam przeliczali na złotówki, to trwało pół roku i znowu wychodziło gówno. A u nas rodziło się w tym czasie jedno dziecko za drugim. Postanowiłem rzucić pisanie i wziąć się do biznesu. Wtedy było strasznie modne zakładanie spółek. Założyliśmy z kolegą matematykiem firmę Yawor. Od: Jarek i Wiktor. Postanowiliśmy robić gry komputerowe - science fiction i fantasy. Ja wymyślałem fabuły, on - pisał programy. Próbowaliśmy zrobić supergrę. Taką, w którą mogłoby jednocześnie zagrać wiele osób - i każdy przeżywałby swoje własne przygody.

Chcieliście zrobić grę RPG w czasach przed internetem?!

- No właśnie! Na przemyconym z Niemiec commodore, na czterokolorowej karcie Herkules. Gracze mieli się podłączać przez kabel.

To się nie mogło udać.

- Tym bardziej że co pół roku zmieniały się całe systemy - w Polsce nie było jeszcze Windowsa. Mimo to brnęliśmy w projekt, zatrudnialiśmy grafików, traciliśmy pieniądze. Najpierw wydałem to, co mi zostało z lepszych czasów, potem pożyczyłem od ojca. Wszystko, co moi rodzice uskładali na starość. Jarek wtopił w projekt odszkodowanie za śmierć swojego taty.

Nasze żony nie wytrzymały. Obie poszły w tango. Przyjeżdżam z Warszawy do Bydgoszczy, wchodzę na swoje piętro w bloku - a Beata z facetem. Jakiś czas jeszcze mieszkaliśmy razem, nie odzywając się do siebie, ale wykonywałem już tylko mechaniczne ruchy: zamiatałem kuchnię, kładłem dzieci spać, patrzyłem przez okno. Zacząłem ślepnąć ze stresu. Pewnego dnia wyszedłem z domu w kapciach i zostałem bezdomnym. Na dziesięć lat.

Spałem u znajomych, potem na dworcu, w poczekalni, jakiś czas w lesie pod Bydgoszczą.

W lesie?

- Pod drzewem iglastym. Jak zwierzę. Śpiwór miałem. Zwijałem się w kłębek i spałem. Dwa dni albo trzy. Już mówiłem, że jak śpię, to mogę bardzo długo nie jeść.

Ale w końcu coś zjeść pan musiał...

- Czasem łapałem jakąś dorywczą robotę, ale co może robić człowiek w trzech czwartych ślepy. Pilnowałem budowy domu nad Zalewem Koronowskim... Jak budowa się skończyła, właściciel mówi: "won!". Innym razem wynająłem się jako ogrodnik - też mieszkałem u pracodawcy - pod Inowrocławiem. Nie tylko mnie wyrzucił, ale jeszcze nie zapłacił. W piwnicy znajomego mieszkałem, na klatkach schodowych, już nie pamiętam wszystkiego... Aż jednego dnia, gdy tak leżę sobie na schodkach w centrum miasta, ktoś nade mną przechodzi i słyszę: "Wiktor!". To był Piotrek Pieńkowski, wtedy naczelny "Świata Gier Komputerowych". Przygarnął mnie do redakcji - mieszkałem tam trzy albo cztery lata.

Zaprowadzili mnie do psychiatry, on mnie namówił na terapię. Ciekawa sprawa, zaszkodzić nie zaszkodzi, niektórym pomoże... Jak kiedyś spowiedź. Wygadasz się i jest ci lepiej. Mnie zrobiło się tak dobrze, że po dwóch latach nawet wzrok zacząłem odzyskiwać. Ale "Świat Gier" się skończył i moja meta też. Wróciłem do schroniska. Ile niesamowitych historii tam od ludzi usłyszałem... Takich, że moja przy nich wysiada Bardzo udane dwa lata w schronisku spędziłem. A potem pan prezydent miasta, przez moich dawnych przyjaciół proszony, umieścił mnie tutaj. Ale szczęśliwszy - to szczerze - byłem, nie mając mieszkania. Tylko absolutny brak czegokolwiek daje prawdziwą wolność, ale dziś nikt się o tym nie może przekonać, bo każdy coś ma. Dobry sok pomarańczowy, choć strasznie intensywny. Dawno takiego nie piłem. Muszę go z wodą rozrobić.

Nie próbował pan wrócić do żony?

- Nie dało rady. Zdrada... to jest cierń w ciele mężczyzny straszny. A jeszcze wyczyściła komputer, który zostawiłem w naszym mieszkaniu. Diabli wzięli 1800 stron tekstów, w tym całą, skończoną powieść.

Cyberpunkową - jak słyszeliśmy - "Bydgoszcz my love". To jedna z legend tego miasta. Ta książka istniała naprawdę?

- Oczywiście, chociaż tylko jako plik. Mogę opowiedzieć. Pojawia się w Bydgoszczy delegacja naukowców z Unii Europejskiej. Stoją eleganccy wśród szarych bloków osiedla Wyżyny i patrzą w dół - na centrum miasta. Przyjechali, bo Bruksela chce stworzyć europejski odpowiednik tego amerykańskiego programu do szukania obcych cywilizacji - SETI. Wybrano Bydgoszcz, ponieważ leży w naturalnej niecce - pradolinie Wisły. Trzeba tylko całą tę nieckę zalać betonem, żeby w ten sposób stworzyć gigantyczną czaszę anteny. No i tak robią - wysiedlają ludzi z miasta, betonują, budują nad tym instytut i program poszukiwawczy rusza. Ale potem lata mijają, a żadnych sygnałów od Obcych nie daje się złapać. Unijne dotacje są coraz mniejsze, naukowcy po kolei wyjeżdżają lub umierają. W końcu zostaje ich tylko dwóch, już bardzo starych. Siedzą w instytucie, piją whisky i nadzorują aparaturę. Aż pewnego ranka jeden zauważa, że w szklance jest mniej alkoholu, niż wieczorem zostawił. Najpierw podejrzewa kolegę, ale potem zaczaja się nocą - i widzi, że z podziemi instytutu wypełzają dwa stwory. Nie będę opowiadał całości, chodzi o to, że pod anteną przeżyli ludzie, którzy ukryli się podczas wysiedlania. Przez kilkadziesiąt lat stworzyli w zabetonowanym mieście nową, osobną, cywilizację. No i następuje długo oczekiwany kontakt z Obcymi. Bydgoszczanie jako Obcy.

Ile pan ma lat?

- 61. A co?

Kiedy pan tak chodzi po pokoju i mówi o książce, to jakby odjęło panu przynajmniej 20.

- Ja się mogę wydawać młodszy, bo jestem infantylny. Może właśnie dlatego wypadłem na zakręcie dziejów. Na starość nieco dojrzałem, ale teraz już jest za późno, by coś w życiu zmienić. Zresztą nie chcę.

A czego pan chce?

- Spotykać się ze swoimi dziećmi i umrzeć w tym domu. Przed wojną tu była nielegalna tancbuda z burdelem, krótko po wojnie też. Zjeżdżała się ówczesna gangsterka, pędzili bimber, piszczały dziewczynki. Dobre miejsce na koniec.

 

 

Wiktor Żwikiewicz - autor powieści s.f. "Imago", "Druga jesień" i "Ballada o przekleństwie". Opowiadania drukował w kultowej "Fantastyce" i almanachu "Stało się Jutro" ("Podpalacze nieba", "Happening w oliwnym gaju", "Sindbad na RQM-57"). W ostatniej dekadzie publikował eseje w katowickim miesięczniku dla fanów "Science Fiction, Fantasy i Horror".









Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór