Pajęczyna  - cz. 1

Barbara Stanisławczyk, Dariusz Wilczak

 

 

Działaliśmy po omacku. Żeby wejść w środowisko byłych pracowników SB, trzeba być wprowadzonym. Wprowadzić mógł nas tylko jeden z nich.

Najpierw poznaliśmy Kazimierza M. Zanim zgodził się z nami współpracować, dokładnie sprawdził kim jesteśmy. Bał się prowokacji. Po sprawdzeniu obiecał skontaktować z kolegami. Z czternastu osób, które mieliśmy na liście, tylko siedem zgodziło się rozmawiać. Reszta odmówiła tłumacząc się tajemnicą służbową. Wszyscy byli oficerami aparatu bezpieczeństwa, ale nigdy nie pełnili kierowniczych funkcji. Właśnie o takich ludzi nam chodziło, tych, co sami nie czując się winni, z czystym sumieniem zrzucali winę na przełożonych i na system, który stworzyło kierownictwo.

Prosili o nieujawnianie ich nazwisk. Potwierdzali, że wprawdzie system się zmienił, ale metody musiały pozostać te same. Zdradzając nazwiska - wydajemy na nich wyrok. Nie bali się UOP. Bali się dawnych pracowników SB zakonspirowanych w podziemnych strukturach, oczekujących na powrót starego porządku.

Z satysfakcją opowiadali o własnych doświadczeniach, nazywając nowe, pokomunistyczne kierownictwo resortu, nieudolnymi amatorami, harcerzykami. Dokładnie rysowali pajęczą sieć donosicieli, rozmieszczonych wszędzie tam, skąd SB oczekiwała najważniejszych dla siebie informacji. Uczyli nas metod pozyskiwania agentów, tłumacząc, że nie ma ludzi nieprzekupnych. Wszystko zależy od proponowanej sumy.

Śmiali się z tych, którzy próbują ujawniać listy współpracowników. Według nich listami można manipulować tak jak człowiekiem. Sugerowali, że większość dokumentów została zniszczona, a tych najważniejszych już dawno nie ma w kraju. Zostali tylko ludzie, a im niczego nie da się udowodnić. Można manipulować teczkami, oskarżać, doprowadzając do wzajemnej podejrzliwości, do kłótni, z których najbardziej zadowoleni są prawdziwi agenci. Ich nazwisk być może już nigdy nie poznamy.

Mam trudności z zasypianiem. Przed snem widzę różnych ludzi, przełożonych, podwładnych. Wszystkich w jednym miejscu i czasie. Nasi lekarze nazywali to syndromem służby bezpieczeństwa (Jerzy K., w SB od 1959 roku, pracownik wydziału B - obserwacja).

Pracowałem dla dobra Polski Ludowej. W służbie byli tacy, których system przekupił, ale byli też ideowcy, przychodzący z powołania. Mnie nikt nie musiał przekupywać. Byłem i jestem komunistą. Józef Stalin powiedział: "Istnieje marksizm dogmatyczny i marksizm twórczy. Stoję na gruncie tego ostatniego". Ja też. (Marian A., w milicji od 1945 roku, w Służbie Bezpieczeństwa od 1966, pracownik biura W - inwigilacja korespondencji).

Mnie tam żadna partia nie obchodzi, żadna ideologia, mam własną mądrość: ustawić się w życiu tak, żeby mi było dobrze. Jestem człowiekiem praktycznym. Na karierze nigdy mi nie zależało. Wyznawałem zasadę: bliżej kuchni, dalej od dowództwa. Nie mam nic do ukrycia. Mogę mówić o wszystkim. (Kazimierz M., od 1959 roku w Biurze B, od 1964 w Departamencie III - wywiad polityczny wewnętrzny).

"Nazwa rzeczy jest czymś zewnętrznym w stosunku do jej istoty. Nic bowiem nie wiem o człowieku, gdy ma na imię Jakub." To są zdania z "Kapitału" Marksa. Jeśli je przyjmiecie za motto tej książki, to proszę bardzo, możemy rozmawiać. Służbę w SB traktowałem jak kontrakt. Za pracę - dobra zapłata. Reszta, cała ideologia, to były pozory, które musiałem zachowywać, żeby się podobać. Komunizmu nigdy nie traktowałem poważnie. (Józef Z., w UB od 1945 roku, pracownik Departamentu I - wywiad).

Nie wierzę wam, bo nie widzę powodu, dla którego miałbym wierzyć. Może mówicie prawdę, wtedy sami podejmujecie ryzyko. A jeśli kłamiecie? Jeśli jesteście agentami UOP, albo podziemnej SB? Wtedy ja ryzykuję. Dobrze, przyjmijmy waszą wersję. Tak jest wygodniej. Nie jesteście agentami, piszecie książkę. Chcę wam pomóc. Mówiąc szczerze, to od dawna czekałem na taką okazję. (Adam G., w S B od 1966 roku, pracownik Departamentu III).

Cale życie zaspokajałem głód. Z dzieciństwa pamiętam skurcz pustego żołądka. Jadłem i bałem się, że za chwilę znów będę głodny. Lęk głodu nie opuścił mnie nigdy. Z czasem przybierał różne formy. Był to głód rodziny, potem pieniędzy na jej utrzymanie, głód mieszkania, później większego mieszkania i tak dalej. Ale cały czas to był ten sam skurcz pustego żołądka. (Krzysztof R., od 1957 roku pracownik Wydziału Propagandowo-Szkoleniowego).

Pracowałem uczciwie przez trzydzieści lat. Nie robiłem więcej niż wynikało ze służbowego obowiązku. Nikomu nie zaszkodziłem. Sumienie mam czyste. To najważniejsze. (Mirosław B., od 1957 roku w Biurze C - archiwum, od 1966 w Departamencie III).

 

Jerzy K.:

F. zawinął się w dywan, żeby nie było słychać strzału. On zawsze wyglądał jak dziki. Przekrwione, rozbiegane oczy, wiecznie spocone dłonie. Zanim się przywitał, to wycierał ręce w spodnie. Jego sprawa jest do dziś nie wyjaśniona. Jako naczelnik dochodzeniówki w Komendzie Stołecznej prowadził sprawę upadku samolotu w Lesie Kabackim. Wtedy zginęło z samolotu jedenaście tysięcy dolarów. Podejrzewano F. Ale on tego nie zrobił. On całe życie walczył o czystość, miał usta pełne wielkich słów. To podejrzenie było dla niego ciosem. F. lubił mówić o służbie i o tym, że trzeba wytrwale pracować. A jak mówił, to oczy mu się robiły takie niesamowite, krzyczał, przenosił się wtedy w zupełnie inną rzeczywistość. Do lekarzy nie chodził, bo nie miał czasu.

Jak były urodziny, imieniny, to w Komendzie pito przez dwa, trzy dni. F. nie pił, dlatego uważano go za donosiciela. Znów niesłusznie, bo on chciał być naprawdę w porządku. Ale nie mógł ścierpieć, gdy robiono z niego wariata. Kiedyś jego podwładni urządzili sobie bibkę w pokoju. F. chciał wejść. Drzwi zamknięte. Pukał. Nikt nie otworzył. Jeszcze przez drzwi posłali mu wiązankę. Wtedy, pierwszy raz w życiu, F. napisał raport na swoich kolegów do dyrektora. Następnego dnia nie mógł otworzyć drzwi do swego gabinetu. Ktoś włożył spinacze w zamek. F. się za bardzo przejmował. Gryzł się, aż się zagryzł.

Jeśli się chciało traktować tę służbę poważnie, to efekty były takie jak u F. Wszystkich nas trzymano w napięciu. Czujność w stosunku do opozycji, system potrzebuje czujności. Człowiek nawet prywatnie nie odpoczywał. W nocy śniły się udane albo nieudane akcje. Śnili się ludzie, a raczej twarze. W pewnym momencie człowiek przestawał rozpoznawać twarze. Wrogowie mieszali się z kolegami. Powstawała piorunująca mieszanka. Dla wielu kończyło się to chorobą numer trzysta - nerwicą i sanatorium w Barcinku. Barcinek był wewnętrznym ośrodkiem ministerstwa. Lekarze kierowali tam na wypoczynek. Zwykle trzymiesięczny. Każdy objaw niezrównoważenia traktowano bardzo poważnie i w sposób poufny. Nawet jak ktoś jechał do Barcinka to starano się nie nadawać sprawie rozgłosu. Oprócz ośrodka mieliśmy mocno rozbudowane poradnie zdrowia psychicznego. Lekarze szli pacjentom na rękę. Dawali zwolnienia jak tylko któryś się poskarżył, jak powiedział, że coś z nim nie w porządku. Lekarze psychiatrzy mieli dużo pracy. Najbardziej bali się samobójstw, bo potem ich rozliczano.

Mirosław B.:

Myśmy byli funkcjonariuszami przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Cywilne życie towarzyskie sprowadzało się do minimum. Trzeba było uważać, żeby czegoś nie wypaplać przy wódce. Nie rozmawiało się o konkretach. Nawet z kolegami. O nikim nie mogłem powiedzieć, że jest moim przyjacielem. Nie chciałem mieć przyjaciół. Taki przyjaciel mógł się okazać niebezpieczniejszy niż wróg. W SB każdy z nas był sam.

Jerzy K.:

Obejmowałem tylko odcinek. Maleńka odległość od zdarzenia do zdarzenia. Wykonywałem rozkazy. Nierealność mojego świata brała się stąd, że często nie wiedziałem, po co to wszystko robię, po co idę za człowiekiem, kim jest ten człowiek, kim właściwie jestem ja, który idę. Nad nami był ktoś kto obejmował i dla niego prawdopodobnie miało to sens. Nam nie zdradzano. Na dole żyliśmy w systemie nonsensu, tak nauczeni, żeby się nad tym nie zastanawiać. Ten system był w całości spójny. Poszczególne elementy nielogiczne układały się w logiczny bezsens.

Mirosław B.:

Pracowaliśmy na materiale ludzkim, a materiał ludzki jest różny. Wymaga indywidualnej obróbki. Na jednego działa groźba, na drugiego dobre słowo. Każdy materiał ludzki jest podatny na obróbkę. Od tej reguły nie ma wyjątków.

Jerzy K.:

Musiałem skończyć dziewięciomiesięczną szkołę w Legionowie. Zajęcia szkoleniowe dotyczyły prowadzenia obserwacji. Na koniec każdy z nas dostawał zadanie egzaminacyjne. Mieliśmy rozwalić obserwację. Nie wiedzieliśmy kiedy i jak długo będziemy obserwowani. Naszym celem było uciec obserwacji wykonując jakieś zlecone, szkoleniowe zadanie. Wiedziałem, że chwilami mogą za mną jechać samochodem, że mogę być obserwowany nawet przez dwadzieścia osób. Miałem opracowany plan zajęć. Dzień po dniu. Nawet dokładną trasę marszu. Na przykład wchodziłem do sklepu, do zegarmistrza, na klatkę schodową. Jako figurant musiałem zapisywać w notatniku uwagi. Miałem zdekonspirować jak największą liczbę obserwujących mnie pracowników. Każdy z nich mógł zmienić swój wygląd. Pisałem: obserwator A, obserwator B, obserwator C, i tak dalej. Wzrost, wygląd, broda, albo bez brody, ubranie, charakterystyczny chód, twarz, oczy. W ten sposób układałem listę. Wyszło, że w ciągu dwóch tygodni chodzi za mną dwunastu. Wiedziałem którzy. Miałem ich dokładny opis. Poznawałem z daleka, nawet gdy zmieniali swój wygląd. Potem się okazało, że jeszcze pięciu nie zauważyłem. Ale to i tak był dobry wynik. Niektórzy artyści wpisywali na listę dwudziestu, a żadna z tych osób nie była od nas. W takich przypadkach musieli jeszcze raz zdawać egzamin.

Adam G.:

Minister M. i całe to otoczenie władzy, to są amatorzy, harcerzyki. Aż mi się śmiać chce. Nie przeszli przez szkołę SB. O M. myślę sobie: chłopie, przecież każdy sprytny ubek zrobi tak, że będziesz podejmował decyzje jakie on zechce.

Kazimierz M.:

Obserwacja to robota dla bezmózgowców. Chodziłem za figurantem osiem, dziesięć godzin, a nieraz dłużej. W słońcu, w deszczu, na mrozie. Nie myślałem, bo to do mnie nie należało. Do mnie należało mieć aparat fotograficzny, radiostację. Na odprawach naczelnik mówił, czy ma być prowadzona obserwacja, czy i kontr-obserwacja, to znaczy zwracanie uwagi czy samemu nie jest się obserwowanym.

Przeważnie nie wiedziałem kogo śledzę. Często dostawałem tylko zdjęcia i ogólne namiary na figuranta. Nieraz, nie wiedząc, obserwowało się milicję, albo kolegów z branży. Byliśmy utajnieni, nawet dla innych wydziałów SB i milicji. Tylko komendant miał swoją siedzibę w Komendzie Stołecznej. Nasza baza, pracowników, była w zakonspirowanych lokalach, na przykład pod szyldem jakiegoś zakładu produkcyjnego. Chociażby na ulicy Jaworzyńskiej. Teoretycznie działała tam firma naprawiająca sprzęt radiowo-telewizyjny. Drzwi otwierało się na umówiony sygnał. Trzy krótkie dzwonki, dwa długie. Na Jaworzyńską przychodziliśmy do pracy. W lokalu konspiracyjnym odbywały się odprawy i dyżury. Nawet żona nie wiedziała w jakim wydziale pracuję, tylko ogólnie, że w SB. Oficjalnie byłem zegarmistrzem. To dla znajomych, sąsiadów.

W Komendzie działali jeszcze pracownicy specjalni Wydziału B. Jak było trzeba załatwiali lokale konspiracyjne, organizowali punkty zakryte, rozpoznawali akta mieszkańców i ewentualnie opłacali te osoby. Tych pracowników specjalnych nie znaliśmy nawet.

Niekiedy obserwację prowadziliśmy od tyłu. Na przykład świadkowie Jehowy z góry zakładali, że będą obserwowani i ciągle się oglądali. Wtedy szedłem przed nimi. Obserwacje prowadziło się też z punktów zakrytych. Albo na przykład z kilku punktów zakrytych i jednego ruchomego, jak nysa z radiostacją. Porozumiewaliśmy się szyfrem, na przykład: 311 - figurant wyszedł z domu, 312 - skierował się na prawo, i tak dalej. Cyframi szkicowało się szlak figuranta. W samochodzie była książka szyfrów. Zawierała wszystkie powtarzające się zwroty używane w obserwacji na mieście i charakterystyczne punkty. Książka miała ruchomą wkładkę. Przesuwało się nią tak, żeby dopasować cyfry. W ten sposób odczytywało się odpowiednie hasło. Książka była bardzo prosta w obsłudze. Klucz szyfrowy wkładki zmieniano co tydzień, co dwa tygodnie. Rozszyfrowany szlak figuranta ci z nysy przekazywali do Centrali.

Tajne skrzynki obserwowało się przez teleobiektyw, tak żeby była widoczna twarz. Rejestrowało się ruch figuranta krok po kroku, po to by móc rozpracować skrzynkę. Skrzynka wcale nie oznaczała prawdziwej skrzynki, chodziło o skrzynkę kontaktową. Mogło nią być miejsce w parku, w tramwaju, w mieszkaniu.

W poważnych przypadkach obserwację prowadziło kilka osób. Czasem jeden musiał się spalić. Wtedy przejmował drugi, trzeci. Figuranci, którzy zauważą obserwację, biorą ją czasem na wyczerpanie. Dzwonią do wielu drzwi na klatce, zaczepiają ludzi na ulicy, wchodzą do sklepów. Tak przez cały dzień. My musimy wszystkich sprawdzać. Jeden szedł dalej za figurantem, a reszta naszych ludzi musiała się rozdzielać i iść za każdą z osób zaczepionych przez figuranta. Najczęściej były to mylne ślady. Nieraz brakowało ludzi, gdy figurant był sprytny i naprowadzał nas na przypadkowe osoby. Niektórzy sami prowokowali obserwację, można powiedzieć prosili o nią. Zawsze był w tym jakiś cel. Znany polski aktor, reżyser i dyrektor w jednej osobie skarżył się, że otrzymuje anonimy z pogróżkami: "Śmierć komunistom", "Będziesz wisiał", "Dziś w nocy umrzesz". Wydawało się to nam podejrzane. Zaczęliśmy obserwować jego mieszkanie. Nasz podopieczny miał dziwne zwyczaje. Rano brał spod drzwi mleko i kładł list pod wycieraczkę...

Jerzy K.:

Hilary Ch. był moim naczelnikiem w obserwacji. Przed wojną wybierał piasek z Wisły. Do UB wstąpił w czterdziestym piątym. Typ ideowca, którego partia przesunęła z nizin społecznych na szczyt. Przeszedł wszystkie szczeble kariery. Od zwykłego funkcjonariusza do wysokiego rangą oficera. Ch. szczególnie upodobał sobie hotele. Zlecał obserwację nawet wtedy, gdy nie było zagrożenia, żadnej zrozumiałej potrzeby. Pod koniec lat siedemdziesiątych lekarze zalecili mu półroczny wypoczynek w Barcinku. Nie chciał iść. Zmuszono go. Jak wrócił, to z jeszcze większą energią zaczął obserwować. Pisał notatki. Przesyłał je do dyrektora biura. W osiemdziesiątym czwartym przeszedł na rentę inwalidzką. W lipcu 1990 spotkałem go pod Grand Hotelem. Siedział przy stoliku przed kawiarnią. Pił kawę i zapisywał numery rejestracyjne samochodów zatrzymujących się w pobliżu hotelu. Spytał czy chcę z nim współpracować. Przedstawił plan działania. Każdy hotel w Warszawie obserwuje przez dwa miesiące. Wnioski chciał przedstawić kierownictwu resortu. Spytałem czy chodzi o stare, czy o nowe kierownictwo. Powiedział, że to nie ma znaczenia. Ja na to: towarzyszu pułkowniku, już nie te czasy, dzisiaj nikt nas nie potrzebuje. Widziałem jak zapisuje to, co do niego mówię. Potem wstał i wyszedł bez słowa. Więcej go nie spotkałem.

Kiedyś ten człowiek zlecał mi obserwacje. Chodziłem za ludźmi. Poznawałem ich zachowania. Nie wiedziałem jacy są naprawdę. Ja miałem tylko na nich patrzeć, sprawdzać co robią. Ani na sekundę nie mogłem stracić z oczu figuranta, chyba że go przejmował mój zmiennik. Przyglądałem się ludziom w sytuacjach, w których nie spodziewali się, że ktoś ich widzi. Patrzę na pewnego znanego opozycjonistę B., a on stoi w bramie i dłubie w nosie myśląc, że nikt go nie widzi. To, co wydłubie, wyciera o mur. Ale widzę i dziwię się, jak to pasuje do niego. Do niego pasuje postawa twarda, nieugięta, męska, a nie grzebanie w nosie. Albo wchodzę za takim pisarzem do ubikacji w kawiarni. Stoimy przy sąsiednich pisuarach i nagle ja kątem oka widzę, że tego człowieka interesuje moje przyrodzenie. Przekrzywił głowę i wpatruję się, jak ja sikam. A ja nie sikam, bo mi się nie chce, tylko tak stoję i udaję, że sikam. On robi krok w moim kierunku. Nie wytrzymałem. Wyszedłem, bałem się, że jak zacznie się do mnie dobierać, to dam mu w mordę. Potem mu podstawili agenta pederastę i nie wiem czy mu się nie spodobał, czy zwietrzył podstęp. W każdym razie nie był zupełnie zainteresowany tym pederastą.

Józef Z.:

Dla nas nie było takich słów jak moralność czy etyka. My tych słów nie używaliśmy. One dla nas nie miały sensu, bo służba wykorzystywała niemoralność, a z moralnością walczyła. Im bardziej niemoralne zachowanie, tym lepiej dla nas, tym łatwiej zbliżyć się do człowieka, przeniknąć go. Ci, którzy mieli coś na sumieniu byli dla nas najważniejsi, stanowili najlepszy materiał agenturalny.

Byliśmy czujni. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację. W kawiarni przy osobnych stolikach siedzą dwaj pracownicy SB. Nie wiedzą o sobie. Przypadkiem znaleźli się niedaleko siebie. Nie podejrzewają się nawzajem o pracę w resorcie. I teraz mamy trzeciego człowieka, który dajmy na to stoi przy barze. Jest lekko podpity. W pewnym momencie zaczyna mówić. Szkaluje pewne osoby, obraża władzę wymieniając ją z nazwiska. Słucha tych słów cała sala. Zapada cisza. Sala reaguje ciszą wtedy, gdy się czegoś boi, a teraz boi się odpowiedzialności za to, że w ogóle słyszy. Najchętniej by nie słyszała. Podpity po serii wyzwisk przestaje krzyczeć. Wraca do kieliszka. Co się dzieje z naszymi pracownikami? Jeden z nich, który w kawiarni znalazł się przypadkiem, od razu pisze notatkę ze zdarzenia i zanosi do właściwego wydziału. Drugi, który miał "pod sobą" tę kawiarnię, zwleka, bo uważa, że zdąży napisać. Dopija spokojnie kawę i idzie do domu. W domu pisze notatkę, ale zanim notatka następnego dnia dotrze na biurko naczelnika, naczelnik go wezwie do siebie i powie: - No, towarzyszu K., mam tu notatkę służbową z wczorajszego wydarzenia w kawiarni. Ale to nie jest wasza notatka. I już nie wiem jakby się w tej sytuacji tłumaczyć, to niczego się nie osiągnie. Bo żeby osiągnąć trzeba być pierwszym, trzeba uprzedzać uderzenie. Trzeba być w każdej chwili czujnym. Nawet jeśli to kolega. Kolegów nie ma w służbie. Konflikt lojalności nie występuje. Masz być lojalny wobec przełożonego, dalej wobec służby, jeszcze dalej wobec ojczyzny. Gdybyś jeszcze chciał być lojalny wobec Boga i spełniać te wszystkie dziwne przykazania, zachowując się etycznie, to możesz być pewien, że zwariujesz. Zamkną cię w Tworkach, albo wyślą do Barcinka. Nawet jeśli nie zwariujesz naprawdę, to tak trochę zwariujesz, żeby było przykrycie na to, co możesz ewentualnie mówić jako nie - wariat. A już ze szpitala możesz wyjść jako wariat rzeczywisty, klasyczny przykład schizofrenika. Już ktoś się o to postara. Wiesz o tym. I dlatego z dziesięciu przykazań wybierasz sobie jedno, dwa, no nie, dwa to już zbyt wiele. Powiedzmy: nie zabijaj. Czy to nie jest prawo moralne? Więcej - prawo ludzkie. Kierujesz się prawem ludzkim, więc jesteś człowiekiem, wmawiasz w siebie człowieczeństwo, aż w końcu uwierzysz, bo niby dlaczego miałbyś nie uwierzyć. Nie robisz przecież niczego, czego musiałbyś się wstydzić, jesteś do pewnego stopnia dumny z siebie. Tylko czasem nie jesteś dumny, kiedy słyszysz, co o tobie mówią. Nawet jeśli niedokładnie o tobie, to też o tobie. Trudno, taki zawód. Ale zaraz przychodzi świadomość, że ty stanowisz władzę. Nie jakiś tam sekretarz, nie minister czy premier. Właśnie ty, chociaż jesteś anonimowy, właśnie dlatego, że jesteś anonimowy jest ci łatwiej sprawować władzę. Nikt cię nie zna, możesz robić wszystko, bo nie masz nazwiska. Czy to jest zrozumiałe? Za ciebie odpowiada system. System cię broni. A ty bronisz systemu. Sprzężenie zwrotne, błędne koło, babranie w gównie, kloaczny zapach i smród, który się zabiera do grobu.

Jerzy K.:

Ojciec od czterdziestego trzeciego pracował w fabryce urządzeń telefonicznych na Grochowie. W lipcu tamtego roku przyszło do nas gestapo. Była noc. Kazali się ojcu ubierać. Zawieźli w Aleję Szucha. Po dwóch tygodniach matka dostała widzenie. Ojciec schudł, był posiniaczony. Dwa miesiące później nadeszło zawiadomienie o śmierci ojca w transporcie do Oświęcimia. Nie wiedzieliśmy dlaczego został aresztowany, nawet w czasie ostatniego widzenia z matką ojciec nic nie powiedział.

Po wojnie, w czterdziestym szóstym albo siódmym, odwiedził nas człowiek ubrany w oficerki i bryczesy. Podziękował za postawę ojca. Nic więcej nie chciał powiedzieć. Zasłaniał się jakąś tajemnicą.

W pięćdziesiątym drugim poszedłem do Oficerskiej Szkoły Artylerii w Olsztynie. Raz w miesiącu przyjeżdżałem do domu na urlop. Rozmawiałem z dziadkiem. Przekonywał, że komuniści to oprawcy, mordercy. Ja jego przekonywałem, że komunizm to humanizm. Dziadek mówił, że jestem młody, głupi, i że już nie ma dla mnie ratunku. Według tego czego uczyli w szkole, starzy ludzie mieli staroświeckie poglądy, a my, młodzi, mieliśmy budować nowoczesne państwo. Moim ideałem był Stalin. Jego śmierć przeżyłem mocniej niż śmierć ojca. Dwaj moi koledzy z kompanii popełnili z rozpaczy samobójstwo. Świat bez Stalina wydawał się kończyć.

W szkole wychowywano nas na komunistów. Na trzecim roku zaproponowano mi wstąpienie do partii. Uważałem to za zaszczyt. Chciałem być dobrym komunistą. Jedno mi się tylko nie zgadzało. Moja rodzina była katolicka, ja też chodziłem do kościoła, a na informacjach politycznych przekonywano nas, że religia to opium. W takich chwilach mój entuzjazm słabł. Nie uważałem, że istnienie Boga przeszkadza w budowie zdrowego świata komunistycznego.

Potem przyszły rewelacje z Wolnej Europy. Dziadek kazał mi słuchać radia. Mój bohater przestawał być bohaterem. Ja byłem rozczarowany, zdruzgotany. Chciałem odejść z wojska, ale pomyślałem, że przecież tamto się skończyło.

Po szkole wysłano mnie na Rzeszowszczyznę. Przez trzy lata bezskutecznie starałem się o przeniesienie bliżej domu. W pięćdziesiątym dziewiątym spotkałem na ulicy kolegę z dzieciństwa. Był naczelnikiem jednego z wydziałów MSW. Zaproponował przeniesienie służbowe z resortu obrony do resortu spraw wewnętrznych. W ciągu kilku dni załatwiliśmy formalności. Przyjęto mnie na kierowcę-wywiadowcę do biura B. W moim wydziale tylko ja byłem z Warszawy. Reszta z małych miejscowości, albo ze wsi. Przyjechali do Warszawy, dostali mieszkania, dobre pensje. Czy mogli uważać, że jest lepszy ustrój niż komunistyczny?

Marian A.:

Pierwszy raz przeczytałem cudzą korespondencję jak miałem dziesięć, może jedenaście lat. To był prawdopodobnie list zgubiony przez listonosza. Seledynowa koperta, papier w jedną linię, pismo przechylone w lewą stronę. Najpierw chciałem go odnieść, bo znałem adresata. Mieszkał w sąsiedniej kamienicy. Potem pomyślałem, że przeczytam, zakleję i oddam. W końcu przeczytałem i wyrzuciłem. Nie pamiętam już dokładnie, o co chodziło. Wiem, że byłem trochę rozczarowany treścią. To był zwykły list. Jakieś pozdrowienia od rodziny, informacja, że przyjadą do Warszawy czy coś takiego. Nie, nie było mi wstyd. Nikt się przecież nie dowiedział.

Adam G.:

Każdy naczelnik poczty był naszym człowiekiem. Jeśli nie było wyraźnego rozkazu co kontrolować, sprawdzano listy wyrywkowo, jakieś grube podejrzane koperty, mocno zaklejone taśmą. Prowadzono jednak najczęściej kontrolę systematyczną, na nazwisko lub adres. Na to musiał wyrazić zgodę naczelnik wydziału. W Pałacu Kultury była poczta na usługach SB. Wchodziło się głównym wejściem, skręcało w lewo, przechodziło obok Sali Kongresowej i dalej mało widocznymi schodkami prosto na pocztę. Jeśli zatrzymany list był ważny, mógł służyć jako dokument procesowy. Robiło się wtedy tak: pisało się do naczelnika poczty "z prośbą o zatrzymanie przesyłki, nadanej od obywatela A do obywatela B". Tymczasem list był już w naszych rękach. Naczelnik poczty odpowiadał listem:" W związku z waszym pismem zatrzymano taki to a taki list". Robiło się kopię, a oryginał wysyłano do adresata.

Marian A.:

Pracowałem w Pałacu Mostowskich w Wydziale W - inwigilacja korespondencji. To był szczebel Komendy Wojewódzkiej MO. Na szczeblu ministerstwa działało biuro W. Biuro w MSW dzieliło się na wydziały, na przykład wydział krajów europejskich, wydział zajmujący się korespondencją z USA, kraje socjalistyczne, niemieckojęzyczne i tym podobne.

Na szczeblu Komendy wydziały nosiły nazwę sekcji. Byliśmy firmą usługową, działającą na zlecenie poszczególnych departamentów ministerstwa i wydziałów Komendy Wojewódzkiej. Do dyspozycji mieliśmy dwa urzędy pocztowe. Pierwszy - Warszawa II w Pałacu Kultury (korespondencja krajowa) i drugi - Warszawa III na Żelaznej (korespondencja zagraniczna).

Jeśli pracownik obserwacyjny rozpracował figuranta, to najpierw zlecał obserwację w biurze B. "Betka" chcąc wiedzieć o figurancie wszystko, musiała czytać korespondencję od figuranta i do figuranta. Zlecano nam przechwytywanie listów. Najpierw określało się czas inwigilacji korespondencji. Powiedzmy, że to było pół roku. Przez pól roku żadna kartka, żaden list wrzucony do skrzynki ani żadna korespondencja przychodząca do figuranta nie mogła przejść nie zauważona, nie przeczytana. Obserwacja chodziła za figurantem krok w krok. List wrzucony do skrzynki albo zostawiony w okienku na poczcie natychmiast przejmowaliśmy. List wyjęty ze skrzynki rozpoznawaliśmy po charakterze pisma, po nazwisku adresata. Czasem, jak na miejscu mieliśmy kłopoty z odszukaniem, zabieraliśmy wszystkie listy ze skrzynki i dopiero na poczcie szukaliśmy, a po znalezieniu resztę korespondencji wrzucaliśmy z powrotem do skrzynki.

W Urzędzie Pocztowym Warszawa II pracowali nasi ludzie. Otwierali listy. Do otwierania służył specjalny, metrowej szerokości pulpit parowy. Po naciśnięciu z góry prasą list otwierał się sam, nie pozostawiając żadnych śladów, żadnych mechanicznych zniszczeń. Do czytania między wierszami używano lampy ultrafioletowej.

Jeśli sami uszkodziliśmy kopertę albo list, tak, że nie mogły potem iść do adresata, to dysponowaliśmy sztabem grafologów, którzy bezbłędnie kopiowali charakter pisma. Mieliśmy też wszystkie możliwe koperty, każdy rodzaj papieru. Pomyłki się nie zdarzały. Czasem chcieliśmy mieć oryginał w kieszeni i dlatego przepisywaliśmy.

Adam G.:

Od kiedy zacząłem pracować w SB przestałem pisać listy i pamiętnik, który prowadziłem wcześniej przez dziesięć lat. Wiedziałem, że i listy i pamiętnik będą przeczytane tak, że ja się o tym nawet nie dowiem.

Marian A.:

Nie, sam nie pisałem listów. Ja wiem, że to nie jest normalne. Przez całe życie ani jednego listu. Kiedy byłem dzieckiem, nie miałem do kogo, a gdybym nawet miał, to nie miałbym na znaczek ani na kopertę czy papier. Potem gdy zacząłem pracować w milicji, to też nie miałem do kogo pisać. Bo rodzina była zawsze ze mną, a przyjaciół nie miałem. Jak przeszedłem do Wydziału W, to chyba jasne, że człowiek tracił ochotę do pisania, widząc że wszystko, co napisze może być przeczytane.

Niektórzy się podniecali czytając listy erotyczne. Nieraz przerzucali całe stosy, żeby trafić na taki list. Przypominam sobie kilka takich opisów, że w najbardziej pornograficznych książkach czy gazetach nie czytałem ciekawszych. Prawdę mówiąc mnie to nie interesowało, tylko tak, jak koledzy pokazali, to się przeczytało, albo zobaczyło jakieś zdjęcia. Zdjęcia były lepsze, ale to młodzież niech się zachwyca. Mnie to już nie bawiło, chyba że naprawdę coś ciekawego.

Styl i forma listu określały człowieka. Teraz, gdy czytam listy drukowane w różnych gazetach, to mogę z dużym prawdopodobieństwem określić charakter osoby piszącej, zawód w przybliżeniu, ale raczej celnie, nie mówiąc już o wieku piszącego z dokładnością do pięciu, dziesięciu lat. Jeśli widzę charakter pisma, to jeszcze łatwiej jest powiedzieć coś o człowieku. W swoim życiu przeczytałem dwieście, może trzysta tysięcy cudzych listów. To był kawał roboty.

Marian A.:

Przed wojną chodziłem do szkoły nr 93 na Czerniakowskiej. Byłem katolikiem. Nie opuściłem żadnej lekcji religii. Katolikiem przestałem być 20 października 1934 roku o godzinie piątej po południu. Tamten chłopak był ministrantem. Wyższy, silniejszy ode mnie. To on zaczął, nie ja.. Biliśmy się w parku przed kościołem. Rozciąłem mu wargę, wybiłem ząb. Sam wyszedłem bez szwanku. Walce przyglądała się cała klasa. Ktoś pobiegł do księdza. Ksiądz wezwał mnie do siebie. Najpierw długo na mnie patrzył, potem kazał zdjąć spodnie i na gołą dupę wlepił dwadzieścia pasów. Kiedy zakładałem spodnie na obolałe pośladki kopnął mnie, nazwał komunistą i zakazał przychodzenia na religię. Przed kościołem czekał jakiś chłopak. Znałem go ze szkoły. Był w wyższej o rok klasie.

- Jestem Szarek - przedstawił się. - Co on ci zrobił?

Opowiedziałem o całym zdarzeniu, a on na to:

- Nie przejmuj się, to nie jest najlepsze miejsce dla ludzi takich jak my. Gdybyś miał jakieś kłopoty, to pamiętaj, że zawsze mogę ci pomóc.

Tak powiedział i odszedł.

Nie wiedziałem, jakich ludzi ma na myśli. Przypuszczałem, że chodzi o ludzi odważnych, dzielnych, takich jak Szarek. W Szarku kochały się wszystkie dziewczyny w szkole. Później dowiedziałem się, że Szarek jest bliskim krewnym Adama Próchnika. Wciągnął mnie do drużyny harcerskiej. To była czerwona drużyna. Dzięki Szarkowi poznałem Dubois, Arciszewskiego. Do kościoła już więcej nie poszedłem. Od tamtej pory kler stal się dla mnie symbolem pasa i sinych pośladków. 

Adam G.:

"Ewa" była najważniejszą agentką w historii SB. Pseudonim "Ewa" sama sobie wybrała. Pozyskał ją Majchrowski, ja ją tylko przejąłem, kiedy zacząłem pracować na zagadnieniu literackim. Ona pracowała na jednej z warszawskich uczelni. Na początku nie miała ważnych zadań. Donosiła na studentów i pracowników naukowych. Potem zaczęto ją posyłać na spotkania autorskie ze znanym pisarzem X. Przygotowywano jej pytania. Ona siadała w pierwszych rzędach i je zadawała. Jej zadaniem była obecność na każdym wieczorze autorskim. Po którymś z takich spotkań X zaprosił ją na kawę. Odtąd widywali się coraz częściej. "Ewa" wpraszała się do jego domu. Akurat zmarła żona X. "Ewa" zajęła jej miejsce. Prała, prasowała, gotowała obiady. Stała się kimś w rodzaju narzeczonej. Ciągle pisała na X meldunki, i to bardzo skrupulatne. Meldunki odbierałem w najbardziej zakonspirowanym lokalu na rogu Narbutta i alei Niepodległości. Do pokoju wchodziło się bezpośrednio z klatki. Właścicielka dostawała pieniądze. Gdy córki podrosły, jedna przeniosła się do tego pokoju. Zorganizowano nam inny lokal, na ulicy Bagno, w jednym z wysokich bloków. "Ewa" najpierw opowiadała mi, co robi X, a potem ja robiłem kawę a ona pisała meldunek. W przypadku ważniejszych agentów organizowano lokal konspiracyjny tylko dla nich. Chodziło o to, żeby najważniejszych agentów, ich twarze, nazwiska, znal jedynie prowadzący. Jeśli z lokalu korzysta kilku agentów, któremuś z nich może wpaść do głowy, żeby obserwować lokal i sprawdzić, kto jeszcze współpracuje.

W tym czasie gdy ja dostawałem trzy tysiące pensji jako kapitan, ona otrzymywała pięć tysięcy i jeszcze zwrot za kawiarnie, wyjazdy i drobne wydatki.

Na polecenie dowództwa wyprowadziłem "Ewę" z uczelni i zatrudniłem w Grand Hotelu. Zarabiała dużo, była łasa na pieniądze. Chodziło nam o to, żeby miała łatwy dostęp do zagranicznych gości.

Przed marcem 1968 roku X, który znajdował się w centrum wydarzeń, musiał się ukrywać. Zamieszkał u "Ewy", wtedy już swojej narzeczonej. Oboje nie opuszczali mieszkania. X myślał, że jest dobrze zakonspirowany. "Ewa" wychodziła codziennie na szybkie zakupy, chleb, mleko i w tym czasie przekazywała mi meldunki. W jej domu zbierali się najważniejsi działacze opozycji, pisarze, dziennikarze. Nam to było na rękę, bo wszystkich mieliśmy na oku. W końcu i ja zacząłem tam przychodzić. Drzwi otwierała mi "Ewa". X szedł w tym czasie do drugiego pokoju. Przychodziłem niby po książkę. "Ewa" tłumaczyła, że jestem starym znajomym z uczelni. Prosto od "Ewy" z meldunkiem jechałem do Komitetu Centralnego, bo tam już czekali na informację. Wtedy czułem, że mam władzę, że kieruję sprawami najwyższej wagi państwowej.

"Ewa" bywała tam gdzie X. X zabierał ją wszędzie ze sobą. Przed narzeczoną X wszystkie drzwi świata literackiego były otwarte. Znała wielu opozycyjnych działaczy. Była bystra, gorliwa i bardzo pracowita. Donosiła nie tylko na X. Zajmowała się również Wańkowiczem, "przyjaźniła się" ze znaną dziennikarką M. M.

Pewnego dnia zapytała mnie, co ma robić. X zaproponował jej małżeństwo. Z wrażenia zaniemówiłem. Poleciałem z tym natychmiast do naczelnika Wydziału, a on do ministra. Zrobił się popłoch, jakiego wcześniej w SB nie widziałem. Drugi taki sam powstał jak Karola Wojtyłę wybrano papieżem.

Zastanawiałem się, kto tu kogo rozpracowywał. "Ewa" X, czy X "Ewę". A może pozyskał ją na swoją agentkę? Może od początku była nam podstawiona? Minister postanowił potraktować sprawę poważnie. Założył w mieszkaniu "Ewy" podsłuch, o którym "Ewa" nie wiedziała. Byli pod ciągłą obserwacją. Dzień i noc. Była w dalszym ciągu lojalna wobec nas. Poza tym jej informacje z kręgów literackich i towarzyskich potwierdzał tajny współpracownik "Andrzej" - wybitny pisarz i urzędnik państwowy. Było zresztą tak, że "Ewa" kapowała na "Andrzeja", a "Andrzej" na "Ewę". Rzecz jasna nie wiedzieli o sobie, nie znali swoich drugich ról.

Wobec nowych zadań zmieniłem "Ewie" pseudonim na "Max". Informacje od "Maxa" otrzymywał nawet sam Gomułka, doskonale zorientowany w sprawie.

Kiedy X zachorował, "Max" dokładnie opisywała etapy choroby, pobyt w klinice.

W końcu X umarł. Ja miałem zabezpieczać pogrzeb. Oprócz mnie było jeszcze dwóch esbeków. Jeden miał nagrywać, drugi fotografować. "Max" czyli dawna "Ewa" stała nad grobem w czarnym ubraniu. Zachowywała się, jak przystało na smutną wdowę po wielkim pisarzu. Potem zwierzyła mi się, że najtrudniejsza była stypa, bo córka X powiedziała do niej: - To pewnie ty przez cały czas kapowałaś, bo nikt inny nie mógł tego zrobić.

"Ewa" zachowała spokój. Podejrzenie zbyła jakimś żartem. Do rozmowy już nie wracano. Trudno było uwierzyć w taką możliwość. "Ewa" - "Max" była najlepiej zakonspirowaną agentką, jaką pamiętam.

O "Ewie" myślałem: a to kurwa, i jednocześnie zacierałem ręce. Ona robiła więcej, niż do niej należało. Pokazywała mi prywatne listy, zanim ją o to poprosiłem.

Kazimierz M.:

Rodzice sprzedali kilka mórg na wsi i przenieśli się do Warszawy. Ojciec za trzy tysiące wykupił dozorcostwo w stolarni. Dostali jedną izbę. Matka była praczką. Chodziła boso do studni po wodę. Nawet zimą. Nigdy, aż do późnej starości, nie chorowała. Bieliznę gotowała na trociniaku, a przy okazji obiad. Czy zimą, czy latem, temperatura w mieszkaniu przekraczała trzydzieści stopni. Oddychało się gorącą parą i zapachem rozgotowanych mydlin.

Brałem w rękę pajdę chleba zmoczonego wodą, posypanego cukrem, i szedłem na podwórko. Bawiłem się wśród usypisk i wiórów. Jak chłopcy z ulicy chcieli wejść na plac, musieli się wkupić. Wpuszczałem ich za guziki, srebrne monety.

Mieszkaliśmy na Ząbkowskiej. Rano ojciec budził mnie o piątej, żebym zdążył pójść na karuzelę. Stała niedaleko, na Markowskiej. Rano można tam było znaleźć pieniądze albo inne zguby. Kiedyś trafiłem na pełen portfel. Wystarczyło na garnitur. Pierwszy raz włożyłem go do pierwszej komunii, a potem nosiłem długo, chyba jeszcze w piątej klasie. To była wełna setka, a ja wolno rosłem, na szczęście.

Nie bardzo lubiłem się uczyć, wołałem włóczyć się z kolegami po Pradze. Wcześnie zrozumiałem, że jestem zdany wyłącznie na siebie, że rodzice nie są mi w stanie zapewnić nic poza kiepskim jedzeniem. Ojciec pukał mnie rano w bok. Wiedziałem, że czas wstawać. Na Bazar Różyckiego miałem kilka kroków. Sprzedawałem proch strzelniczy, który sam wyprodukowałem. Potrzebny był do tego chlorek, mierzwa zwierzęca, nie pamiętam co jeszcze. Przed Wielkanocą interes szedł jak złoto. Handlowałem jeszcze karbidem, monetami i czym się tylko dało. Proch wykorzystywało się też w walce między Ząbkowską a Markowską.

Kiedyś poparzyłem sobie całą twarz. Wyglądałem jak obdarty ze skóry zając. Ale wystarczyło dużo białka kurzego i dziś nie ma śladu.

Kiedy już się uczyłem w Technikum Budowlanym Zegarów Samolotowych, to robiłem zegarki na sprzedaż. Stare części wkładałem w nowe koperty. Za zarobione pieniądze rozbudowywałem swój warsztat, kupowałem części. Do tej pory mam zegarmistrzowskie przetyczki do włosów z lat pięćdziesiątych, po tysiąc sztuk z każdego rodzaju. Mam wszystkie rozmiary szkiełek.

Nauczyłem się naprawiać zegarki i to był mój drugi zawód. Nawet jak byłem w SB dorabiałem w ten sposób. Od komendanta po sprzątaczkę, wszyscy się do mnie zwracali. Od znajomych brałem tylko zwrot kosztów, od innych więcej.

Chciałem zostać ciężarowcem. Byłem niewysoki, warunki fizyczne odpowiednie. Nie zostałem ciężarowcem tylko dlatego, że nie było dla mnie na majteczki gimnastyczne, a w zwykłych majtkach nie wypadało występować.

Kiedyś poszedłem z dziewczyną nad Wisłę. Chciałem jej postawić piwo, ale brakowało mi dziesięć groszy. Rzuciłem na bufet garść drobniaków. Kelner przeliczył i czekał na resztę. Powiedziałem, że musiało się gdzieś potoczyć. Machnął ręką. Ocaliłem honor.

Adam G.:

W pierwszych tygodniach w służbie zapoznawali mnie z pracą. Opiekun, ten co mnie zwerbował, dał mi do czytania teczkę ogólną. To była teczka założona na moje nazwisko. Nie wiem kiedy, ale prawdopodobnie dawno, bo papier był już trochę podniszczony.

Teczka zawierała materiały, które nie mieściły się merytorycznie w teczce personalnej, ani w teczkach spraw. Czytam, czytani i włosy mi dęba stają. Kurwa - myślę sobie - to oni wszystko o mnie wiedzą. Wiedzieli co robiłem na uczelni, z kim się spotykałem, co się działo po zajęciach. Domyśliłem się, że mają agentów na wydziale.

- No co, wiesz kto na ciebie donosił? - zapytał opiekun. Podał nazwisko kolegi, którego nigdy bym nie podejrzewał. Po latach spotkałem go w tramwaju. Wiedział, że jestem oficerem SB.

- Wiesz? - powiedział. - Ja utrzymywałem kontakt z SB na uczelni. Ale jak mi kazali kogoś zlikwidować - odmówiłem. Od tamtej pory nie układa mi się w życiu, chodzi za mną jakieś fatum. Czasem myślę, że to oni przykładają do tego rękę.

Nie miałem do niego żalu, że wtedy kapował. Ktoś to przecież musiał robić.

Józef Z.:

W 1955 roku skończyłem studia, wcześnie będąc na nie oddelegowany z resortu. Przyszedłem do pracy na Rakowiecką, na stanowisko starszego oficera. Gradacja była następująca:

oficer - porucznik

starszy oficer - do kapitana

inspektor - major, podpułkownik

starszy inspektor - podpułkownik, pułkownik

Ze względu na praktykę, chociaż byłem porucznikiem, przeskoczyłem oficera. Miałem "przykrycie" w centrali eksportowo-importowej. Prowadziłem normalną pracę operacyjną. Pozyskiwałem agentów. Werbowanie musiało być starannie przygotowane. Dzieliło się na etapy:

1. Wytypowanie człowieka. Brano pod uwagę:

- środowisko w jakim żyje i pracuje

- przydatność do pracy za granicą

- znajomość języków obcych, wykształcenie

- zainteresowanie, praktyczne umiejętności

2. Sprawdzenie kartką E-15, specjalnym drukiem do wypisywania danych o rodzinie kandydata, rodzinie żony. Dzieci pomijaliśmy, bo kandydaci byli zbyt młodzi, żeby ich dzieci mogły nas zainteresować. Dla nas liczyli się ludzie w wieku 25-35 lat, najbardziej sprawni fizycznie, umysłowo. Jeżeli sprawdzenie wypadło pomyślnie, dochodziło do:

3. Zaaranżowania rozmowy, za pośrednictwem osób z kręgu kandydata. Jeśli w ten sposób się nie dało, bo na przykład nie mieliśmy w tym środowisku swoich ludzi, wtedy korzystaliśmy z kadr w miejscu pracy kandydata. W kadrach zawsze mieliśmy swoich ludzi, jeśli nie pracowników zawodowo związanych z resortem, to przynajmniej była to druga linia, albo współpracownicy, ewentualnie ludzie z jakichś, najczęściej materialnych, powodów nam przychylnych. Kadry w każdej instytucji mieliśmy obstawione. Kadrowcy w większych przedsiębiorstwach, instytucjach, bez wyjątku byli naszymi pracownikami - Departamentu I.

W swojej praktyce miałem ciekawy przypadek werbunku. Penetrując środowiska akademickie spośród wielu osób wybrałem kilku mężczyzn jako agentów perspektywicznych. Spośród tych kilku metodą selekcji doszedłem do jednego - adiunkta na Politechnice. Przez wiele miesięcy sprawdzałem środowisko, przydatność agenturalną naukowca. Za najlepsze dojście uznałem wreszcie kontakt po linii wojskowej. On był po studiach, miał stopień oficerski. Przebrałem się w mundur oficera LWP i poszedłem do szefa WSW na Oczki. Poprosiłem by RKU udostępniła mi akta kilku oficerów rezerwy. Wojsko nie mogło się domyślać, który z wytypowanych oficerów jest dla mnie kandydatem. Istniała nieformalna rywalizacja między nami a wywiadem wojskowym. Mogli mi przejąć agenta zanim nawiązałem z nim kontakt osobisty. Wziąłem dziesięć teczek.

Zostawiłem sobie cztery (między innymi swojego człowieka, który jeszcze nie przypuszczał, że za kilka dni dowie się, że jest inwigilowany od kilku miesięcy). Wysłałem wezwanie do stawienia się w RKU w celu uzupełnienia ewidencji (tak pisaliśmy zawsze, gdy nic do człowieka nie mieliśmy, a tylko chodziło nam o rozmowę, najczęściej werbunkową, albo sondażową - czy się nadaje na agenta, czy nie).

Mieli się stawiać co godzinę od czternastej do siedemnastej. Mój na końcu, żebym miał czas go przekonać. Najpierw dokładnie sprawdziłem, czy w pokoju nie ma podsłuchu. Kiedy wreszcie wszedł naukowiec, od razu zaskoczyłem go wiedzą na temat jego umiejętności, zainteresowań elektronicznych, cybernetycznych. Roztoczyłem przed nim perspektywy. Mówiłem, że z pewnością czekają go zagraniczne wyjazdy. Ostrzegałem przed zachodnim wywiadem, który tylko czyha na ludzi zdolnych, wykształconych. Mówiłem tak z pół godziny, aż wreszcie zaryzykowałem i ujawniłem się. Wyjąłem legitymację, powiedziałem, że jestem pracownikiem polskiego wywiadu. Zanim zaproponowałem współpracę ostrzegłem, że ta rozmowa zostaje między nami, w przeciwnym razie, a jesteśmy to w stanie sprawdzić, ma z głowy karierę. Potem przeszedłem do konkretów. Otwarcie zaproponowałem współpracę. On wziął moją legitymację, dokładnie ją przeczytał, spojrzał na zdjęcie, potem na mnie. Od razu pomyślałem, że fachowiec. Zachowywał zimną krew, był spokojny, rzeczowy. Poprosił o pół godziny do namysłu. Wziąłem teczkę, poszedłem do komendanta, wypiłem kawę, wypaliłem papierosa, wracam.

On: - Przemyślałem wszystkie za i przeciw. Zgadzam się.

Ja: - Cieszę się. Nie będzie pan żałował. Piszemy zobowiązanie.

Miałem przygotowany arkusz papieru podaniowego. Dałem długopis. Pisał własnoręcznie: "Ja, K.B., zamieszkały w Warszawie przy ulicy S-kiej, zobowiązuję się dobrowolnie do współpracy z wywiadem PRL. O powyższym fakcie zobowiązuję się nie informować nikogo, nawet członków najbliższej rodziny. Współpracę zachowam w ścisłej tajemnicy dla dobra PRL." Podpis nieczytelny.

Potem szkolenie w lokalu konspiracyjnym. Umawialiśmy się zawsze na siedemnastą we wtorek, przed kawiarnią MDM. Gdy ja albo on nie mogliśmy przyjść, to mieliśmy umówione spotkanie zapasowe za tydzień w tym samym miejscu, o tej samej porze. Czekaliśmy na siebie piętnaście minut. Potem odchodziliśmy. Innych form kontaktu nie było. Raz się zdarzyło, że on się spóźnił. Przyszedł po siedemnastu minutach. Jeszcze go widziałem, ale celowo nie podszedłem. Sprawdzałem jak się zachowa. Przeszedł raz w jedną, raz w drugą stronę, i odszedł. Tak trzeba było postąpić. Za tydzień był punktualny.

Spod MDM szliśmy do lokalu konspiracyjnego, który się zresztą dla dobra szkolenia co jakiś czas zmieniało. Na szkoleniu dawało się kandydatowi - bo agentem stawał się dopiero z chwilą podjęcia pracy operacyjnej - różne hipotetyczne sytuacje, w których mogło dojść do zainteresowania jego osobą przez służby zachodnie. Mówiliśmy, że za granicą nie powinien na siebie zwracać uwagi. Pod żadnym pozorem nie może nadużywać alkoholu.

Wspólnie z naczelnikiem wymyśliliśmy mu zadanie: niech opisze ludzi ze swojego instytutu, ich stosunek do rzeczywistości, niech przeprowadzi rozmowy sondażowe. Chcieliśmy się przekonać, czy podejdzie do sprawy rzetelnie, bo każdą z opisywanych osób wcześniej sprawdziłem.

Opisał dość szczegółowo. Byliśmy zadowoleni. Jednego tylko przedstawił nierzetelnie, ale później powiedział, że był na niego zły. Został przywołany do porządku, bo złość nie powinna być cechą agenta.

Dostawał regularnie co miesiąc jakąś sumę pieniędzy z funduszu operacyjnego. Były to sumy przewyższające jego zarobki na Politechnice. Mieliśmy wtedy dużo pieniędzy pochodzących z akcji "Zalew" i "Żelazo". Moje wydatki zatwierdzał naczelnik, koszty zwracał dział finansowy. Dołączało się na przykład rachunek obiadu i notatkę tajną w jednym egzemplarzu. W Ministerstwie każde pismo, nawet najmniejsza notatka, nosiło klauzulę tajności.

Do czasu wyjazdu zagranicznego mój agent miał przekazywać informacje o nastrojach w środowisku akademickim o negatywnym nastawieniu inteligencji do rzeczywistości państwa ludowego. Agent miał wyjechać za dwa lata. Wcześniej jednak ja szykowałem się na placówkę na południe Europy. Wtedy nastąpiło "przekazanie agenta pracującego". Uprzedziłem go, że wyjeżdżam. Na kolejne spotkanie w lokalu konspiracyjnym przyszedłem już z nowym prowadzącym. Wybrałem człowieka wykształconego, inteligentnego, żeby mieli wspólną płaszczyznę porozumienia. Pracownika zatwierdził naczelnik.

Kazimierz M.:

Pewien dziennikarz nie chciał ze mną współpracować, ale przyszedł na spotkanie w kawiarni. Wszyscy się musieli zgadzać na rozmowę, bo występowałem z urzędu. Drugi pracownik SB zrobił nam zdjęcie. Kiedy kolejny raz zadzwoniłem, a on odmówił, powiedziałem: - Chce pan, żeby to zdjęcie było rozesłane do wszystkich redakcji?

Nie zaryzykował. Przystał na informowanie mnie od czasu do czasu, wtedy gdy się do niego zgłoszę.

Kiedyś zgłosiłem się do człowieka, który był agentem UB przed 56 rokiem. Potem dali mu spokój, a ja chciałem kontakt odświeżyć. Powiedział, że są inne czasy i on już skończył współpracę.

- Ale teczki są wciąż te same - odpowiedziałem. - Taka teczka może wpaść w niepowołane ręce.

Zmiękł od razu, bo przecież kiedyś własnoręcznie podpisał zobowiązanie, a zobowiązanie jest jak cyrograf. Obowiązuje do końca życia, a nawet po śmierci, bo wszystko zostaje w aktach. Człowiek, który raz coś takiego podpisał, jest skazany na cale życie. Można mu zlecić wszystko. Chyba, że zdecyduje się na ujawnienie własnej osoby jako agenta. Ale ja nie słyszałem jeszcze o takim przypadku.

Ja na agentów nie wywierałem zbyt dużej presji. Nasze kontakty opierałem na spotkaniach towarzyskich. To byli ludzie inteligentni. Dziennikarze, naczelni redaktorzy ważnych pism. Ale każdy przeżywał rodzaj strachu, niepewności. Na zbytnie spoufalenie nie mogłem sobie pozwolić.

Wśród tajnych współpracowników było wielu takich z dewiacją. Przynosili bzdury, byle dużo. To była choroba. Lubili swoją pracę, byli nachalni, gadatliwi. Z takimi wolałem albo zerwać kontakt, albo ograniczyć do minimum. Donosicielstwo leży w charakterze ludzi. Najpierw jest plotka, potem donos. Wielu moich informatorów nie wiedząc o sobie nawzajem, nie przypuszczając nawet, że ich koledzy też współpracują, donosiło na siebie. Czasem tylko po to, żeby zająć ich miejsce, uniemożliwić zagraniczny wyjazd. Zazdrość była moim najlepszym pomocnikiem. Nieraz celowo wywoływałem intrygę. Wtedy gadali jeden na drugiego największe świństwa. Kolega na kolegę.

Wśród dziennikarzy to trzeba było szukać czystego, takiego, który już z kimś nie współpracuje. Jak się już taki znalazł, to się moi koledzy bili, który ma go przejąć, pozyskać. Ale jednak o niektórych wiedzieliśmy, że za żadną cenę nie zgodzą się informować. Przed takimi zamykaliśmy drogę kariery. Sam talent często nie wystarczał. Tacy stawali się często działaczami opozycyjnymi.

Na podstawie informacji tworzono dokumenty operacyjne. Agent zbierał dane o interesującym nas figurancie. Z dokumentów operacyjnych powstawały dokumenty procesowe.

Zakładaliśmy podsłuch w mieszkaniu figuranta. Przez jakiś czas nagrywaliśmy wszystkie rozmowy. Kiedy już figurant był zatrzymany w areszcie, wtedy wybieraliśmy kilka osób, z którymi figurant rozmawiał przez telefon. Wzywaliśmy tych ludzi po kolei

I puszczaliśmy taśmę. Uderzaliśmy ostro:

- Pan zna A, on u nas siedzi. Sprawa poważna. Oskarża pana o to i o to.

Z reguły człowiek się najeżał i mówił:

- A to skurwiel, ja nie mam z tym nic wspólnego, za to on zrobił to, to i to.

Mirosław B.:

Próbowałem pozyskać pewnego aktora. Nikt mi nie powiedział: zostaw tego człowieka. Wykonywałem koronkową robotę, żeby się do niego dobrać. A tu widzę po pierwszej rozmowie, że on się w pracy operacyjnej orientuje lepiej ode mnie. Przypuszczałem, że musiał być przeszkolony, chociaż kartotekę miał czystą. Kiedy się ujawniłem powiedział, że przed wojną był agentem wywiadu sowieckiego. Wiedziałem, że teraz nie może dla nich pracować, bo inaczej kazano by mi się od niego osunąć.

Pierwsza rozmowa z kandydatem na agenta była o wszystkim. Takie wzajemne macanie, ale ja zawsze starałem się sprawiać wrażenie, że wiem wszystko o życiu kandydata, o jego sprawach intymnych. W teorii pracy operacyjnej spotkania w kawiarni były zabronione. W praktyce często z nich korzystaliśmy. Pamiętam, jak umówiłem się z moim agentem w "Nowym Świecie". To były wczesne godziny przedpołudniowe. Przy stoliku w końcu sali siedział mój kolega z wydziału i robił to samo co ja - przepytywał własnego agenta. Kiedy wróciłem do Komendy, szef wezwał mnie do siebie. - Ty idioto - wrzeszczał. - Nie masz się gdzie spotykać?

Okazało się, że tamten kolega wrócił wcześniej i doniósł na mnie do szefa. Bał się, żebym ja tego nie zrobił przed nim.

Adam G.:

Pewien krytyk literacki mieszkał w tej samej dzielnicy co niemiecka dziennikarka, znana z telewizji, R.M. Obydwoje wychodzili na spacer z psem. Mijali się. Czasem rozmawiali. Zadzwoniłem do tego krytyka. Zgodził się na rozmowę. Każdy się zgadzał, ale on bardzo chętnie. Zgodził się donosić na R.M., mimo że nic mu nie groziło, ja nic wcześniej na niego nie miałem. Nie mogłem go nawet szantażować.

Niektórzy ludzie rodzą się donosicielami. Donosicielstwo w nich dojrzewa, aż w końcu zjawia się oficer SB, który jest wybawieniem dla donosiciela, spełnieniem jego potrzeby donoszenia. Ja jednak nigdy nie miałem zaufania do agentów. Taki dziś kapuje jednego, a jutro może donosić na mnie.

Nieraz agent był ważniejszy od oficera. Chociażby taki redaktor z tygodnika "Barwy". Przed redaktorem wszyscy drżeli. Nawet sekretarz Komitetu Warszawskiego. Sekretarz zapraszał redaktora na przyjęcia, żeby się do niego zbliżyć i być mniej narażonym na donosy. Ale sekretarz nie mógł wiedzieć, że agent nie ma przyjaciół. Agent cały czas pracuje. Z tego żyje. Dlatego redaktor najbardziej lubił mówić i pisać raporty na sekretarza, aż musieliśmy go strofować, bo przesadzał, opisując pewne seksualne skłonności sekretarza.

Agent zwykle nie pełnił żadnej kierowniczej funkcji w swojej jednostce, w instytucji, w której pracował. Były rzecz jasna wyjątki, ale przeważnie agenci byli najwyżej wicedyrektorami, wicekierownikami, wiceprzewodniczącymi. Tajny współpracownik najpierw zdawał ustne sprawozdanie, a potem spisywał to w obecności oficera. Oficer dopisywał później nagłówek "doniesienie", żeby to nie działało deprymująco na donosiciela. Dopisywał również pseudonim, nazwę lokalu konspiracyjnego, datę, godzinę odebrania meldunku. Nas, prowadzących agentów, obowiązywał ścisły rewir. Jeśli chciałem pozyskać osobę, która pracowała już dla kogoś innego, naczelnik delikatnie mówił: zostaw go. Informacje od takiego agenta mogłem ewentualnie uzyskać poprzez pracownika, który go prowadził. Inaczej nie było możliwości.

Praca operacyjna była prowadzona także wśród więźniów. Agentów najczęściej pozyskiwało się spośród osadzonych, na przykład w zamian za skrócenie odsiadki, wymazanie winy, albo za wszystko razem plus jeszcze korzyści majątkowe, jeśli sprawa była poważna i agent rokował nadzieje na przyszłość.

Najtrudniejsze było zawsze pierwsze zdanie. I dla pracownika i dla agenta. Nieraz, mimo wielomiesięcznego szkolenia już po pierwszej akcji wiedzieliśmy, że z człowieka nic nie będzie. Agenturę trzeba mieć we krwi.

Moja pierwsza akcja zakończyła się pełnym sukcesem. Z okazji dziesiątej rocznicy Października opozycyjne grupy na Uniwersytecie Warszawskim zorganizowały spotkanie z Leszkiem Kołakowskim. Spotkanie miało się odbyć na Wydziale Historii. Było za późno na wysłanie któregoś z doświadczonych agentów-studentów.

Wysłano więc pięciu funkcjonariuszy. Między innymi mnie, ponieważ wtedy jeszcze byłem studentem matematyki, a jednocześnie od niedawna pracownikiem etatowym Służby Bezpieczeństwa. Do sali miałem wejść sam. W bramce stali organizatorzy: Adam Michnik, Janek Lityński i mój bliski kolega Jurek, który nie miał pojęcia o mojej pracy w SB. Wpuszczali za okazaniem legitymacji studenckiej albo pracownika UW. Ja miałem broń z przodu za pasem. W wewnętrznej kieszeni marynarki minifon z mikrofonem przyczepionym do krawata. Kiedy zbliżyłem się do wejścia podniosłem przed siebie teczkę, tak trochę do góry, żeby zasłaniała pistolet. Było dość tłoczno. Udawałem, że się przepycham. Zawołałem do kolegi: cześć, Jerzy. Wdałem się z nim w krótką rozmowę. Powiedział, że teraz nie ma czasu, że możemy pogadać po spotkaniu. Reszta stojących na bramce spojrzała w moją stronę, ale widzieli, że rozmawiam z Jurkiem, więc dali mi spokój. Gdy znalazłem się w środku, czułem, jak pot leci mi po plecach i dalej po nogach aż do skarpet. Byłem cały mokry, chociaż w środku panował jeszcze chłód. Przeszedłem na tył sali. Usiadłem na parapecie okna, nie dlatego, że chciałem sobie usiąść, tylko dlatego, że nie mogłem ustać. Nogi mi się trzęsły. Bałem się, że ktoś zauważy. Włączyłem mikrofon, chociaż jeszcze nie pojawił się Kołakowski. Jak wszedł, to zebrałem siły i ruszyłem do przodu. Wiedziałem, że z tak daleka jakość nagrania będzie zła. Krok po kroku przesuwałem się w kierunku mówcy, aż znalazłem się w pierwszym rzędzie. Spotkanie trwało dwie, może trzy godziny, a może dłużej. Nie wiem, bo straciłem orientację w czasie. Nie wiem też, jak znalazłem się w wozie po spotkaniu. Ostatnie metry to już koledzy mnie nieśli na rękach. Przed kościołem wizytek stał cywilny radiowóz. Pojechaliśmy szybko do szefa bezpieki, pułkownika Sławińskiego. Dopiero po kilku dniach dowiedziałem się, jaką wartość miały te nagrania. Zebrany przeze mnie materiał miał służyć wyrzuceniu Kołakowskiego z partii. Kopię nagrania kazano mi zniszczyć. Nie zrobiłem tego, bo nigdy nie niszczyłem dokumentów. Wszystko się jeszcze może w życiu przydać.

Kiedy pracowałem na informacji, codziennie spływały do mnie materiały agenturalne: donosy, dokumenty, korespondencja, nasłuchy rozgłośni zachodnich. Sporządzałem informację zbiorczą. Sekretarki za każdym razem przynosiły mi formularz pierwszej strony informacji. To była kartka papieru maszynowego formatu A-4. Kartka była opatrzona winietą, czyli listą osób, którym miałem dostarczyć informację. Kolejność była ustalona. Najpierw członkowie biura politycznego, potem sekretarz KC, dalej najważniejsi ludzie w MSW. Uszeregowanie nazwisk i odstępy między nimi odzwierciedlały prawdziwą hierarchię władzy. Można powiedzieć, że była to lista rankingowa, względnie stała, ale zmieniająca się po jakichś zawirowaniach społecznych. Zmiany najczęściej dotyczyły tych na dole.

WINIETA Z 1974 ROKU

Otrzymują: Tow. Gierek, Tow. Jabłoński, Tow. Jaroszewicz, Tow. Babiuch, Tow. Grudzień, Tow. Jagielski, Tow. Jaruzelski, Tow. Kania, Tow. Kępa, Tow. Kowalczyk, Tow. Kruczek, Tow. Olszowski, Tow. Szydlak, Tow. Tejchma, Tow. Barcikowski, Tow. Łukaszewicz, Tow. Wrzaszczyk, Tow. Frelek, Tow. Karkoszka, Tow. Pińkowski, Tow. Werblan, Tow. Żandarowski, Tow. Kurowski, Tow. Zieliński, Tow. Janicki, Tow. Milewski, Tow. Stachura, Tow. Zaczkowski, Tow. Pożoga, Tow. Słowikowski, Tow. Kwiatkowski, Tow. Chomętowski. Do wiadomości: Tow. Gołębiowski.

WINIETA Z 1978 ROKU

Otrzymują: Tow. Gierek, Tow. Babiuch, Tow. Grudzień, Tow. Jabłoński, Tow. Jagielski, Tow. Jaroszewicz, Tow. Jaruzelski, Tow. Kania, Tow. Kępa, Tow. Kowalczyk, Tow. Kruczek, Tow. Olszowski, Tow. Szydlak, Tow. Tejchma, Tow. Barcikowski, Tow. Łukaszewicz, Tow. Wrzaszczyk, Tow. Frelek, Tow. Karkoszka, Tow. Pińkowski, Tow. Werblan, Tow. Żandarowski, Tow. Kurowski, Tow. Zieliński, Tow. Klimczak, Tow. Maciszewski, Tow. Palimąka, Tow. Rokoszewski, Tow. Kaliski, Tow. Janicki, Tow. Milewski, Tow. Pietrzak, Tow. Stachura, Tow. Pożoga, Tow. Słowikowski, Tow. Straszewski, Tow. Kwiatkowski, Tow. Chomętowski.

Pierwszy na liście otrzymywał informację przed dziewiątą rano. Kilku następnych pół godziny po nim, tak żeby pierwszy zdążył przeczytać, zanim następny zacznie. Ostatni cieszyli się, że w ogóle dostali. Do ostatnich informacja docierała nawet po kilku godzinach.

Na każdej winiecie czerwonym długopisem podkreślałem nazwisko adresata i godzinę dostarczenia.

Nieraz przychodzili do mojego gabinetu różni ludzie spoza listy. Chcieli wiedzieć, co się dzieje. Miałem nad nimi przewagę, bo miałem najświeższe informacje.

Raz w życiu dotknąłem tego, czego nawet nie mam odwagi nazwać. Był rok siedemdziesiąty. Uruchomiono system MOB, czyli system mobilizacji w sytuacji zagrożenia państwa. Byłem wówczas "na zagadnieniu literackim". Wręczono mi listę figurantów, których należało zatrzymać, aresztować, internować lub zlikwidować, w tej ostatniej grupie były tylko dwa nazwiska: Stefan Kisielewski i Paweł Jasienica. Miałem się ustosunkować do tej listy. Oddałem dokument bez zmian. Nikogo nie dodałem, ale i nikogo nie wyłączyłem. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się ze słowem internowanie. Listy kwalifikacyjne przygotowywał Inspektorat działający przy kierownictwie Służby Bezpieczeństwa. Oficjalnie Inspektorat zajmował się sprawami organizacyjnymi, zabezpieczaniem imprez, a nieoficjalnie przygotowywał MOB, rozpracowywał pracowników SB. Zastępował dawny Departament X. Czasem jak jakiś towarzysz miał kłopoty osobiste, rodzinne, to z nim rozmawiali w Inspektoracie. Do Inspektoratu wzywano również żony, żeby im przypomnieć, jaką mają pełnić funkcję w rodzinie i że nie wolno im rozprawiać o mężu.

Mirosław B.:

Praca oficera operacyjnego to nie to samo, co praca oficera śledczego, który zza biurka rozpracowywał człowieka. Ja obcowałem z ludźmi na zasadzie większej lub mniejszej wolności.

Czasami trzeba było iść na materiał kompromitujący. Szczególnie jak miało się do czynienia z grupą hermetycznie zamkniętą bez możliwości normalnego dotarcia do niej. Jeden raz musiałem wykorzystać szantaż. To było środowisko artystyczne, dałem człowiekowi do zrozumienia, że dużo wiem o jego związkach homoseksualnych. On miał normalna rodzinę. Wystraszył się i podpisał zobowiązanie.

Czasem wymieniałem informacje z Kontrrazwiedką. Taka wymiana dokonywała się na poziomie szefa jednostki terenowej SB, komendanta lub jego zastępcy. Nigdy niżej.

Pion "C" - archiwum było usystematyzowane personalnie i tematycznie. Przy MSW nazywało się to Biuro "C", a przy komendach wojewódzkich - Wydziały "C". W trakcie pracy z agentem jego teczkę miał oficer. Po zakończeniu współpracy teczka była archiwizowana.

W pionie "C" było kilka działów:

1. Kartoteka byłych pracowników.

2. Informacje o ludziach, którymi się interesowała SB.

Na przykład osoby, które miały dostęp do spraw tajnych, pracownicy zakładów zbrojeniowych.

3. Kartoteka tajnych agentów. Te materiały były tajne, specjalnego znaczenia.

4. Komórka analityczna - kwalifikująca, które materiały mają być zniszczone, a które dalej przechowywane w archiwum.

5. Komórka techniczna.

Pracownik mógł sobie zastrzec, by materiały archiwalne spraw przez niego prowadzonych były obłożone tajemnicą. Każdy kto chciał z tych materiałów skorzystać, musiał się porozumieć z właściwym oficerem. Biuro "C" pełniło rolę łącznika pomiędzy wszystkimi wydziałami i pracownikami.

Adam G.:

Tylko raz chciała mnie zwerbować Kontrrazwiedka. Zaczęło się w Legionowie, w szkole. Poznałem jednego kolegę. Miał na imię Boria. Rodziców Rosjanie wywieźli do Kazachstanu. Tam zginęli. On trafił do domu dziecka, a następnie do radzieckich kadetów. Że jest Polakiem dowiedział się od nauczyciela historii. Odszukał rodzinę. Jeden stryj był przeorem o.o. Jezuitów w Warszawie, drugi mieszkał w Belgii. W pięćdziesiątym ósmym Boria przyjechał do Polski z wycieczką. Miał na sobie mundur kadeta. Stryj sprezentował mu modne cywilne ubranie i namawiał, by zamieszkał w Polsce. Boria nie chciał. Kiedy wrócił do Związku Radzieckiego, uznano go za bikiniarza, z racji tego modnego ubrania. Miał nawet kłopoty z KGB. Chyba wtedy wkroczyli. Następnym razem Boria przybył do Polski potajemnie. W Sokółce, w województwie białostockim spreparowano mu metrykę urodzenia.

W Legionowie wyglądał na szmaciarza. Dopiero jak się z nim porozmawiało, wykazywał inteligencję. Zauważyłem, że się do mnie za bardzo klei. Wszystkim się dzieli, o nic nie obraża. Facet bez ambicji - typowy agent. W SB pracował "na zagadnieniu" mniejszości narodowych. Przyszły lata naszych bliższych kontaktów, wódeczka, rozmowy. Kiedyś niby niechcący poznał mnie z radzieckim generałem. Generał był miły, uśmiechał się, mówił jak każdy Polak po polsku, znał lepiej ode mnie naszą literaturę. Potem Boria wciągnął mnie do Klubu Podróży Radiowych, zorganizowanego przy Radiu Moskwa. Należeli do tego klubu różni ludzie. Z MSW, z KC, a nawet kierowcy PKS - jako dobry materiał na agentów.

W czasie strajków sierpniowych do naszego klubu przyjeżdżali różni prelegenci radzieccy. Mieliśmy spotkania w TPPR. Na jednym z takich spotkań spytałem generała, który jeszcze w czterdziestym piątym wyzwalał Polskę, czy KPZR zamierza jakoś wykorzystać polskie doświadczenia z ostatnich miesięcy. Po spotkaniu obstąpili mnie ci z delegacji radzieckiej. Boria był z nimi. Powiedział, że jestem zaproszony na kameralne spotkanie do ambasady. Poszedłem. Była wódka, dużo wódki. Ktoś do mnie podszedł, przedstawił się jako attache wojskowy ambasady i wprosił się do mnie do domu na rozmowę. Przyszedł. Rozmawialiśmy właściwie o niczym. On wiedział, że ja jestem fachowcem od werbunku i ja wiedziałem, że on, jeśli wyczuje podatny grunt, przystąpi do werbowania. Zaprosił mnie do ambasady. Znów rozmawialiśmy. Wypytywał o stosunki w MSW. Mówiłem jakieś ble, ble. Jeszcze kilka razy po mnie posłali i dali spokój. Zrozumieli, że nie chcę dobrowolnie współpracować, a do groźby się nie posunęli.

Józef Z.:

KGB miał wydzielony korytarz w naszym budynku przy Rakowieckiej. Najstarszy rangą pracownik był w stopniu generała. Reszta pułkownicy. Codziennie rano dyżurujący oficer radziecki był informowany poza wszelką kolejnością o tym, co się dzieje w kraju. Zwyczajem oficerów radzieckich było przychodzenie "na herbatkę" do naczelników poszczególnych wydziałów. Rosjanie mogli wchodzić wszędzie, a w korytarz KGB wchodziło się tylko na hasło. Dojście do KGB mieli jedynie wyznaczeni polscy wysocy oficerowie.

Adam G.:

Zgnoić przeciwnika było lepiej niż go zabić. Zamordowany mógł stać się męczennikiem. Zgnojony był już nieszkodliwy. Jak się nie udawało zgnoić - wtedy się zabijało.

Krzysztof P.:

Mój serdeczny kolega przez dwa lata był przygotowywany do pracy we Francji. Wyjechał tam jako repatriant. Po dwóch latach miał rozpocząć pracę wywiadowczą. I właśnie wtedy dowiaduję się, że zginął. Najpierw wykrył go kontrwywiad francuski. Zaczął sypać. Wtedy do akcji przystąpili nasi. Został zlikwidowany.

Józef W.:

Przy Departamencie I istniała zupełnie szczególna służba. Nazywaliśmy ją grupą likwidacyjną. Byli to w wyjątkowo konspiracyjny sposób szkoleni ludzie, wykonujący zadania specjalne. Przeważnie likwidowali niewygodnych świadków, agentów, co do których mieliśmy pewność, że poszli na współpracę z obcym wywiadem, wreszcie zwykłych szpiegów, których dla dobra interesów PRL należało zlikwidować. Nikt poza kierownictwem resortu nie wiedział, ilu członków liczy grupa likwidacyjna. Nie wiadomo było, kto do niej należy. Mógł to być każdy z nas, pracujący na swoim, przydzielonym odcinku, a tylko w razie konieczności oddelegowany do wykonania rozkazu likwidacyjnego.

O grupie nie mówiło się głośno. Jak ktoś powiedział za głośno - wylatywał z pracy. Grupa likwidacyjna była tematem tabu. W Ministerstwie nie było nic bardziej tajnego. Chociaż była jeszcze jedna super tajna komórka: grupa likwidacyjna dla członków grupy likwidacyjnej. Jak w mafii: zabiłeś, znaczy wiesz zbyt dużo. Do dziś nie wyjaśniono wielu zagadkowych śmierci pracowników Departamentu I.

SB zawsze było na usługach pewnej kliki w partii. Za moich czasów służyło grupie Moczara. Mnie to odpowiadało, bo on nie był ani z Żydami, ani z Sowietami. Jako człowieka zawsze jednakowo traktowałem Żyda, Niemca, Francuza czy Rosjanina. Ale w polityce zawsze będę przeciwko Żydom, bo oni chcą rządzić każdym narodem. Tego nie można głośno powiedzieć, bo zaraz krzykną: antysemita.

Gdybym się urodził w innych czasach, albo w innej rodzinie, pewnie byłbym dobrym naukowcem, matematykiem. A może polonistą. Może pisałbym książki. Byłem jednakowo uzdolniony do przedmiotów humanistycznych i ścisłych. Moja inteligencja stała się moim przekleństwem. Była zbyt surowa, nieociosana, żeby zajść wyżej, ale wystarczała do tego, żeby sobie radzić w życiu. Byłem za mądry żeby zostać na wsi, orać ziemię i biedować jak ojciec, a za głupi na wejście w ten inny, lepszy świat otwartą furtką. Gdyby nie SB, pewnie do dziś gniłbym w Łapach, albo gdzieś w tamtych okolicach. A ja chciałem żyć.

Kilka razy musiałem walczyć, żeby się utrzymać na pewnym poziomie. Nie w sensie materialnym. Na pieniądzach nigdy mi bardzo nie zależało. Musiałem walczyć, aby nie dać się strącić w dołek, poniżej tego, co już osiągnąłem. Taka wspinaczka jak po kruchej drabinie. Szczebel się zarwie i spadasz. Albo jak ktoś ją kopnie i drabina się chwieje, a ty razem z nią.

Imponowało mi, że dla rodziny stałem się autorytetem, że mnie pytają o zdanie. Czułem się wyróżniony, z drugiej strony coraz bardziej oddalałem się od rodziny. Widziałem jak ojciec się gnie pod naporem urzędniczych nakazów i kościelnych przykazań. W końcu zrezygnował, zasklepił się. Tak jakoś się zmniejszył, skurczył. Nie mógł mi imponować, wzbudzał raczej litość. Cala ta moja kariera była na zasadzie: ja wam pokażę. Chciałem pokazać, że stać mnie na to, by być kimś ważnym. Mogłem załatwić wszystko. Nie mogłem chcieć więcej.

Przejmowałem literatów i balem się wielkości zadania. Miałem się zmierzyć z ludźmi, których nazwiska znalem z lektur szkolnych, a twarze z telewizji. Miałem z nimi rozmawiać, rozpracowywać, pozyskiwać. Obawiałem się, że ta rola mnie przerasta. Literaturę poznawałem od tyłu: kto z kim, kiedy, gdzie, dlaczego. Odruch czytania wyrobiłem sobie później. To jest zasługą pracy w SB, że teraz sięgam po gazetę, książkę. W SB dojrzałem intelektualnie i politycznie. Do swoich zadań podchodziłem jak do krzyżówek, które miałem rozwiązać.

Po zabójstwie księdza Popiełuszki przystąpiłem do spowiedzi. Wyznałem, że chcę zabić jakiegoś esbeka. Śmierć za śmierć. Ksiądz mnie zapytał: synu, czy ty nie potrzebujesz pomocy psychiatrycznej?

To nie przypadek, że w SB i wśród kleru jest najwięcej osób pochodzenia chłopskiego. Po prostu były dwie szybkie drogi, żeby się wydostać z tego chłopskiego dołka: przez SB i stan kapłański. Dla mnie nie ma różnicy między tą pierwszą a drugą służbą. Służy się tylko innemu Bogu.

Kazimierz M.:

Po skończeniu szkoły oficerskiej pracowałem w pionie inteligencji. Mówiąc inaczej "robiłem po dziennikarzach". Chciałem pozyskać kiedyś znakomitego dziennikarza H.K. Zaproponowałem spotkanie w kawiarni. Odpowiedział:

- Jeśli mamy się spotkać, to tylko w komendzie.

/ tu mnie zaskoczył. Umówionego dnia czekałem na niego w biurze przepustek. Wprowadziłem go bez przepustki.

- Tu jest pana pokój - powiedział H.K., rozejrzał się i usiadł bez pytania. - Domyślam się, że chce pan ze mną porozmawiać w cztery oczy. Pan zamówi kawę.

Nawet sekretarki nie wpuściłem. Sam przyniosłem kawę.

- Proszę mi dać papier i maszynę do pisania - mówił dalej H.K. rozkazującym tonem.

Napisał długi elaborat, opisując zażydzenie redakcji. To był rok sześćdziesiąty szósty.

Pod tym kątem tak, ale na więcej niech pan nie liczy - zakończył nasze spotkanie H.K., i wyszedł bez pytania.

Myślałem, że z tego będzie premia. Pokazałem tekst naczelnikowi, a ten wpadł w osłupienie. Potem mnie obsztorcował i kazał tekst zniszczyć, w ogóle zatrzeć po nim ślady. Nie zniszczyłem. Włożyłem go do swojej szafy. Przyszedł rok sześćdziesiąty ósmy i wtedy im się przypomniało. Obiecywali premię, bylebym tylko dostarczył tamten donos. Skierowali go prosto do Moczara, a ja dostałem trzy tysiące nagrody.

Cala moja praca "na zagadnieniu dziennikarskim" sprowadzała się do dokładnej penetracji środowiska i pozyskiwania agentów. Musiałem mieć spis wszystkich pracowników redakcji, którą się zajmowałem. Od sprzątaczki do naczelnego. Wypisywałem na każdego "piętnastki". Wiedziałem wcześniej, kto ma wyjechać za granicę (to naczelny musiał ze mną konsultować), kto gdzie mieszka, z kim mieszka, kto kogo odwiedza. Musiałem wiedzieć, jakie słabości mają ludzie przeze mnie obserwowani. Modliłem się zawsze o jak największą liczbę homoseksualistów, lesbijek i w ogóle zboczonych, bo tacy zwykle najszybciej dawali się namówić na współpracę.

W jednej z redakcji, co była "pode mną", w noworocznym przemówieniu Gomułki zdarzył się błąd. Napisano mniej więcej tak: "Życzymy dalszych sukcesów w gospodrace". Sprawą zainteresował się nawet Komitet Centralny. Uznano to za sabotaż. Kazali mi znaleźć winnego. Zwaliłem na zwykły błąd linotypisty. Lepiej, pomyślałem, niech jeden poleci ze stanowiska, niż cała redakcja, a naczelny do więzienia. Potem jeszcze długo naczelny dostawał telefony od swoich kolegów: "niezły numer zrobiłeś". A on cały czas drżał o własną skórę i nie w głowie mu było bohaterstwo.

Adam G.:

Miałem praktykę z przesłuchania, bo uczono nas wszystkiego. Przesłuchanie prowadził Czesiek S. Przesłuchiwanym był student. Fotografował dla kościoła pielgrzymkę do Częstochowy. SB tajnie go zdjęła. Chłopak się załamał. Opowiadał nawet o swojej spowiedzi. Podpisałby wszystko, cokolwiek by mu wtedy kazano. Nic dziwnego. Jak przejechał przez jedną, potem druga bramę Pałacu Mostowskich, to wystarczyło, aby myśleć, że to już ostatnia droga. W pewnym momencie S. wyszedł. Zostałem z tym chłopakiem sam. Powiedziałem mu: proszę pana, ale tajemnicy spowiedzi to już pan nie musi zdradzać.

I wtedy zobaczyłem nagłą przemianę w tym człowieku. S. wrócił i zaczął od początku, a chłopak na te same pytania tym razem: a co to pana obchodzi, to moja sprawa, byłem na pielgrzymce, nic więcej nie mam do powiedzenia.

Tak już do końca przesłuchania. Puścili go. Wyszedł uśmiechnięty, a S. jakoś dziwnie na mnie popatrzył. Zrobiłem mu niezły numer.







Pajęczyna - cz. 2







Większa dawka top secret