JERZY MORAWSKI
Towarzysze z "Żelaza" - 1
W maju 1971 roku Kazimierz Janosz przyjechał z RFN do Polski dużym mercedesem wyładowanym sztabkami złota, pierścionkami i złotymi zegarkami. Bezpieka wschodnioniemiecka uprzedzona przez peerelowski wywiad o transporcie nie kontrolowała Janosza na granicy. Na przejściu w Słubicach czekał na transport złota major Marek Strzemień z Departamentu I (wywiadu) MSW.
W garażu WOP Strzemień rozkręcił samochód, ze schowków i skrytek wygarnął sztabki złota, pierścionki, łańcuszki, zegarki i kolie wysadzane szlachetnymi kamieniami. Janosz dostarczył ponad 200 kg wyrobów jubilerskich. Mjr Strzemień załadował złoto do dwóch walizek. Zadzwonił z granicy do centrali, że złoty łup jest już w kraju, że przywiezie wszystko do gmachu MSW na Rakowieckiej.
Ówczesny bezpośredni szef Strzemienia, pułkownik Mieczysław Szwarc, który w swoim sejfie w gabinecie na Rakowieckiej przetrzymywał skarb Janoszów, nie kryje dziś dumy z tamtego dokonania peerelowskiego wywiadu: - Złote precjoza dostarczyliśmy do skarbu państwa. W porównaniu do dzisiejszych afer, to był pikuś, a nie żadna "afera Żelazo". Państwo zyskało.
Królowie bezpieki
Wysocy oficerowie peerelowskiego wywiadu mieli poczucie, że rozmontowywali imperializm. Czuli się saperami, a bardziej zwiadowcami walczącymi przed linią frontu. Rezydenci stolic świata, wypełniający szpiegowskie misje w roli dyplomatów, wybrańcy PRL, wywyższeni, z dostępem do obcych walut, rozkoszy i dobrodziejstw zachodniego świata, gdy kraj pogrążał się w dusznej beznadziei. W połowie 1989 roku przystawiono im do uszu dzwonki alarmowe, ale ich nie słyszeli omamieni pewnością siebie i przekonani, że wywiad, któremu służyli, przetrwa każde trzęsienie ziemi. Co dziś powiedzą o "Żelazie", jednej z wielu operacji, którą prowadzili na zachodzie Europy?
Ponad 80-letni płk Szwarc zażywa spokojnej emerytury w domku stojącym w zaciszu leśnym pod Tarczynem. Brama, za nią ujadający pies. Mieczysław Szwarc kontaktował się z kim trzeba i twierdzi, że sprawa jest dalej utajniona. Przekonuję, iż w IPN udostępniono mi wiele materiałów na temat akcji "Żelazo". Zdjęto z nich klauzulę tajności.
- IPN nie ma właściwych dokumentów o "Żelazie" - twierdzi płk Szwarc. - Dostałem dyspozycje, aby w tej sprawie się nie wypowiadać.
Płk Tadeusz Wzgal mieszka na nowej Saskiej Kępie, oddzielonej od starej Trasą Łazienkowską, na osiedlu szeregowców przy Wale Miedzeszyńskim. Płk Wzgal otwiera drzwi: wysoki, siwe włosy zaczesane do góry, twarz pewna siebie. Nie kryje oburzenia, że ktoś zakłóca mu spokój. Po usłyszeniu, że chodzi o aferę "Żelazo", mówi, iż nie ma nic do powiedzenia. Przed zniknięciem za drzwiami dodaje:
- Wyjechałem wtedy na placówkę. Znam sprawę z opowiadań, ale nic nie powiem.
Milczenie miasta
W Bielsku-Białej, gdzie na początku lat siedemdziesiątych zamieszkali bracia Janoszowie, wykonawcy akcji "Żelazo", ludzie milczą. Historycy z miejskiego muzeum i lokalni dziennikarze - przekonują, że nic nie wiedzą o sławnej familii powiązanej z komunistyczną bezpieką. Jeden z prezydentów miasta opowiada, że Kazimierz Janosz, mający dom w peryferyjnej dzielnicy miasta, dwa lata temu pogonił pistoletem sąsiadów, gdy usiłowali go przekonać do dobrodziejstwa kanalizacji. Milknie nagle. Wczoraj spotkał Mieczysława Janosza, prowadzącego w budynku obok ratusza Stowarzyszenie Ofiar Wojny i biuro sprzedaży nieruchomości. Janosz zapraszał go na kawę. Czy nie ma to związku z pana pobytem? - zastanawia się.
Emerytowany oficer milicji z Bielska w rozmowie telefonicznej odmawia spotkania. Temat braci Janoszów mu "nie leży". Po namowach i gwarancjach, że nikt się nie dowie o naszej rozmowie, umawia się w kawiarni przy Rynku. W lokalu siada tyłem do wejścia przy stoliku ukrytym prawie na zapleczu. Rozgląda się podejrzliwie.
- Niech pan się nie obrazi - mówi. - W sprawie Janoszów rok temu rozmawiał ze mną oficer z CBŚ. Przyjechał do Bielska. Siedzieliśmy przy tym stoliku. Było gorąco. Miał na sobie marynarkę, wiercił się. Powiedziałem, chłopie zdejmij marynarkę. Bo z rozmowy nici. Niechętnie ją ściągnął. Miał ukryty magnetofon.
Kapitan MO patrzy na mnie wymownie. Ściągam kurtkę, odwracam się plecami.
- Jest pan czysty - mówi kapitan.
Zabrania robienia notatek. Pilnuje, bym nie zanotował nawet jego nazwiska.
- Panie kapitanie, zapiszę coś na własny użytek.
Kapitan podnosi się z miejsca. - Już odkładam zeszyt - mówię.
Kapitan do kelnerki. - Zosiu, daj dwie wódki. Siada. Wyjaśnia, że na stare lata nie chce mieć kłopotów z Janoszami. Oni - przekonuje - nikomu nie darują.
Czerwony Kapturek
Dlaczego obawa przed rodziną Janoszów przez tyle lat paraliżuje mieszkańców Bielska, w jaki sposób ta familia zawładnęła wyobraźnią ludzi?
Rodzina Janoszów wywodzi się z Siennej koło Żywca. Sześciu braci i jedna siostra. Przenieśli się do Bielska. Na początku lat siedemdziesiątych w Wiedniu jednego z braci Janoszów wyrzucono zastrzelonego z samochodu. Następny z braci zginął w Bielsku w zderzeniu samochodów - jak mówią - w niewyjaśnionych okolicznościach.
Kazimierz Janosz po powrocie z "żelazem" z Hamburga tu otworzył restaurację Czerwony Kapturek. Cieszyła się złą sławą. Dziś niektórzy goście z nieukrywanym strachem wspominają swoje przygody w Kapturku. Zostali pobici przez personel, ukradziono im pieniądze i dokumenty. Wyrzucono ich z lokalu wprost do lasu. Kelnerkę z restauracji Janoszów znaleziono nieżywą w basenie. Śledztwo milicyjne ustaliło, że pozbawiono ją życia w miejscu pracy.
Janoszowie uchodzili za nietykalnych. Sami podtrzymywali pogłoski o swych "chodach" w Warszawie, o powiązaniach z MSW i ludźmi z Rakowieckiej. Zapowiadali publicznie, że kto im będzie szkodził, "zdejmą mu głowę". Kazimierz usiłował część "zdobycznego" złota sprzedawać na czarnym rynku. Na ślad jego poczynań wpadała lokalna milicja, usiłowała mu się dobrać do skóry. Z tarapatów wyciągały go telefony z Warszawy i wizyty specjalnych wysłanników ze stolicy w bielskiej komendzie.
Bielscy milicjanci straszeni przez Janoszów ważnymi nazwiskami z Rakowieckiej zawzięli się na rodzinę. Kazimierz prowadził rozległe interesy, często przekraczał granice prawa. Tropili go funkcjonariusze z Wydziału ds. Przestępstw Gospodarczych.
Rewizja u Janoszów
Emerytowany oficer MO z Bielska-Białej starł się z nimi kilka razy. Przed laty Janoszowie, jak mówi, to była najmocniejsza rodzina w Bielsku-Białej. W 1981 roku pojechali na rewizję w pięciu funkcjonariuszy z kałasznikowami. Otrzymali sygnał, że w restauracji Kazika są jakieś przekręty z wódką. Kazik, gdy zobaczył milicjantów, zaproponował kielicha. Naczelnik Wydziału ds. Przestępstw Gospodarczych Romanowski odmówił. Janosz zapytał, co się napiją? Herbaty. Kelnerka przyniosła czajnik z herbatą. Naczelnik jej zapłacił. Zobaczył to Kazik. Podszedł do kelnerki i uderzył ja ręką w twarz. Kelnerka zalała się krwią.
- Chcieliśmy się na niego rzucić. Naczelnik nas powstrzymał. Zaczęliśmy rewizję - wspomina oficer.
W pokoju znaleźli kufer. Zamknięty na kłódkę. Naczelnik poprosił Janosza o klucz. Ten odmówił. Weź brachą, rozkazał funkcjonariuszowi naczelnik. Podważyli zawiasy kufra i podnieśli pokrywę. Zobaczyli złote sztaby, złote łańcuchy, pierścionki i sygnety.
- Nogi się pod nami ugięły, bo czegoś takiego nie widzieliśmy wcześniej. Złote monety były poupychane w butach, w tapczanie leżały sterty złotówek z dolarami. Mówiło się później na komendzie w Bielsku, że za bogactwo Janoszów można kupić całą ulicę Dzierżyńskiego z kamienicami - opowiada funkcjonariusz.
Gdy zabierali złoto, Kazimierz Janosz rzucał się i klął. Każda kosztowność została spisana. Nikt nie chciał tego wyceniać. W komendzie miasta nie było na to pieniędzy. Po pewnym czasie w komendzie pojawili się panowie z centrali wywiadu w Warszawie.
- Po ich interwencji musieliśmy wszystkie precjoza oddać Kazikowi. Janosz sprawdzał ze spisem i odbierał wszystko po kolei. Naczelnik ze złością powiedział: "Teraz, panie Janosz, to bogactwo jest na pana głowie, nie naszej" - relacjonuje oficer.
W Wydziale ds. Przestępstw Gospodarczych w komendzie w Bielsku-Białej zorganizowano zebranie. Naczelnik z komendantem wyjaśniali, dlaczego oddano złoto Janoszom.
- Mówili, że to wywiad, że sprawy nad naszymi głowami. A wydział liczył 40 funkcjonariuszy i wszyscy trzęśli się z oburzenia, że przestępcy są nietykalni - wspomina funkcjonariusz.
Hamburski wspólnik bezpieki
Ślad przestępczej działalności Janoszów wiedzie do Hamburga. W dzielnicy uciech Sankt Pauli na jednej z uliczek w małym mieszkanku mieszka 61-letni Jens Keilholz. Przez wiele lat pracował jako kelner w okolicznych barach i restauracjach. Pytam o poznanych tu Polai nazwisko - Kazimierz Janosz.
- Janosz to moje przegrane życie. Kazimierz Janosz okradł mnie na 2,8 mln marek - dodaje. - Przez niego nie mogłem podjąć legalnej pracy przez 30 lat. Wszystkie dochody ściągano ze mnie, gdyż Janosz uciekł z towarem jubilerskim, za który nie zapłacił. A ja, jego wspólnik w interesach, zostałem aresztowany w 1971 roku. Sądzono mnie, obarczono długami, które zaciągnął i nie spłacił Janosz.
Jens Keilholz nie podejrzewa do dziś, że padł wtedy ofiarą zaplanowanej przez wywiad PRL akcji pod kryptonimem "Żelazo" albo gry operacyjnej, jak to nazywają elegancko emerytowani pracownicy wywiadu. Keilholz pod koniec lat sześćdziesiątych pracował jako kelner w restauracji Orkan przy Hans Alberts Paltz 3 w Hamburgu. Właścicielem lokalu był Kazimierz Janosz. Szef był zadowolony z Jensa, który uchodził za solidnego kelnera. Któregoś dnia Janosz powiedział do Jensa:
- Potrzebuję twojego nazwiska do biżuterii, do hurtowni, którą otwieram. Będziemy wspólnikami.
Tak powstała firma Jens Keilholz und company, Import, Export, Biżuteria. Keilholz wystąpił do władz o koncesję i ją otrzymał. Nie miał doświadczenia handlowego. Wynajęli lokal na biuro w najbardziej reprezentacyjnym wówczas w Hamburgu miejscu - naprzeciw głównego dworca kolejowego, w biurowcu Klockmann Haus. Zatrudnili sekretarkę.
- Zamawialiśmy złotą biżuterię, a mieliśmy płacić za nią po 90 dniach po otrzymaniu towaru. Płaciliśmy niekiedy gotówką za towar, 20, 30 tys. marek. W banku Gemeinwirtschaft Hamburg w dzielnicy Harburg na koncie zdeponowany mieliśmy kredyt wynoszący 600 tys. marek. To pozwalało firmie uchodzić za wiarygodną. Ja miałem tylko upoważnienie do odbioru towaru - opowiada Jens Keilholz.
Mieczysław rozmawia
74-letni Mieczysław Janosz nie lubi dziennikarzy. Rok temu pobił fotoreportera, który chciał mu zrobić zdjęcie. Wcześniej w swym biurze obok ratusza w Bielsku-Białej zrzucił ze schodów warszawskiego reportera. Rozmowa z nim nie jest łatwa. Nie odpowiada wprost na pytania, porusza wiele wątków i zapala się, gdy wymienia rzekome żydowskie nazwiska wielu polityków, nawet nie oszczędza papieża. Dowody wprost zoologicznego antysemityzmu dawał niejednokrotnie. Trzeba to w jego wypowiedziach puszczać mimo uszu i starać się coś wyłowić istotnego. Mieczysław Janosz kończył w połowie lat pięćdziesiątych prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jako jedyny z całego rodzeństwa zdobył dyplom wyższej uczelni. Po studiach został prokuratorem w Jeleniej Górze. Tam za nim przyjechali dwaj bracia - Kazimierz i Jan.
Po kilkakrotnych namowach i spotkaniach, wahający się Mieczysław Janosz zgadza się na rozmowę. Wyznacza miejsce spotkania - ośrodek wypoczynkowy MSW Magnus w Bystrej pod Bielskiem-Białą. Stawia jeden warunek - nie będzie żadnych pytań. Przygotuje się i przedstawi, jak mówi, wszystko jak naprawdę było z nim i jego braćmi, czym była akcja "Żelazo".
Ośrodek MSW w Bystrej po sezonie jest pusty. Głuchy i ponury, ani jednego gościa. Architektura z lat siedemdziesiątych, jakieś drewniane dachy zlane z betonową konstrukcją, góralska stylizacja. Tandetny luksus PRL, skansen tamtych czasów. Mieczysław Janosz w czarnym garniturze, białej koszuli z krawatem siada w małej salce bankietowej. Czuje się jak u siebie. Wyciąga z teczki dokumenty. Wygłasza monolog przeplatany cytatami z oświadczeń dla prokuratury. Opowiada własną wersję afery "Żelazo".
Człowiek resortu
W 1960 roku mieszkał w Jeleniej Górze i był prokuratorem wojewódzkim we Wrocławiu. Brat Jan miał duży zakład hydrauliczny w Jeleniej Górze, a Kazimierz hutę szkła. Bracia wyjechali samochodem do Paryża na wycieczkę zorganizowaną przez PZM.
- Kiedy wracaliśmy do Polski, zatrzymaliśmy się w Norymberdze w hotelu Drei Linden. Na skutek ciężkiej choroby Kazimierza i Jana postanowiłem zostać z nimi w Niemczech, aby ich wyleczyć. Z hotelu zostaliśmy przewiezieni przez policję do tzw. obozu przejściowego w Zindorfie. Był to sławny obóz dla uchodźców. Tam zainteresowały się nami wszystkie wywiady - ciągnie swoją opowieść Mieczysław Janosz.
Z nielicznych zachowanych dokumentów, a odnalezionych w IPN, wynika, że powód wyjazdu braci Janoszów był inny. Zostali wysłani jako agenci peerelowskiej bezpieki na Zachód. Tam po osiedleniu się mieli wykonywać zadania zaplanowane w MSW na Rakowieckiej. Oto cytat z oświadczenia Kazimierza Janosza złożonego gen. Władysławowi Pożodze w 1984 roku: "Od wiosny 1960 roku zostałem przeszkolony na wyjazd do krajów kapitalistycznych. Tuż przed wyjazdem przeszedłem powtórne przeszkolenie w Warszawie. Na wyjazd zostałem przygotowany do Francji, a później wyjechałem do RFN. W czasie przebywania za granicą miałem współpracę z pracownikami MSW za pomocą kurierów oraz korespondencji szyfrowej. Wszystkie prace wykonywałem na polecenie Centrali".
Kazimierz Janosz był człowiekiem resortu. W archiwalnych aktach osobowych Departamentu Kadr byłego stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego odnaleziono notatkę dotyczącą jego osoby. W 1952 roku Kazimierz złożył podanie o przyjęcie do szkoły oficerskiej MBP w Legionowie. Prośbę swą motywował pobudkami ideologicznymi i aktywną działalnością w ORMO. W trakcie pobytu w Legionowie ustalono, że Kazimierz Janosz zataił niewygodne dane biograficzne, np. posiadanie przez ojca sklepu przed 1939 rokiem i niewłaściwą działalność w ZMP. Wydalono go z resortu. Wówczas Janosz usiłował popełnić samobójstwo, zadając sobie cios scyzorykiem w okolicę serca. Odratowano go i skierowano do Krakowa, gdzie z pomocą wojewódzkiego UBP otrzymał pracę.
W 1984 roku, gdy gen. Czesław Kiszczak powołał tajną komisję do wyjaśnienia akcji "Żelazo", sięgnięto do zmikrofilmowanych akt Kazimierza, Mieczysława i Jana Janoszów. Poddano je analizie. Zachowały się raporty Kazimierza (kryp. agenturalny "Kamieja") z początku lat sześćdziesiątych oraz z późniejszego okresu trzech braci. "Janoszowie wskazali kilkadziesiąt osób zamieszkałych w Hamburgu będących pracownikami zachodnioniemieckich i amerykańskich służb specjalnych" - zanotowano. Mówiąc prostym językiem, ustalili, kto w ich środowisku jest agentem obcego wywiadu. Centrala uznała działalność Janoszów za owocną. Dokonujący przeglądu akt napisał jednak, że w 1967 roku "zatarła się przejrzysta dotychczas koncepcja wykorzystania operacyjnego braci".
Resort obiecał, ale nie wsparł pieniędzmi
Mieczysław Janosz utrzymuje, że w tym czasie jego bracia Jan i Kazimierz prowadzili najgłośniejsze restauracje i hotele w Hamburgu. Najbardziej znana restauracja nazywała się bar Orkan. Tam spotykała się Polonia, marynarze. Załatwiano różne interesy.
Jens Keilholz pracował jako kelner. Wspomina: - Do Orkanu wszedł kiedyś pewien Polak. W rękach trzymał torbę pełną złotych monet. Oni ukradli mu torbę - wspomina Jens Keilholz.
Polacy, którzy pracowali w Orkanie o imionach Edi, Jurek, Adam, powiedzieli Keilholzowi, że Kazimierz Janosz był w Polsce oficerem policji. Kilka razy widział u niego pistolet. Uważał, że lepiej nie wtykać nosa w nie swoje sprawy.
- Chociaż później zauważyłem, że coś tam bardzo śmierdzi - wspomina.
Keilholz od pracujących w Orkanie Polaków dowiedział się też, że Janoszowie napadali na banki.
- W trakcie napadu na bank jeden z Janoszów zastrzelił policjanta. Słyszałem, że uciekł do Brazylii - opowiada Keilholz.
W 1968 roku, jak oświadczył gen. Władysławowi Pożodze (w 1984 roku) Kazimierz Janosz, wyłonił się temat "Żelazo". Płk Chodkiewicz z centrali - według słów Janosza - motywował akcję tym, że "mamy okazję się zrewanżować, bo tylu nas wymordowano". Pracownicy centrali obawiali się, iż Janosz nie wykona akcji "Żelazo". Na co on odparł: "Ja wam Adenauera zabiję i w skrzynce przywiozę do kraju. Zadanie wykonam w 100 procentach".
Płk Mieczysław Szwarc jako zastępca tzw. wydziału niemieckiego Departamentu I nadzorował przedsięwzięcie. W raporcie z 1984 roku napisał: "Plan sprawy "Żelazo" polegał na tym, że bracia Janoszowie otworzyli fikcyjny sklep jubilerski w Hamburgu, ściągali wyroby ze złota z różnych hurtowni, nie płacąc za nie lub płacąc symboliczne zaliczki. Po zgromadzeniu odpowiedniej ilości towaru mieli go przewieźć do Polski i tu zgodnie z podpisaną umową połowę złota mieli przekazać skarbowi państwa".
Mieczysław Janosz w jubilerski interes włożył swoje oszczędności. Zaciągnął kredyty. Liczył, że centrala, co obiecała, przekaże na wspólną akcję pieniądze. Wysłannicy z MSW zapewniali, że wkrótce pojawią się ministerialne fundusze na akcję "Żelazo". Ale ostatecznie kasa resortu nie wsparła Janoszów.
Improwizowane włamania
W relacji złożonej w 1984 roku gen. Władysławowi Pożodze Mieczysław Janosz mówił o "improwizowanych włamaniach" do sklepów jubilerskich na terenie RFN. "Takie improwizowane włamania - to się rozbijało szyby, porywało towar, który był przygotowany, potem połowę oddawało się właścicielowi, a połowa zostawała". Umówieni jubilerzy otrzymywali odszkodowania od firm ubezpieczeniowych za utracony wskutek włamania towar.
Marian Orzechowski, sekretarz i członek Biura Politycznego KC PZPR, uczestniczył w 1984 roku w tajnej komisji partyjnej do wyjaśnienia akcji "Żelazo". W willi MSW w Magdalence przeglądał przez dwa dni dokumenty bezpieki:
- W miarę czytania dokumentów włosy mi na głowie stawały. Była to historia o tym, jak kierownictwo MSW z pomocą grupy ewidentnych przestępców, kryminalistów zorganizowało akcję zdobywania środków na akcje specjalne MSW poza granicami naszego kraju. Było to działanie zbrodnicze, ponieważ polegało m.in. na tym, że grupa kryminalistów, którzy znaleźli się na terenie RFN, w Hamburgu, dokonywała napadów na jubilerów, zakłady jubilerskie, grabiła drogocenne rzeczy i następnie z pomocą również naszych służb specjalnych transportowała je na teren Rzeczypospolitej. Od granicy, od granicy między Polską a NRD, tych ludzi, którzy przywozili te drogocenne zrabowane rzeczy, eskortowali specjalni oficerowie MSW. W czasie tych akcji zdobywania środków padła jedna ofiara śmiertelna, został zabity jeden chyba z jubilerów. To nie tylko było bezprawie, ale narażało nasze interesy międzynarodowe. Proszę sobie wyobrazić, że gdyby służby kryminalne RFN złapały któregoś z uczestników tych działań, zdemaskowały go, odkryły jego powiązania z MSW. Byłby skandal międzynarodowy.
Oszukany oszust
Kazimierz Janosz tak wspomina moment wyjazdu z Hamburga: "Nadałem depeszę do centrali, że pali mi się grunt pod nogami. Podałem, aby w maju 1971 roku przez 2 dni oczekiwali mnie na granicy. Nocami i dniami przez tydzień ładowałem, co się dało do wagonów, przekupiłem celników. Były to 2 lub 3 wagony i dodatkowo pojemniki kolejowe (kontenery). Przerabiałem samochód Mercedes 200, całe siedzenie, bagażnik, nie mogłem tego pomieścić. Pod ciężarem złota samochód usiadł".
Janosz wysłał wspólnika z hurtowni jubilerskiej Jensa Keilholza do Frankfurtu. Miał przywieźć drogocenne kamienie, szmaragdy. Keilholz pojechał tam. Pod wskazanym przez Janosza adresem nie znajdowała się hurtownia szmaragdów. Pomyślał, coś tu śmierdzi. Wraca do Hamburga, to było w maju 1971 roku. Otwiera biuro. Nic nie ma! Wystawa, witryna są puste. Otworzył sejf, klucz tkwił w zamku: pusto. W Altonie (dzielnica Hamburga), w piwnicy pod Karstadtem, leżały ciuchy za 380 tysięcy marek. Pognał tam, miał złe przeczucie. Czy są tam jeszcze ciuchy? Tylko wieszaki!
- Janosz zniknął z towarem. A wszystko było na moje nazwisko. Za 2,8 miliona marek. Wtedy poczułem, że wdepnąłem w gówno. Policja, wydział przestępstw kryminalnych, zamknęła mnie w areszcie. Przyszedł do mnie adwokat Max Goldberg. Mówię do niego: "Ja nie mogę pana opłacić". "Proszę sobie nie robić kłopotu, opłata już wniesiona".
- Najprawdopodobniej opłacił go Janosz, dla mnie. Bo któż by inny? Tylko że ja bym wolał, żeby on zostawił 100 tysięcy i powiedział: znikam. Dla mnie osobiście byłoby lepiej, ale on tego nie zrobił - żali się Keilholz.
Keilholz miał rozprawę sądową i sędzia potraktował go trochę lżej: oszukany oszust.
- Sprawa została odłożona do akt i tym samym załatwiona. Bo oni wiedzieli, że nie mogą mnie ukarać. Inaczej by było, gdyby oni mogli mnie pociągnąć do odpowiedzialności prawnej, to bym dopiero cienko prządł. Ale oni tego nie mogli, bo to nie ja byłem winny. Ja byłem oszukanym oszustem.
Resort bierze wszystko
Nim Kazimierz Janosz wrócił samochodem pełnym złota do Polski, zawiadomił MSW, że część "żelaza" pojedzie koleją. Wysłał je do Bytomia na adres siostry. Wagony stały na bocznicy w Bytomiu dwa tygodnie. MSW wiedziało o wagonach z "żelazem", ale nie znało miejsca ich postoju. Brat Kazimierza, Mieczysław ożywia się:
- W MSW wpadli we wściekłość, że towar jest w kraju, ale nie pod ich kontrolą. Wrócił Kazimierz, pojechaliśmy razem do Bytomia. Oficerowie z MSW, Strzemień, Drzewiecki i Nikiel wsiedli razem z nami do lokomotywy. Wagony przetoczono do Zebrzydowic. Tam je otworzono. Podjechała ciężarówka MSW z Katowic i zabrała bogactwo prosto z wagonów do magazynu resortu. Tam miały być wyliczone ilości, co jest przywiezione i ile. Umówili się, że to zrobią w następnych dniach. Kazimierz na coś takiego się zgodził.
Wezwano wkrótce Kazimierza Janosza na Rakowiecką. Tam nastąpił podział. - Do domu Kazik przywiózł garść tego, co zdobył w Hamburgu. Nie przypuszczał, że go tak wykolegują panowie z MSW i z KC - mówi Mieczysław Janosz.
Rzeczpospolita - 20.05.2006
JERZY MORAWSKI
Skarb braci Janoszów
W maju 1971 roku na granicy samochód pełen zrabowanego w RFN złota przejęli od Kazimierza Janosza ludzie z bezpieki i przewieźli do magazynów MSW na Czerniakowie. A potem skarb się rozpłynął. Co o losach złota Janoszów powiedzą dziś szefowie ówczesnego MSW i kierownicy wywiadu PRL, którzy nadzorowali operację "Żelazo"?
Kazimierz Janosz mieszka w odległej od centrum Bielska-Białej dzielnicy Cygański Las. Przy lekko wznoszącej się ślepej uliczce stoi jego dom. Otoczony wysokim murowanym ogrodzeniem, z blaszaną bramą i furtką. Kazimierz wybudował się tu po ucieczce z Hamburga. Po krótkiej rozmowie przez domofon otwiera bramę. Ma na sobie biały restauracyjny kitel, pamiętający zapewne hamburskie czasy. Na głowę wcisnął jasny kapelusz. Nie wygląda najlepiej: chudy, wyniszczony, ledwo trzyma się na nogach. Na pytanie o aferę "Żelazo" reaguje rzuceniem kapelusza o ziemię. Po czym wolno osuwa się na otwartą bramę. Siada i, często przeklinając, wypowiada słowa, które tkwią w nim od 30 lat jak zadra:
- Przywiozłem 236 kilo złota, brylantów, pieniędzy i te kurwy ograbili mnie, cały majątek, kurwa, zdefraudowali. Weź pan pięć walizek pierścionków, sześć walizek, no weź pan, kurwa, pięć milionów dolarów, żyje pan? Oni mi to odebrali. Sobie myślę, kurwa, sztucer kupię, wypierdolę paru, a co mi? Co mnie na życiu zależy? To był Strzemień, Drzewiecki, Szwarc i inni z MSW. Mam wszystkich w pamięci, tych, co byli przy złocie - kończy Kazimierz Janosz.
Nie jest w stanie mówić o czymś innym, tylko o tamtym złocie. Sprawia wrażenie osoby dożywającej ostatnich chwil z jedną myślą: musi się porachować z pracownikami wywiadu, bo - jak twierdzi - ograbili go doszczętnie. Połyka pastylki nitrogliceryny i słonecznie dni spędza na foteliku w ogrodzie. Nie można go podejrzewać o wyrzuty sumienia. Poczucie krzywdy, jego krzywdy, jest jak krwawiąca rana, z każdym dniem bardziej bolesne.
Skarby jadą na Rakowiecką
Co stało się ze skarbem Janoszów? W maju 1971 roku na granicy samochód pełen złota przejął od Kazimierza Janosza mjr Marek Strzemień z Departamentu I (wywiad) MSW. Nalał drinka Janoszowi i wysłał go spać. Zaparkował mercedesa w garażu WOP i przystąpił do rozkręcania samochodu. Ze skrytek, spod tapicerki wygarniał złote pierścionki, kolie wysadzane kamieniami, złote zegarki i sztabki złota. "Wysypywałem te wyroby jubilerskie jak kartofle" - zeznawał po latach Strzemień. Uzbierał tych "kartofli" dwie walizki. Przewiązał je skórzanymi pasami wojskowymi.
Obudzony następnego dnia rano Janosz na zamkach walizek zaklejonych plasteliną odcisnął kluczyk od swego mercedesa. Podpisał dokument, że wysłannikowi MSW, mjr. Strzemieniowi, przekazuje wyroby jubilerskie do podziału, który nastąpi za kilka dni w gmachu MSW przy Rakowieckiej. Po przewiezieniu do MSW walizki miały pozostać zamknięte. Zerwanie plomb i otwarcie miało nastąpić w obecności Kazimierza i Mieczysława Janoszów.
Kazimierz odjechał pustym mercedesem do Bielska-Białej. Mjr Strzemień zatelefonował do MSW, do swego szefa, płk. Mieczysława Szwarca, że "ma kupę szmalu". Zachęcony informacją podwładnego płk Szwarc w kilka godzin służbowym mercedesem dotarł do Słubic. Skarb Janoszów ruszył do Warszawy. Na Rakowieckiej mjr Strzemień osobiście wtaszczył walizki ze złotem do gabinetu szefa. Płk Szwarc przyjął złoty transport odpodwładnego i ukrył we własnym sejfie.
Przez złoto wyleciał z resortu
Cztery lata później mjr. Strzemienia wylano z resortu. "Urobiono mi opinię milionera, który wzbogacił się w związku z dostępem do złota" - zeznał w 1984 roku. Odchodząc z Rakowieckiej, otrzymał samochodowe radio i awans na podpułkownika. Tak podziękowano mu za wierną służbę w bezpiece przez 20 lat z nawiązką. On uznał swoje wydalenie z resortu za próbę zatarcia śladów po operacji "Żelazo". Wylądował na stanowisku szefa działu zagranicznego PAP, gdzie wytrwał do 1989 roku.
Z relacji ówczesnych kolegów dziennikarzy wynika, że Strzemień organizował życie towarzyskie w PAP. W swoim gabinecie urządzał bibki. Niektórych kolegów osobiście konwojował, gdy jak skazańcy udawali się na placówki na krańcach świata, bez względu na to, czy to było Hanoi, czy inne zadupie. Z wypraw przywoził trunki kupowane w strefach wolnocłowych i poił kolegów dziennikarzy. Nigdy nie pisnął słowa o swym udziale w operacji "Żelazo".
Ppłk Strzemień po wypełnieniu misji w PAP, gdy fala historii wypłukała z zawodu takich dziennikarzy jak on, założył biuro tłumaczeń. Zatrudniał tam swych podopiecznych z PAP. W 1990 roku aresztowano go wraz z gen. Mirosławem Milewskim, braćmi Janoszami i innymi pułkownikami z resortu. Prokuratura warszawska wszczęła śledztwo w sprawie afery "Żelazo". Strzemień złożył najobszerniejsze, kilkudniowe zeznania, wyjawił wiele interesujących szczegółów. Natomiast Mieczysław Janosz w śledztwie milczał jak grób, odmówił zeznań. Wkrótce wszystkich zwolniono z aresztu. Dawni koledzy z resortu mieli do Strzemienia pretensje za gadulstwo w śledztwie.
Blokowisko w podwarszawskim Ursusie. W najwyższym budynku mieszka Strzemień. Na ostatnim piętrze metalowa krata broni dostępu do mieszkania oficera wywiadu PRL. Po dzwonku zza uchylonych drzwi wygląda kobieta o długich włosach. Mąż od roku nie żyje.
Leśny pułkownik
Drugi oficer odbierający złoty łup i konwojujący transport do stolicy - to płk Mieczysław Szwarc, naczelnik Wydziału III Departamentu I MSW. Dziś przekroczył 80 lat. Mieszka w kilkurodzinnej willi na warszawskim Mokotowie. Powyżej znajduje się rezydencja ambasadora USA. Domofony przy bramie ogrodzenia są nieczynne. Wchodząca do budynku sąsiadka Szwarca mówi, że pułkownik co jakiś czas wpada tu po pocztę. Ma dom pod Tarczynem.
Jeśli Szwarc coś wybudował, to zapewne na terenach, które swoim zasłużonym pracownikom sprezentował resort. Pod Tarczynem jedną z enklaw leśnych przejęło peerelowskie MSW. Tam najwierniejsi z wiernych, zaszyci w głuszy leśnej, z daleka od intruzów, po latach niebezpiecznych operacji mieli znaleźć ukojenie. Jak ich odnaleźć?
Sołtys wsi potwierdza, że wśród leśnych - jak nazywają tu osoby z bezpieki - jest ktoś o nazwisku Szwarc. Daleko za wsią, na trzecim rozwidleniu dróg trzeba skręcić w leśną drogę. Podjechać jeszcze trochę i skręcić w prawo przy transformatorze - tłumaczy. W marszrucie sołtysa nic się nie zgadza. Nawet transformator nie stoi tam, gdzie powinien. Na hasło "leśni" reaguje mężczyzna z kolczykiem w uchu, spacerujący z wilczurem. Tam, wskazuje drogę w oddali. Na osadę "leśnych" składa się około trzydziestu domków, niektóre nawet okazałe. Jeden z nich należy do płk. Szwarca.
Drewniany domek ukryty w chojakach, z komina unosi się dym. Od strony bramy widać wejście i jedno okno. Za ogrodzeniem ujadający pies. Z domu wychyla się starsza pani. Mąż pojechał do Warszawy, nie wiadomo, kiedy będzie. Pojechał albo i nie. Ważne, że tu mieszka. Po kilku nieudanych próbach skontaktowania się, płk Szwarc wychodzi z domu. Wraz z żoną podchodzą do ogrodzenia. Żona odwodzi go od pomysłu rozmawiania z dziennikarzem. "Leśny" lekceważy ostrzeżenie.
- Złota Janoszowie przywieźli 130 kg. Połowa miała niechodliwą w Polsce próbę 330 - bagatelizuje skarb płk Szwarc.
Skąd różnica w rachunkach? Kazimierz Janosz utrzymuje, że przywiózł 236 kg złota, diamentów i innych wyrobów jubilerskich. Sekretarz i członek Biura Politycznego KC PZPR Marian Orzechowski, członek tajnej komisji Biura Politycznego, która w 1984 roku badała operację "Żelazo", twierdzi wręcz:
- Z ogromnej ilości "złotych walorów", jak to się ładnie w języku urzędowym nazywa, znaczna część zginęła. Różnego rodzaju futra, ubrania, ale także zegarki i złoto wyparowały. Dokumenty "Żelaza", które miałem w ręku, nic nie wyjaśniały. Były to oświadczenia dyrektorów i inspektorów MSW. Nie znalazłem tam odpowiedzi na pytanie, co się stało z dobrami zdobytymi na Zachodzie. Skarb się rozpłynął.
Gdzie wyciekł skarb Janoszów?
Postarajmy się odtworzyć losy tych bogactw w kraju. Na granicy przywiezione przez Kazimierza Janosza kosztowności zapakowano do dwóch walizek. Mjr Strzemień przetransportował je do MSW. Płk Mieczysław Szwarc, wówczas zastępca naczelnika Wydziału III Departamentu I, zamknął walizki w swoim sejfie. Jeden klucz miał on sam, a drugi - dyrektor Departamentu I. Zgodnie z ustaleniami walizki miały zostać otwarte w obecności Janoszów. Tak się jednak nie stało.
Po kilku dniach Kazimierza Janosza wezwano na Rakowiecką i zaprowadzono do pokoju, gdzie miał nastąpić podział. Janosz zobaczył, że wbrew umowie biżuterię wypakowano z walizek bez jego udziału i leżała na stołach ustawionych w kształcie litery L. "Stan ilości towaru, jaki przywiozłem, nie zgadzał się z tym, jaki widziałem na stołach" - zeznał Janosz w 1984 roku. Czy złoty łup wyciekł z sejfu Szwarca, czy może zaczął wyciekać już wcześniej, w drodze z granicy do MSW?
Mieczysław Janosz towarzyszył bratu. W pokoju ze złotem było trzech oficerów, m.in. Strzemień. Ktoś powiedział: - Dzielimy to na dwie kupki. Wtedy Mieczysław Janosz upomniał się o swoją część. Powiedziano mu, że jest przy podziale niepotrzebny i wyprowadzono z gmachu. Kazimierzowi Janoszowi, gdy brata już nie było w pokoju, zapowiedziano, że zamiast połowy "walorów", jak wcześniej ustalono, otrzyma jedną trzecią. Kierownictwo Departamentu I motywowało znacznie korzystniejsze dla resortu proporcje podziału "większym wysiłkiem operacyjnym pracowników MSW wniesionym w operację >>Żelazo<< ". Dostał wtedy zamiast połowy łupu zaledwie ok. 30 kg. Załadował to do teczki. "Gdy upomniałem się o dalszy podział towaru, dostałem odpowiedź, że to nastąpi" - mówił Kazimierz Janosz w 1984 roku. Ale nigdy o tym już nie wspominano.
"Żelazo" na bocznicy
Kazimierz Janosz jeszcze przed ucieczką z Hamburga wysłał do Polski dwa wagony załadowane kosztownościami i luksusowymi towarami. Znajdowały się tam skórzane płaszcze, bele materiałów, rękawiczki, wyroby ze srebra, np. sztućce, tace itd., oraz wyroby ze złota.
- Ten towar dotarł koleją do Bytomia - wspomina Mieczysław Janosz. - Wagony stały na dworcu przez dwa tygodnie. Oczywiście Kazimierz zadzwonił z Hamburga, że wszystko wysłał do siostry, nie podając adresu. Panowie z MSW nie wiedzieli, do której siostry, jakiej siostry. Wpadli więc we wściekłość, że towar był już Polsce, a oni nic nie wiedzieli. Istniało ryzyko, że złoto z wagonów wykradną kolejarze.
Funkcjonariusze z MSW czuli, że część "żelaza" wymyka się im z rąk. W końcu naciskani i straszeni Janoszowie wskazali, że wagony stoją na bocznicy kolejowej w Bytomiu.
- Ci panowie z MSW, Strzemień, Drzewiecki i Nikiel, przyjechali do Bytomia. Siedli na lokomotywę i pojechaliśmy z tymi wagonami do Zebrzydowic. Tam je otworzyli - relacjonuje Mieczysław Janosz.
Mjr Strzemień znalazł w wagonie pod belami wykładzin podłogowych i firanek drewnianą skrzynkę. "Spoczywała w niej walizka z wyrobami złotymi" - zeznał w 1984 roku. Płk Zygmunt Nikiel, pracownik Departamentu I w Katowicach, na polecenie Strzemienia wydobył drugą walizkę z biżuterią. "Wywołało to niezadowolenie Kazimierza Janosza" - zeznał Nikiel.
- Podjechała ciężarówka MSW z Katowic i zabrała towar z wagonów do magazynu, gdzie miał być spisany protokół, wyliczone ilości tego, co jest przywiezione. Umówili się, że to zrobią w następnych dniach - mówi Mieczysław Janosz. - Nikt nie robił spisu. Kazimierz nie przypuszczał, że go potem wykolegują panowie z MSW i z KC.
Strzemień zabrał do służbowego peugeota kolejne walizki ze złotą biżuterią. A ciężarówka przewiozła cały skarb Janoszów prosto do stolicy. Umieszczono go w magazynach MSW na Czerniakowie. Mimo gruntownych poszukiwań, w 1984 roku nie udało się ustalić, gdzie przepadła część łupu składająca się z artykułów luksusowych, m.in. skórzanych kurtek, bel materiałów i wyrobów ze srebra, zmagazynowana na Czerniakowie i pilnowana przez żołnierzy z jednostek nadwiślańskich.
Milczę, dlatego żyję
Co o losach złota Janoszów powiedzą dziś szefowie ówczesnego MSW i kierownicy wywiadu PRL, którzy nadzorowali operację "Żelazo"?
Serce stolicy, ulica Wilcza. Odrestaurowana kamienica. Na liście lokatorów niewiele nazwisk. Większość mieszkańców uciekła w anonimowość. Wśród nielicznych figuruje Józef Osek, generał wywiadu, dyrektor Departamentu I, w latach przed przełomem szef Głównego Urzędu Ceł. Dzwonek przy drzwiach, nikt nie otwiera, nie słychać szmerów. Zostawiam karteczkę z informacją, że proszę o kontakt. Po kilku dniach generał Osek odzywa się w telefonie. Grzecznie dziękuje za propozycję rozmowy o operacji "Żelazo".
W bloku plombie przy ul. Narbutta, kilkaset metrów od resortu, mieszka gen. Mirosław Milewski. Kilkakrotnie rozmawiam z tajemniczym generałem przez telefon. Po długich namowach godzi się na rozmowę. Gdy chcę potwierdzić termin ustalonego wcześniej spotkania, telefon odbiera jego córka. Ojciec źle się czuje - przekonuje. Po kilku dniach dzwonię do mieszkania generała. Drzwi uchyla młoda dziewczyna. O rozmowie z generałem może zdecydować tylko jego córka - mówi. Porozmawia z nią. Zamyka drzwi. Po kilku minutach na klatce schodowej pojawia się córka generała. W ostrych słowach potępia próbę skontaktowania się z ojcem bez jej pośrednictwa. - Proszę ojca zostawić w spokoju - mówi.
Bliźniak, gdzie przed laty mieszkał Franciszek Szlachcic, szef MSW i pretendent do najwyższych stanowisk w PRL, dziś jest w nie najlepszym stanie. Generał zmarł w 1990 roku, po przesłuchaniu w sprawie operacji "Żelazo". - Zaczął mówić, co wie, to nie żyje - spekuluje Mieczysław Janosz. Dom Szlachcica wynajmuje personel ambasady Ghany. Syn ministra MSW, mimo kilkakrotnych telefonicznych prób kontaktu, nie odzywa się. Żona generała - jak twierdzi jeden z sąsiadów - przebywa w domu opieki.
Tuż przy placu Krasińskich, naprzeciw gmachu Sądu Najwyższego, mieszka gen. Jan Słowikowski, szef wywiadu PRL. Pod jego mieszkaniem mieści się redakcja "Palestry", organu adwokatów. Sąsiadami generała przez ścianę są ministrowie PRL z różnych resortów. Generał jest w dobrej formie, sympatyczny, otwarty. Nic jednak nie powie. Przekonuje, że po opuszczeniu resortu wyrzucił z pamięci wszystko o "Żelazie" i innych tajnych operacjach. - Zamknąłem biurko na klucz - ilustruje swój stosunek do przeszłości. Po namyśle żartując, mówi: - Milczę, może dlatego żyję.
Minister zabiera walizki ze złotem
Dwie walizki ze złotem zabrane z wagonów kolejowych w Zebrzydowicach mjr Strzemień służbowym samochodem dowiózł do Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach. Następnego dnia dostarczył "żelazo" na Rakowiecką. Strzemień w zeznaniach wspomina, że gdy z Tadeuszem Drzewieckim sortował skarb Janoszów, pokój odwiedzili Mirosław Milewski i Jan Słowikowski. Oglądali "łupy wojenne", jak się któryś wyraził. Strzemień poczuł satysfakcję, że "ranga tego, co robi, jest tak wysoka, że aż pofatygował się sam wiceminister Milewski obejrzeć nasz urobek". Dopiero po pewnym czasie zrozumiał, że wiceminister odwiedził ich nie dla nich samych, ale "dla tego złota".
Strzemień na złocie, jak zeznał, nie znał się: "Kolor złota czy kamienia ani wtedy, ani dziś nic mi nie mówi". Podział zawartości walizek odbywał się na Rakowieckiej i dokonywano go "na oko". "Były dwa podobne pierścionki, jeden dla Janoszów, jeden dla nas". Żadnego protokołu nie spisano. "Nasza dola została zapakowana i dostarczona do Wydziału Ogólnego Departamentu I" - zeznał w 1984 roku.
Ówczesny minister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic złożył niespodziewaną wizytę w Departamencie I. Zapoznał się z zawartością dwóch walizek z transportu Janoszów. "Minister Szlachcic polecił przekazać upoważnionemu przez siebie pracownikowi te walizki z zawartością" - zeznał płk Waldemar Wawrzyniak w 1984 roku. Przy okazji gen. Szlachcic ofiarował, jako premię, po złotym zegarku Wawrzyniakowi, Strzemieniowi i Szwarcowi, za poświęcenie przy realizowaniu operacji "Żelazo". Strzemieniowi nie bardzo podobał się zegarek, który mu wręczono. Poprosił o wymianę na inny. Wybrał swoją ulubioną markę Tissot. Przy okazji dostał złoty zegarek z bransoletką dla żony.
- Dobytek z wagonów odjechał do MSW. Po pewnym czasie wezwali Kazimierza na Rakowiecką i tam nastąpił... podział? Jaki podział? Wymusili na nim podzielenie się majątkiem, nie dając żadnych dokumentów z odprawy celnej - relacjonuje Mieczysław Janosz.
Pieczęć reżimu
Trudno odnaleźć szeregowych pracowników Departamentu I MSW. Wolą być w cieniu: szpiegowali na rzecz ludowej ojczyzny, a przy okazji wplątali się w złoty interes. Ludzie wywiadu PRL rozpłynęli się w lasach Mazowsza. Wprawdzie posiadają mieszkania w Warszawie, bo dawni rezydenci wywiadu (za operację "Żelazo" nagrodzono ich wysyłką na zagraniczne placówki szpiegowskie) w zachodnich stolicach mieli pieniądze i wystarczające możliwości, by załatwić sobie lokale w dobrych dzielnicach miasta, ale te kilkupokojowe mieszkania stoją przez większą część roku puste lub zamieszkują je krewni. Oni wracają na czas zimy. Spędzają czas głównie w domach za miastem, zazwyczaj drewnianych stylowych chatach, wtopionych w zieleń wybujałych iglaków. W latach siedemdziesiątych, gdy je wznosili jako repliki architektury zachodniej, którą poznali przy okazji wypełniania szpiegowskiej misji, były nieosiągalnymi domami marzeń dla szaraków zgrzebnej rzeczywistości. Spadziste dachy, drewniane konstrukcje i tym podobne cuda nie mieściły się w schematach typowych projektów w kształcie pudełka zapałek. Oni stawiali, co chcieli, dostawali budulec z pominięciem przydziałów i kolejek - blachę na dach czy dźwigary. Nikt nie zabiegał o pozwolenia na budowę, projekty zatwierdzano im od ręki.
Goście z bezpieki, wyróżniani i wywyższani, uchodzili za niebezpiecznych i tajemniczych, bo z resortu strachu - mogli wszystko. Dziś ukrywają się w swoich domkach, które w porównaniu ze współczesnymi rezydencjami przypominają kurne chaty. Mają poczucie bezpieczeństwa, nikt im nie zakłóca spokoju. Prawidłowość jest taka: im niższy szarżą oficer wywiadu PRL, tym mniejszą wykazuje ochotę na rozmowę.
Płk dr Wiesław Wawrzyniak, naczelnik Wydziału III Departamentu I, obdarowany za wkład w "Żelazo" złotym zegarkiem z kolekcji Janoszów, był rezydentem wywiadu w Wiedniu, a później w Sztokholmie. Rezydent Wawrzyniak przez domofon odpowiada, że choruje. Daje nadzieję, że za tydzień, dwa wyzdrowieje i będzie skłonny do rozmowy. Dojścia do jego mieszkania na ul. Litewskiej, obok Teatru Syrena (w pobliżu MSZ), bronią dwa domofony i zmowa sąsiadów. Lokatorzy nie wpuszczą na klatkę obcego, oferują, że sami skontaktują się z Wawrzyniakiem i spytają, czy życzy sobie wizyty. Odpowiedź do przewidzenia.
Po miesiącu od ostatniego podejścia udaje się dotrzeć do drzwi mieszkania Wawrzyniaka. Na sygnał dzwonka pułkownik reaguje natychmiast, jakby czekał w przedpokoju: - Proszę odejść, dać mi spokój, jestem chory.
Po odmownym komunikacie zapada głucha cisza. Po kilku minutach w oknach balkonowych na drugim piętrze zza poruszających się firanek wygląda ukradkiem starszy mężczyzna w okularach. Ukrywający się funkcjonariusz wywiadu PRL, kiedyś król życia. Nie tak miało być. Ledwo znosi, że ktoś, a właściwie nikt, dzwoni do drzwi i domaga się wyjaśnień. Nie ma chyba poczucia, że poświęcał się dla ojczyzny, dokonywał rzeczy niebywałych w imię socjalizmu itd. On i jego koledzy nie wierzyli w dogmaty ideologii. Nieliczni, gdy dadzą się wciągnąć w rozmowę, przekonują jednak, że wszystko robili z myślą o kraju, że niegodziwości popełniali w imię racji stanu, bo trwała zimna wojna, a Ameryka i Zachód szykowały się do ataku. Dodają jeszcze: sam pan widzi, co teraz się dzieje - co ma potwierdzać ich racje.
Rozmawiałem z wieloma osobami z tamtej strony - nikt z nich nie uderzył się w pierś, że robił coś niestosownego, że działał w niesłusznej sprawie. Żadnej refleksji. Może nie wolno wymagać od nich, by oceniali swoje postępowanie, bo jako funkcjonariusze reżimu opieczętowani zostali na zawsze. Uwolnić się mentalnie od takiej pieczęci nie jest łatwo.
Piękne były czasy
W MSW zorganizowano wystawę "żelaza" przywiezionego przez Janoszów. Płk Zygmunt Nikiel, śląski przedstawiciel wywiadu, nadzorujący braci, dowiedział się o tym od szefa wojewódzkiego MO w Katowicach. Szefowi wystawę zrelacjonował Zdzisław Grudzień, I sekretarz KW PZPR w Katowicach. Grudzień był na prezentacji z innymi "towarzyszami z kierownictwa" i "wyraził się o wartościowym dorobku wywiadu". Było mu miło, że katowicka bezpieka też się do tego przyczyniła.
W 1984 roku na temat wystawy zeznawał Mieczysław Janosz. Według niego prezentację zrabowanego na Zachodzie złota zaszczycili m.in.: Edward Gierek, Franciszek Szlachcic i premier Piotr Jaroszewicz. "Była to wielka sensacja. Oni sobie przypinali złote kolie, chodzili po sali i śmiali się". Janosz powoływał się na relacje Nikla, Strzemienia i Drzewieckiego, znajomych oficerów wywiadu. Płk Wiesław Wawrzyniak, który dziś unika kontaktów, potwierdził też przed komisją resortową w 1984 roku, że w MSW zorganizowano wystawę "walorów" przywiezionych przez Janoszów "jako rezultat działań służby wywiadowczej PRL".
Najcenniejsze egzemplarze kolekcji Janoszów - co ustaliła komisja MSW w 1984 roku - miał w swojej dyspozycji gen. Mirosław Milewski. Pytany wtedy o to, Milewski odpowiedział:
- Te egzemplarze w teczce przynosiłem do gmachu KC i prezentowałem tow. Stanisławowi Kani. Z tego co pamiętam, Stanisław Kowalczyk pokazywał je także ówczesnemu I sekretarzowi KC Edwardowi Gierkowi.
Na ślad złotych wyrobów zaniesionych przez gen. Milewskiego do KC nie trafiono. W 1990 roku przeprowadzono rewizję w mieszkaniu generała. Znaleziono ponad 50 kolii, łańcuszków, pierścionków, takich, jakie przywieźli do kraju Janoszowie.
Pytany o to płk Marian Szwarc, odpowiada ze swadą:
- Operacja "Żelazo" zakończyła się pełnym sukcesem. "Walory" przekazaliśmy do skarbu państwa. Czego pan chce? Nie wykluczam, że jakieś zegarki i zapalniczki przekazywano osobom spoza resortu, ale nie agentom. Raczej robiono towarzyskie podarki.
Emerytowany rezydent mówi nieprawdę. Komisja resortowa w 1984 roku ustaliła, że zginęło, według najniższych szacunków, "75 kg złota, kamieni szlachetnych o ogromnej wartości, duże ilości wyrobów ze srebra oraz znaczne ilości luksusowych towarów". Nie istniała żadna dokumentacja tego, co zgromadzono w magazynach MSW na Czerniakowie. Te rzeczy kompletnie wyparowały. Poza tym Janoszowie przywieźli dużo więcej kosztowności - tak naprawdę nikt nie wie, jaki rzeczywiście był "urobek wywiadu". Faktycznie "rozpłynęło się" znacznie więcej złota, niż oszacowała komisja.
Przebywający w leśnej głuszy płk Mieczysław Szwarc ma poczucie bezpieczeństwa, rozmawiając z intruzem przez płot. Obok niego kręci się dziwny, rosły pies. Wygląda groźnie. Żona pułkownika przestawia zwierzę: - Rasa japońska.
To potomek psów, które Szwarc przywiózł z Dalekiego Wschodu, gdzie przebywał jako rezydent wywiadu. Piękne były czasy.
Rzeczpospolita - 17.06.2006
JERZY MORAWSKI
Zlecenie na "Trutnia"
W 1977 roku panował w Polsce klimat rozprawy z opozycją. Ruch protestu po wydarzeniach w Radomiu stawał się coraz silniejszy. Toteż resort nie przebierał w środkach. W Krakowie zabito Stanisława Pyjasa, szykowano następne zamachy. Dziś funkcjonariusze MSW zaprzeczają, że istniały plany zamordowania Adama Michnika, ale dokumenty i zeznania mówią co innego
Wysoki, murowany płot otaczający rozległy teren ambasady rosyjskiej w Warszawie. Do podwyższonego siatką parkanu, chroniącego dostęp do placówki - przyciśnięta kilkupiętrowa kamienica. W przeszłości mieszkańcami takich kamienic, a zarazem sąsiadami ambasady radzieckiej zostawały osoby wybrane, a raczej przebrane - najwierniejsi z wiernych, sprawdzeni na wylot, godni przebywania w pobliżu dyplomatów Wielkiego Brata. Czujni strażnicy na wypadek, gdy coś niepokojącego zdarzy się w otoczeniu. Tu od dawnych lat mieszka wysoki oficer wywiadu PRL.
Drzwi mieszkania na drugim piętrze otwiera emerytowany pułkownik wywiadu Jan Rodak. Zaprasza do środka, częstuje kawą. Opanowany, kulturalny. Sprawia wrażenie, jakby nie był zaskoczony niespodziewana wizytą i tematem rozmowy.
- Nikt nie rozkazał mi zabić Adama Michnika - mówi na wstępie.
W 1984 roku gen. Czesław Kiszczak powołał tajną komisję w MSW do wyjaśnienia operacji "Żelazo". Komisja wezwała Rodaka.
- Powiedziałem, co miałem do powiedzenia. Wtedy tak mimochodem ktoś z komisji powiedział: - A wy żeście chcieli zabić Michnika. No, nie wytrzymałem. Jaka tu jest logika, powiedziałem. Złoto, Michnik i co dalej? - relacjonuje Jan Rodak.
Pułkownik wciśnięty w fotel, dobiera słowa i nie wykazuje cienia zdenerwowania. Tylko źrenice za szkłami okularów emerytowanego oficera wykonują dziwne ruchy, jakby chciały opuścić niewygodne miejsce.
Jan Rodak zgadza się na rozmowę o sprawie "Trutnia" (taki kryptonim SB nadała Adamowi Michnikowi). Jego koledzy z czasów pracy w resorcie ryglują drzwi, zasłaniają się tajemnicą służbową, niepamięcią lub chorobą. Robią wszystko, by tylko pozbyć się natręta - pytającego, jak było. Pułkownik przeciwnie - ma potrzebę mówienia, a raczej konieczność wylania czegoś z siebie, co przez lata uwierało. A może postanowił wykorzystać okazję, by przedstawić swoją wersję wypadków? Może zwietrzył możliwość zmanipulowania słuchacza, który się nawinął. U tak doświadczonego szpiega to czynność wręcz naturalna. W każdym razie pracownik wywiadu PRL zdaje sobie sprawę, że jego wypowiedź nabierze publicznego rozgłosu. Dlatego rozmawia i odpowiada na pytania.
Zwinąć "Trutnia"
Na początku kwietnia 1977 roku Jan Rodak, wówczas zastępca naczelnika Wydziału III Departamentu I MSW, wyleciał porannym samolotem z Warszawy do Berlina Wschodniego. Po starcie wyjął kopertę z instrukcjami od przełożonego.
- Otwieram kopertę, jest Adam Michnik. Na kartce zapisano jego paryski adres. Znalazłem też jedno zdjęcie Michnika z jakiejś konferencji prasowej. Drugie zdjęcie było bardzo niewyraźne. Chodziło o to, aby facet mający wykonać zadanie rozpoznał Michnika - relacjonuje Rodak.
Na mikrofilmach w archiwach IPN zachował się plan rozmowy z agentem w Berlinie Wschodnim (z 4 kwietnia 1977 roku), przygotowany przez ppłk. Jana Rodaka i zatwierdzony przez jego zwierzchnika płk. Wiesława Młynarskiego, wicedyrektora Departamentu I MSW. Rodak napisał, co poruszy na spotkaniu z "Kamieją", czyli Janem Janoszem: "Przedstawię mu propozycję wykonywania zadań polegających na docieraniu do interesujących nas osób i podejmowania przeciwko nim określonych przedsięwzięć. Wyjaśnię, że może nawet interesować nas problem zdjęcia odpowiedniej osoby i tajnego przerzucenia jej przez granicę. Poprzez pojęcie granica rozumiemy dostarczenie go (czyli porwanego - J. M.) np. z RFN do NRD w drodze do Berlina Zachodniego bądź innego kraju. Rzecz prosta, że wariant NRD jest dla nas optymalny". W dalszej części notatek Rodak planował przedstawić Janoszowi do wykonania zadanie specjalne.
W Berlinie Wschodnim usiadł w kawiarni Corso, w pobliżu hotelu Unter Den Linden. Tutaj miał czekać na agenta.
- Janosz wyszedł z metra o dwóch kulach, ludzie mu pomagali. Początkowo myślałem, że to nie on. O tym, że ma nogę w gipsie od łydki do kolana nikt mi nie mówił. Miałem chyba jego zdjęcie. Zaczął się rozglądać. Czy pan, no tak, jak się cieszę. Przekazałem mu sprawę pana Michnika. Powiedziałem, pokazując zdjęcie: tu jest taki człowiek, który dobrze, żeby się w Polsce nie pojawił. Trzeba mu wyrwać torebkę, w której ma paszport. Później paszport dostarczyć do naszej Misji Wojskowej w Berlinie Zachodnim - przedstawia swoją wersję Rodak.
Jednak w notatce sprzed 30 lat ze spotkania z Janoszem, którą odnaleziono w archiwach IPN, Rodak napisał co innego: "Przedstawiłem mu sytuację, w której należałoby zwinąć i przerzucić przez granicę np. do NRD interesującego nas osobnika. "Kamieja" (pseudonim agenturalny Jana Janosza - J. M.) natychmiast zadał pytanie, wykazując znajomość rzeczy - "czy za jego zgodą, czy bez". Wyjaśniłem, co rozumiem pod pojęciem "zwinąć". Natychmiast replikuje, "żywy czy martwy". Wyjaśniłem, że zawsze lepiej żywy, bo nie cuchnie. Jeśli zacznie cuchnąć, to już szkoda ryzyka w przewożeniu przez granicę. (...) Zaczął nalegać, bym mu wyjaśnił, kogo ma "załatwić". Po uzyskaniu dodatkowych wyjaśnień dałem mu zadanie na "Trutnia" ".
Wersja mówiona, wersja pisana
Emerytowany oficer wywiadu zapewne nie podejrzewa, że zachował się raport jego autorstwa, mówiący o prawdziwych powodach wyjazdu do Berlina Wschodniego w kwietniu 1977 roku. Przedstawia więc wydarzenia tak, aby dobrze wypaść:
- Janosz powiedział mi wtedy, że "Trutniowi" może dać nawet w zęby, że mu wylecą. Odpowiedziałem: panie, w tej sytuacji jeszcze tego by nam brakowało, żeby człowieka takiego jak Michnik ktoś uderzył. Żadnych tego typu akcji. Wyrwać torebkę z dokumentami. To wszystko. Dostanie pan za to pieniądze, zwrot kosztów. Chodziło bodajże o 2,5 tys. marek.
Odmienny przebieg rozmowy przedstawił Rodak w raporcie napisanym bezpośrednio po spotkaniu: "Zapytany (Jan Janosz - J. M.), ile chce za realizację sprawy "Truteń", zaczął się zastanawiać. Zapytał, ile dam (miałem do dyspozycji do 20 tys. DM). Podałem 10 tys. DM, uważając tę sumę przy tego typu sprawie za wystarczającą. "Kamieja" powiedział, że do tej sprawy powrócimy, jak uda się pozytywnie załatwić "Trutnia"".
W końcowym fragmencie notatki znalazła się uwaga pułkownika na temat Jana Janosza: "Odnoszę wrażenie, że "Kamieja" należy do ludzi bez skrupułów i za określone korzyści materialne wykona każde zadanie". Ta opinia była jak gwarancja, że zlecenie z MSW na Michnika trafiło we właściwe ręce.
Rodak po spotkaniu z Janoszem wrócił z Berlina Wschodniego do kraju.
- Po jakimś czasie mój szef, Wiesław Młynarski, wicedyrektor Departamentu I MSW poinformował mnie, że Jan Janosz nic nie załatwił w sprawie Michnika - mówi Rodak.
W połowie czerwca 1977 roku Jan Janosz przyjechał z Niemiec Zachodnich do Warszawy. Spotkał się kilka razy z płk. Rodakiem w kawiarni hotelu Grand i w Adrii. Zdał relację ze swoich działań.
- Janosz powiedział, że namierzył Michnika w Paryżu. Ale "Truteń" chodził zawsze w towarzystwie kolegów. Narzekał, że on i jego ludzie bardzo się namęczyli, ale nigdy na Michnika samego nie natrafili. Dałem Janoszowi wtedy jakieś pieniądze za ten niby wyjazd do Paryża - relacjonuje Rodak.
Sympatyk KOR wyrwany z życia
Rodak w raporcie z 16 czerwca 1977 roku wymienił podobne przyczyny niewykonania zadania wobec "Trutnia", jakie przytacza dziś. Dodał, że Janosz ma pretensje do wywiadu, gdyż przekazano mu złe adresy pobytu Michnika w Niemczech Zachodnich. "Poszukiwał go intensywnie, ale nie znalazł".
- Po incydencie z przekazaniem Janoszowi sprawy Michnika nie miałem już z nią więcej do czynienia. W grudniu 1977 roku zawieźli mnie na sygnale do szpitala. Jak wróciłem po chorobie, w MSW skierowano mnie do innych zadań - mówi Jan Rodak.
Ale raport pułkownika miał ciąg dalszy. Rodak nie pamięta dziś, że w raporcie z 16 czerwca 1977 roku zanotował, że Janosz w poszukiwaniu Adama Michnika dotarł w Hamburgu do Stefana Pempera. Pemper urodził się w Polsce i po przejściach wojennych, m.in. pobycie w getcie krakowskim, wyemigrował do Niemiec. Był kupcem, handlował dywanami. Pemper poinformował Janosza, że Michnik po powrocie do kraju trafił do aresztu. "Pemper oświadczył Janoszowi, że będą walczyć w obronie KOR-owców i pomagać w ich słusznej sprawie. Dodał, że "Trutnia" zna dobrze i że to człowiek szlachetny, walczący o szczytne ideały, że w jego obronie i KOR-u porwą opinię publiczną na Zachodzie. Pemper dał do zrozumienia, że pozostaje w kontakcie z KOR-owcami w Polsce, że będzie im pomagał".
Jan Janosz przekazał Rodakowi informację, że Pemper odwiedza jachtem Polskę i przewozi dla KOR-owców pieniądze i materiały. W Hamburgu mieszka żona Stefana Pempera. Guta Pemper potwierdziła, że w latach siedemdziesiątych popłynęli jachtem wraz z mężem i dziećmi z Hamburga do Gdańska. Odwiedzili Kraków, rodzinne miasto męża. Guta wraz z dziećmi wróciła do Niemiec koleją, gdyż jacht uległ awarii. Jej mąż został wtedy na dłużej w Polsce. Nie informował jej, że pomagał opozycji demokratycznej.
- Te rzeczy były takie niebezpieczne - mówi Guta Pemper.
Płk Rodak w cytowanym już raporcie ze spotkania z Janem Janoszem z czerwca 1977 roku na końcu zanotował w punkcie "Zadania do realizacji": "Bliższe, ale dyskretne zainteresowanie się osobą Pempera".
- Mój mąż został wyrwany z życia w 1977 roku. Pojechał na jacht i więcej nie wrócił. Zmarł na atak serca - mówi Guta Pemper.
Zadanie likwidacyjne
Jan Rodak bagatelizuje tzw. sprawę Michnika: zamierzano tylko ukraść mu paszport, aby uniemożliwić powrót do kraju. Przeczą temu odnalezione w archiwach IPN raporty samego Rodaka. Mówi się tam o "zdjęciu osoby", "zwinięciu i przerzuceniu przez granicę osobnika", "pozytywnym załatwieniu "Trutnia"", albo wprost "kogo załatwić". Wywiad PRL nie wysłał wysokiego oficera do Berlina z 20 tysiącami marek w kieszeni (w tamtych czasach była to fortuna), aby opłacił kradzież paszportu opozycjoniście. Bezpieka mogła, kogo tylko chciała, aresztować po przylocie na Okęcie. Przetrzymać pod byle pozorem długo, by nie uczestniczył we wrogiej demonstracji. Zresztą podawany przez Rodaka powód kradzieży paszportu Adamowi Michnikowi, aby nie wziął udziału w akcji opozycji w kraju - jest absurdalny. To wykręt, by zamazać prawdziwy cel działań, wymierzonych w opozycjonistę.
Zresztą w raportach Rodaka, a także w innych dokumentach bezpieki, nie ma słowa, aby kogoś funkcjonariusze zamierzali pozbawić życia. Takich informacji nie zamieszczało się w dokumentach, ale takie operacje przeprowadzano.
W 1977 roku, gdy podejmowano akcję wobec Adama Michnika, panował klimat rozprawy z opozycją. Ruch protestu powstały po wydarzeniach w Radomiu stawał się coraz silniejszy. Władze postanowiły go rozbić. SB otrzymała nowe etaty, pieniądze i zielone światło do rozprawy z protestującymi przeciwko dziejącemu się bezprawiu wobec radomskich robotników. Na przykład SB w Krakowie wyposażono w pierwszy komputer, na którym funkcjonariusz zapisał kryptonim "Niepokorni". Tak nazwał grupę studentów, m.in. Bronisława Wildsteina i Stanisława Pyjasa. Postanowiono ją śledzić i rozbić.
Inwigilowano studentów, otaczano siecią agentów i urządzano prowokacje. Rozpuszczano plotki, że najbardziej aktywni studenci to konfidenci, fabrykowano anonimy szkalujące Pyjasa. Gdy student wystąpił oficjalnie do prokuratury o ściganie autorów anonimów, to zginął. Ujawnienie funkcjonariuszy SB jako faktycznych autorów anonimów groziło kompromitacją bezpieki. Resort nie przebierał w środkach.
O prawdziwych zamiarach MSW wobec Adama Michnika mówił przed komisją resortu w 1984 roku płk Tadeusz Galiński, z Wydziału V Departamentu II. W 1977 roku pracował jako II sekretarz w polskiej ambasadzie w Kolonii, a praktycznie zajmował się jako funkcjonariusz MSW bezpieczeństwem placówki dyplomatycznej. Otrzymał polecenie wyjazdu do Hamburga od rezydenta wywiadu PRL przy ambasadzie i ustalenia, dlaczego Jan Janosz nie wykonał zadania wobec Michnika. "Było to polecenie centrali przesłane pocztą dyplomatyczną lub drogą szyfrową". Galiński spotkał się z Janem Janoszem na terenie Hamburga, co opisał w raporcie. Przed komisją złożył oświadczenie: "Jan Janosz poinformował mnie, że otrzymał zadanie, dotyczące likwidacji Michnika, który w tym czasie przebywał w RFN i w Paryżu. Zadanie miało być wykonane w Paryżu lub w innym dogodnym miejscu. Według słów agenta zadanie można było wykonać mimo poważnych trudności. Jednakże wynagrodzenie proponowane przez nas nie równoważyło ryzyka. Chodziło tu o 25 tys. dolarów
USA, której to sumy nasza strona nie była w stanie wyasygnować".
Wyroki śmierci za pieniądze
Emerytowany pracownik Departamentu I MSW płk Tadeusz Fiećko przekonuje, że bracia Janoszowie nie mieli nic wspólnego z akcją wymierzoną w Adama Michnika.
- Widziałem się z Janoszami na terenie Berlina, ale jako osoba towarzysząca. Wyglądało to tak, że czytałem gazetę, a rozmowa odbywała się poza mną - pomniejsza swoją rolę płk Fiećko.
W oświadczeniu złożonym w 1984 roku przed komisją MSW Fiećko jednak napisał: "Uczestniczyłem w spotkaniach w Berlinie z Janem Janoszem z Hamburga. Rozmówca zaproponował usługi w stworzeniu w Europie grupy ludzi do wykonywania za pieniądze wyroków śmierci". Emerytowany pułkownik wiedział więc, jakich zadań podejmowali się Janoszowie.
Były minister MSW, gen. Mirosław Milewski, przed tajną komisją resortową w 1984 roku powiedział, że "w Departamencie Wywiadu obowiązywało przekonanie, że zasady moralne postrzegane w kraju nie obowiązują za granicą, łącznie z likwidowaniem fizycznym ludzi". Milewski utrzymywał, że był temu przeciwny. "Wyraziłem to w odniesieniu do sprawy "Truteń"". Czyli wiceminister spraw wewnętrznych w 1977 roku potwierdził, że wśród szefów resortu były podzielone głosy, co do rozprawy z Michnikiem. To, że takie rozwiązanie dyskutowano, to sprawa oczywista. Rozkaz likwidacyjny jednak wydano, płk Rodak wyleciał do Berlina Wschodniego, by zorganizować zamach.
W rozmowie telefonicznej w marcu tego roku gen. Milewski powiedział, że ma czyste sumienie.
- Nikt nie znajdzie mego nazwiska jako tego, kto kazał kogoś zabić - zapewnił gen. Milewski.
Gen. Władysław Pożoga z ramienia komisji resortowej w 1984 roku rozmawiał z Franciszkiem Szlachcicem, byłym szefem MSW. "Szlachcic nadzorujący Departament Wywiadu nic nie wiedział na temat "mokrej roboty", jaka była zlecana do wykonania naszej agenturze przebywającej za granicą" - napisał w notatce gen. Pożoga. Podobnie powiedział Pożodze kolejny minister MSW Stanisław Kowalczyk: "Nigdy nie zetknąłem się z żadnymi materiałami, świadczącymi o prowadzeniu przez Departament I działań likwidacyjnych". To oczywiście wykręty. Samo mówienie o likwidowaniu ludzi nie wzięło się z powietrza.
Poszukiwani autorzy rozkazu
W 1991 roku w polskim Konsulacie Generalnym w Hamburgu przesłuchano na polecenie prokuratury warszawskiej Jana Janosza. Janosz przyznał, że 5 kwietnia 1977 roku spotkał się w Berlinie Wschodnim z przedstawicielem MSW. Nazwiska jego nie znał. "Przedstawiciel ministra prosił mnie, abym zabrał wszystkie dokumenty Adamowi Michnikowi, przede wszystkim chodziło tu o paszport, a następnie unieszkodliwić osobnika, aby wyzionął ducha, czyli go zabić. Dokumenty miałem przesłać wysłannikowi. Wysłannik machał przede mną banknotami tysięcznymi, obiecując mi zapłatę, przy czym zaliczka miała wynosić 25000 marek zachodnioniemieckich za wykonanie zadania" - czytamy w protokole przesłuchania. Urzędnicy konsulatu uczestniczący w przesłuchaniu dziś nie potrafią sobie przypomnieć (albo nie chcą), że coś takiego miało miejsce. Ich podpisy znajdują się pod protokołem z przesłuchania Janosza. Jedna z tych osób nadal pracuje w MSZ.
Jan Janosz przyznał w trakcie rozmowy w konsulacie, że w 1977 roku spotkali się z nim jeszcze inni przedstawiciele ministra MSW. Chcieli wiedzieć, dlaczego nie wykonał zadania wobec Adama Michnika. Jako powód niewywiązania się ze zlecenia Janosz w 1991 roku podał swoje przekonania polityczne, zbieżne - jak twierdził - z poglądami osoby, którą mu kazano zlikwidować. Agent peerelowskiej bezpieki wyczuł, że po zmianach politycznych w kraju lepiej udawać kogo innego i oświadczył nawet: "Bez przesady mogę stwierdzić, że dzięki mojej postawie wtedy, Adam Michnik pozostał przy życiu".
Kto wydał rozkaz zamachu na Adama Michnika? Płk Jan Rodak wskazuje, że polecenie otrzymał od swego zwierzchnika płk. Wiesława Młynarskiego, wicedyrektora Departamentu I MSW. Młynarski nie żyje. Dyrektorem Departamentu Wywiadu był wówczas gen. Jan Słowikowski. Przed komisją resortową w 1984 roku powiedział, że otrzymał ustne polecenie od wiceministra Milewskiego, by uniemożliwić powrót do kraju Adamowi Michnikowi, który wyjechał do Paryża na stypendium. Słowikowski przyznał wtedy, że nie widział możliwości zablokowania przyjazdu polskiego obywatela nawet w wyniku utraty przez niego dokumentów. Swe obiekcje zgłosił Milewskiemu. Wówczas wiceminister MSW Milewski powiedział, że jest to decyzja ministra Stanisława Kowalczyka i należy ją realizować. Dzisiaj Słowikowski nie chce wracać do tamtych spraw.
- Skończyłem pracę w MSW i zamknąłem biurko na klucz - mówi emerytowany generał.
Płk Jan Rodak twierdzi, że Departament I, czyli wywiad nigdy "nie interesował się Adamem Michnikiem". Wyjątkiem była misja, z którą wyjechał Rodak do Berlina Wschodniego na spotkanie z Janoszem.
- Sprawa pana Michnika, to było jednorazowe zlecenie Departamentu III dla Departamentu Wywiadu. Nie wiem, skąd Departament III otrzymał takie zadanie. O takich rzeczach u nas decydowały władze polityczne, a konkretnie Komitet Centralny PZPR - przekonuje Jan Rodak.
Pułkownik nie ukrywa swoich wątpliwości, co do prawdziwych intencji misji, jaką wykonał na polecenie szefów MSW. Twierdzi, że już w 1977 roku oceniał bardzo krytycznie rozkaz w sprawie Michnika. Nie jest pewny do dziś, o co tak naprawdę chodziło.
- Nie mam nic do ukrycia. Może w tej sprawie było drugie dno - zastanawia się Rodak.
Agent obrotowy
Kim był Jan Janosz? W IPN zachowały się dokumenty, które rzucają na to pewne światło. W marcu 1973 roku do Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach wpłynęło pismo od generała porucznika Pietrowa z wojskowego kontrwywiadu radzieckiego. (Dlaczego radziecki generał zgłosił się do komendy wojewódzkiej MO, a nie do centrali wywiadu? Czy "radzieccy" polską bezpiekę uważali za swoją do tego stopnia, że zwyczajowo w kontaktach pomijali krajowych szefów bezpieki?) Gen. Pietrow poinformował, że w zainteresowaniu radzieckiego kontrwywiadu jest Jan Janosz, mieszkający w Hamburgu, który ma w Polsce dwóch braci. Poprosił o informacje o posiadanych przez KW MO w Katowicach materiałach, dotyczących braci Janoszów.
MO w Katowicach powiadomiła centralę wywiadu o zainteresowaniach gen. Pietrowa. Ówczesny szef wywiadu, płk J. Osek, poprosił KWMO w Katowicach o skierowanie do gen. Pietrowa pisma o dość dziwnej treści: "W Katowicach nie ma informacji na temat Jana Janosza. Wiadomo tylko, że na terenie Hamburga ma kontakty z elementem kryminalnym i przemytniczym. W tym środowisku obracali się jego dwaj bracia, którzy w 1971 roku za zgodą władz powrócili na stałe do kraju". Ani słowa o operacji "Żelazo". Czyżby przed Wielkim Bratem starano się ukryć "złotą żyłę"?
Warto przytoczyć oryginalny fragment zaproponowanej przez płk. Oseka (późniejszego generała wywiadu) odpowiedzi dla gen. Pietrowa: "Z uwagi na fakt, że wszyscy Janoszowie znajdują się pod naszą operacyjną kontrolą, proszę o poinformowanie nas o powodach interesowania się wyżej wymienionymi. W przypadku konieczności istnieje możliwość podjęcia w tej sprawie wspólnych przedsięwzięć operacyjnych".
Na tym korespondencja urywa się. Nie wiadomo, czy doszło do współpracy peerelowskiego wywiadu z radzieckim kontrwywiadem wojskowym. Współpraca w innych "tematach" była przecież bardzo ścisła.
W grudniu 1973 roku oficerowie peerelowskiego wywiadu spotkali się w hotelu Polonia w Warszawie z Janem Janoszem. W raporcie operacyjnym, który napisali po rozmowie, znalazło się zdanie: "Z wypowiedzi Jana Janosza wynikało jednoznacznie, iż pozostaje w kontakcie z wywiadem radzieckim, wykonuje dla nich zlecone zadania na terenie Hamburga". Na marginesie raportu znajduje się odręczny dopisek, czy Janosz nie mógłby sprecyzować, na czym polega jego kontakt z wywiadem radzieckim. Czy w tym wypadku miała miejsce rywalizacja o cennego agenta? Wątpliwe. Chodziło raczej o nadzór nad gangsterem, który w tym czasie realizował operację "Żelazo 2". Miał wraz z braćmi wzbogacić kasę resortu o zrabowane sztabki złota, szwedzkie srebra itd. Wiedziano już nie tylko w MSW, że przy takiej operacji wszyscy się obłowią.
W kolejnym dokumencie - raporcie ze spotkania funkcjonariuszy MSW z Janem Janoszem - znajduje się informacja, że w czasie pobytu na targach w Zagrzebiu do współpracy namawiali go pracownicy wywiadu jugosłowiańskiego. Agent zapewnił oficerów, że jugosłowiańskiej propozycji nie przyjął. Ale najmłodszy z braci Janoszów nie przegapiał okazji, by na kontaktach z wywiadami zarobić. Lojalnością zapewne nie grzeszył wobec żadnego z wywiadów. Czy więc powiadomił "radzieckich", że otrzymał od peerelowskiego wywiadu zlecenie na Adama Michnika?
Nie znam Janoszów
W 1990 roku prokuratura warszawska podjęła dochodzenie w sprawie działań wywiadu wymierzonych w Adama Michnika. Prokuratura zwróciła się do niemieckiego Urzędu Kryminalnego o informacje o Janie Janoszu. Otrzymała skąpe wiadomości. Janosz został skazany w czerwcu 1981 roku w Szwecji na 6 lat więzienia za przemycenie 4 kg amfetaminy. W styczniu 1985 roku aresztowano Janosza w Lubece za obracanie środkami odurzającymi. Prokuratura warszawska umorzyła dochodzenie, niczego nie wyjaśniła. Nie starała się nawet ustalić, kim był Jan Janosz.
Nie ulega wątpliwości, że strona niemiecka niechętnie udzieliła i tak szczątkowych informacji o Janie Janoszu. Czy dlatego nabrała wody w usta, że chroniła interes własnego wywiadu i jego agenta?
Jan Janosz zmarł trzy lata temu w Hamburgu. Na pogrzeb z Bielska-Białej nie przybyli bracia - Kazimierz i Mieczysław. Obawiali się dawnych spraw, które za nimi się ciągnęły. Przez lata ścigała ich niemiecka policja i prokuratura. Na cmentarzu w pożegnalnej uroczystości Jana Janosza uczestniczyły trzy osoby. Jego żona Katarzyna mieszka wraz z dwójką dzieci w niewielkim domku w peryferyjnej dzielnicy Hamburga. Jest zdumiona i oburzona, że ktoś z Polski wpadł na jej ślad. Początkowo udaje, że nie ma nic wspólnego z rodziną Janoszów. Twierdzi, że jest Niemką, a jej mąż ma na imię Hans. Dopiero po kolejnych odwiedzinach zaczyna mówić po polsku. Prosi, aby dać jej spokój. Brak jej już sił, by zmagać się z przeszłością, która stale ją dopada. - Mam kłopoty, bo kogoś znałam kiedyś przez przypadek. Proszę o niemieszanie mnie w sprawy rodziny Janoszów. Swoje wycierpiałam - mówi Katarzyna Janosz.
Większa dawka top secret