Czesław Miłosz

Zniewolony Umysł

 

 

GAMMA - CZYLI NIEWOLNIK DZIEJÓW

 

Mówiąc o Gammie trzeba przywołać obraz miasta, gdzie chodziłem do szkoły i rozpoczynałem studia uniwersyteckie. Są w Europie punkty przyczyniające szczególnych kłopotów nauczycielom geografii i historii: Triest, Zagłębie Saary, Schlezwig-Holsteih. Takim właśnie punktem kłopotliwym jest też miasto Wilno. W ciągu ostatniego półwiecza należało ono kolejno do różnych państw, widziało na swoich ulicach różne armie i za każdym razem malarze mieli wiele roboty przemalowując szyldy i nazwy urzędów na język właśnie obowiązujący urzędowo. Mieszkańcy za każdym razem dostawali nowe paszporty i starali się dostosować do nowych praw i rozporządzeń. Miastem władali kolejno: Rosjanie, Niemcy, Litwini, Polacy, znów Litwini, znów Niemcy i znów Rosjanie. Dzisiaj jest ono stolicą Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, pod którą to nazwą kryje się prosty fakt, że Rosja skutecznie wypełnia wskazania carów, gdy chodzi o ekspansję terytorialną.

Za moich lat szkolnych i uniwersyteckich miasto należało do Polski. Leży ono w kraju lasów, jezior i strumieni, ukryte w wielkiej kotlinie. Oczom podróżnych zjawia się niespodziewanie spoza leśnej zasłony. Wieże jego kilkudziesięciu katolickich kościołów, budowanych przez włoskich architektów w barokowym stylu, kontrastują swoją bielą i złotem z czernią sosen. Legenda głosi, że pewien wódz litewski polował w puszczy i zasnąwszy przy ognisku miał proroczy sen. Pod wpływem tego snu założył, w miejscu gdzie spał, miasto. W ciągu wielu wieków istnienia Wilno nie straciło swego charakteru leśnej stolicy. Dokoła rozpościerała się zapadła prowincja Europy, a mieszkańcy tej prowincji mówiący po polsku, litewsku i białorusku, albo mieszaniną tych języków, przechowali wiele obyczajów i przyzwyczajeń nigdzie indziej nie znanych. Używam czasu przeszłego, bo dzisiaj to miasto mego dzieciństwa jest równie pogrzebane przez lawę jak Pompeje. Większość jego dawnych mieszkańców została albo wymordowana przez nazich, albo deportowana przez Rosjan na Syberię, albo przeniesiona na zachód, na terytoria, z których wysiedlono Niemców. Inni ludzie, urodzeni w miejscach oddalonych o kilka tysięcy mil, chodzą teraz jego ulicami, a kościoły fundowane przez litewskie książęta i polskich królów są dla nich bezużyteczne.

Wtedy jednak nikt nie spodziewał się jeszcze masowych morderstw i masowych deportacji, a życie miasta rozwijało się według powolnego rytmu mniej zmieniającego się niż formy rządów i granice królestw. Uniwersytet, pałac biskupi i katedra - były najszacowniejszymi gmachami miasta. W niedzielę tłumy pobożnych zapełniały wąską ulicę, nad którą w kaplicy, zbudowanej na bramie, był umieszczony obraz Matki Boskiej słynący cudami. Włoska architektura i Bliski Wschód mieszały się w Wilnie. W wąskich uliczkach żydowskich dzielnic w piątkowe wieczory widziało się przez okna rodziny zasiadające w blasku świec. W starych synagogach rozlegały się słowa hebrajskich proroków. Był to jeden z najpoważniejszych ośrodków literatury i studiów żydowskich w Europie. Wielkie jarmarki w uroczyste katolickie święta ściągały do miasta chłopów z okolicznych wiosek, którzy wystawiali na sprzedaż na placach wyroby z drzewa, zioła lecznicze i małe obwarzanki, nizane na sznurki; te obwarzanki, gdziekolwiek je wypiekano, zawsze nosiły tę samą nazwę, pochodzącą od małego miasteczka, które tym tylko wsławiło się w historii, że miało dobre piekarnie, a ongiś "niedźwiedzią akademię" - zakład, w którym tresowano niedźwiedzie. W zimie strome ulice zapełniały się chłopcami i dziewczętami na nartach; ich czerwone i zielone kurtki migały na tle różowych od mroźnego słońca śniegów.

Gmach uniwersytetu miał grube mury i niskie, sklepione sale. W labiryncie jego podwórzy z podcieniami nie wtajemniczony musiałby zabłądzić. Te arkady i korytarze mogłyby być równie dobrze w Padwie czy Bolonii. Ongiś w tym gmachu uczyli synów szlachty jezuici otoczeni opieką przez polskiego króla, który toczył zaciekłe i udane wojny z Moskwą. W czasie kiedy znalazłem się wśród studentów, świeccy profesorowie uczyli młodzież, której rodzicami byli przeważnie niewielcy właściciele ziemscy, drobni dzierżawcy i żydowscy kupcy.

Tam to, w tym gmachu, poznałem Gammę Był to niezgrabny wyrostek o czerwonej twarzy, gburowaty i krzykliwy. Jeżeli miasto było prowincjonalne, to ci, którzy przyjeżdżali po naukę z zapadłej wsi, byli prowincjonalni w dwójnasób. Na wsi błotniste drogi czyniły komunikację niemal niemożliwą na wiosnę i jesienią; chłopskie konie na widok auta dostawały szału ze strachu; w wielu wioskach wciąż jeszcze, dawnym zwyczajem, za oświetlenie używano łuczywa. Z zajęć, poza rolnictwem, ludność znała tylko pracę w lasach przy obróbce drzewa i domowe rzemiosło. Gamma pochodził ze wsi. Jego ojciec, emerytowany oficer polskiej armii, miał farmę; rodzina siedziała w tamtych okolicach od dawna; nazwisko jej można znaleźć w starych spisach tamtejszej szlachty. Matka Gammy była Rosjanką i w domu używano obu języków. W przeciwieństwie do większości swoich kolegów Gamma nie był katolikiem - był prawosławny, wyznanie odziedziczył po matce.

Nasze pierwsze rozmowy nie wróżyły bliskiego porozumienia. Łączyły nas wprawdzie wspólne zainteresowania literackie, ale raziło mnie zachowanie się Gammy, jego przenikliwy głos - nie umiał mówić normalnie - i wypowiadane przez niego tym głosem opinie. Nosił zawsze grubą laskę, która zresztą była ulubionym narzędziem części młodzieży skłonnej do antysemickich wybryków. Gamma był zaciekłym antysemitą. Był to jego program polityczny. Ja natomiast do nacjonalistów odnosiłem się z obrzydzeniem; uważałem ich za szkodliwych głupców, którzy wrzaskiem i budzeniem wzajemnych nienawiści wśród różnych grup narodowościowych zwalniają siebie od obowiązku myślenia. Zdarza się, że pewne rozmowy szczególnie zostają w pamięci. Nie zawsze są to słowa, czasem zapamiętuje się to, na co się wtedy patrzyło. Pamiętam naszą rozmowę o rasizmie; widzę nogi Gammy, okrągłe kamienie bruku i jego laskę opartą na krawędzi rynsztoka. Mówił o krwi i ziemi, o tym, że władza w państwie powinna należeć nie do ogółu obywateli, niezależnie od ich rasy i rodzimego języka, ale do narodu panującego, który powinien dbać, aby jego krew nie została skażona. Być może ten zapał nacjonalistyczny wynikał u niego z faktu, że Gamma próbował nadrobić w ten sposób swoje braki: w prowincjonalnej szkole jego mieszane, półrosyjskie pochodzenie i jego wyznanie prawosławne musiały mu przyczyniać wiele przykrości ze strony prymitywnych kolegów. Głos jego rozlegał się nade mną, było w nim podrażnione poczucie wyższości. Moje argumenty przeciwko teoriom rasy budziły w nim niesmak: uważał mnie za człowieka, któremu myśl przeszkadza w działaniu. Co do niego, chciał działać. Był to rok 1931. Obaj byliśmy bardzo młodzi, ubodzy i nieświadomi niezwykłych zdarzeń, w które mieliśmy być później wtrąceni.

Odwiedziłem Gammę w roku 1949 w jednej ze stolic zachodnioeuropejskich, gdzie był ambasadorem czerwonej Polski i zaufanym człowiekiem Partii. Jego rezydencji chroniła kuta brama z żelaznych płyt. Kiedy się zadzwoniło, po pewnym czasie pojawiało się w otworze oko, zgrzytały zawiasy i ukazywał się podwórzec, na którym stało kilka błyszczących samochodów. Na lewo od wejścia była budka dyżurnego woźnego, który urzędował tam uzbrojony na wszelki wypadek w pistolet. Stojąc w środku podwórca ogarniało się wzrokiem fronton gmachu i jego skrzydła. Był to jeden z ładniejszych pałaców tej pięknej stolicy. Zbudował go w osiemnastym wieku pewien arystokrata dla swojej kochanki. Wnętrze zachowało swój dawny charakter. Wielkie sale o ścianach pokrytych złoconymi boazeriami miały meble, dywany i gobeliny z tamtego czasu. Gamma spotkał mnie wśród złoceń i marmurów; był serdeczny; lata starły z jego ruchów dawną szorstkość, nadały natomiast jego zachowaniu się nieco sztuczną słodycz. W pałacu Gamma miał swój apartament, salony recepcyjne i swoje biuro. Bywało u niego wielu najwybitniejszych przedstawicieli nauki i sztuki Zachodu. Pewien biolog angielski mawiał o nim, że jest to człowiek czarujący, liberalny i pozbawiony fanatyzmu. Tego samego zdania byli liczni przedstawiciele umysłowej elity: katolicy, liberałowie, a nawet konserwatyści. Co do wielkich luminarzy literatury komunistycznej, to cenili go zarówno jako wysłannika uwielbianego przez siebie Wschodu, jak i za jego bystrość w marksistowskiej ocenie problemów literackich. Nie znali oni oczywiście jego przeszłości i nie wiedzieli, jaką cenę płaci się, aby z nieokrzesanego młodzieńca, który wychował się w jednym z najbardziej zapadłych kątów Europy, stać się gospodarzem osiemnastowiecznego pałacu.

Gamma dobrze czuł się w tej zachodniej stolicy. Lubił odwiedzać nocne boite'y i kabarety. Znano go tam i kiedy wchodził, maitre d'hótel w ukłonach prowadził go do najlepszego stolika. Patrząc na tego nonszalanckiego mężczyznę, przyglądającego się zmrużonymi oczami publiczności spoza ustawionych w lodzie butelek szampana, łatwo byłoby go wziąć za angielskiego squire'a, któremu udało się ocalić coś ze swojej fortuny. Wysoki, nieco zgarbiony, miał pociągłą, rumianą twarz człowieka spędzającego czas ze strzelbą i psami. Powierzchowność jego klasyfikowała go pomiędzy warstwę społeczną, z której się wywodził: niedużą szlachtę, która ongiś w Polsce namiętnie polowała, namiętnie piła i za działalność polityczną poczytywała oracje przeplatane łaciną, zwyciężanie przeciwników chóralnym wrzaskiem protestu, a w razie potrzeby - przy pomocy bitwy na szable pośród przewróconych ław i stołów. Swoboda jego ruchów była swobodą człowieka świadomego swoich przywilejów. Do podwładnych, którzy często z urzędu towarzyszyli mu w jego nocnych wyprawach, odnosił się z dobroduszną pogardą. Również w swoich biurach ciągnął nieraz, w przystępie dobrego humoru, sekretarzy ambasady za nosy albo wymierzał im potężne klapsy po tyłku. Był też skłonny ulegać atakom niepohamowanego gniewu; jego rumiana twarz stawała się wtedy purpurowa, niebieskie oczy nabiegały krwią, a w głosie powracał dawny, przenikliwy, dziki ton. Nie należy się dziwić, jeżeli zachodni dyplomaci, uczeni i artyści uważali go za niezbyt skomplikowanego wewnętrznie bon viveura. Nawet jego nietakty zdawały się płynąć z szerokiej, otwartej natury, która grzeszy nieraz nadmierną szczerością, ale w każdym razie wolna jest od obłudy. Brak skrępowania, z jakim mówił o sprawach uważanych przez innych komunistów za drażliwe, budził zaufanie u rozmówców. Żaden komunista, a jeżeli nawet komunista - to jakże szeroki w swoich poglądach i jakże cywilizowany - wymieniali między sobą uwagi po wizycie w ambasadzie. Popełniali błąd przypisując temu, co dla Gammy było sztuką, cechy naturalności. Świadomy swojej powierzchowności wiejskiego squire'a, używał zręcznie swych dobrodusznych manier. Ci, którzy go bardzo dobrze znali, mogli spostrzec pod pozorną wylewnością zimny rachunek. Nosił w zanadrzu niewidzialny sztylet. Tym sztyletem umiał zadawać niespodziewane przez nikogo ciosy. Równocześnie chłód tego sztyletu, z którym nie rozstawał się za dnia ani w nocy, ziębił mu serce. Świadomość gry nie czyniła go szczęśliwym.

Dyplomatów, co do których istniały podejrzenia, że nie zechcą wracać za żelazną kurtynę, Gamma najczarowniejszym ze swoich uśmiechów przekonywał o swojej dla nich życzliwości. Rzucał gromy na głupców w Warszawie, którzy nie rozumieją, jak należy załatwiać sprawy na Zachodzie, po czym proponował wspólną przejażdżkę do Warszawy, samolotem, na parę dni, dla wytłumaczenia tamtejszym głupcom, jak należy rozstrzygnąć jakąś kwestię, która była powodem wymiany wielu telegramów. Delikwent zastanawiał się: dobra wola Gammy była oczywista, a każda wyprawa do Warszawy stanowiła dowód lojalności wobec rządu i przedłużała pobyt za granicą; nie było widać żadnego ryzyka. W pogodnym nastroju, wymieniając żarciki z Gammą, dyplomata wsiadał do samolotu. Już na lotnisku w Warszawie przekonywał się, że wpadł w pułapkę zostawiając za granicą żonę i dzieci. Spełniwszy co do niego należało, Gamma wsiadał w pierwszy samolot, jaki szedł w przeciwnym kierunku. Nadzorowanie wierności personelu stanowiło niepoślednią część obowiązków Gammy. Jest to funkcja uważana za zaszczytną; stanowi dowód zaufania. Sztylet Gammy pracował najlepiej tam, gdzie potrzebny był talent psychologa, to jest w zadaniach policji politycznej.

Wracam jednak w przeszłość. Wtedy Gamma nie znał smaku szampana. Stołówka uniwersytetu, w której jadaliśmy, nosiła nazwę łacińską - jak wiele instytucji tego uniwersytetu przechowującego staroświeckie tradycje - "mensa". Obiady kosztowały tam mało, ale były równie złe jak tanie i stanowiły ulubiony temat złośliwych wierszy, opiewających niezrównaną twardość kotletów i wodnistość zup. W dymie złych papierosów siadywaliśmy tam prowadząc dyskusje o poezji i rozdzielając sobie nawzajem laury, które poza nami nie interesowały nikogo. Nasza grupa - początkujących pisarzy - miała jednak w przyszłości zainteresować wielu ludzi i odegrać rolę w historii naszego kraju. Podczas gdy naszych kolegów interesowały studia i zapewnienie sobie posad, w nas było pragnienie sławy i chęć przerabiania świata. Równocześnie, jak zwykle bywa w podobnych wypadkach, inteligencja i talent były okupione zakłóceniem wewnętrznej równowagi. W każdym z nas dałoby się odkryć głębokie urazy z dzieciństwa czy z lat chłopięcych, inne u każdego, ale wspólne w jednym podstawowym elemencie: było to coś, co uniemożliwiało harmonijne współżycie z rówieśnikami, coś, co stwarzało poczucie inności, a więc popchnąć mogło do szukania kompensaty. Te wewnętrzne motywy wygórowanej ambicji nie są łatwe do śledzenia. Gamma - wówczas student literatury i początkujący poeta - odczuwał, jak sądzę, silnie swoją sytuację rodzinną. Poza tym mógł w znacznym stopniu wpłynąć na niego wypadek, który zdarzył mu się, kiedy był w szkole: na polowaniu zabił przypadkiem swego przyjaciela. Poczucie winy, które powstało wskutek tego wypadku, mogło kształtować jego dalsze decyzje.

Ważniejsze może było zakłócenie społecznej równowagi. Wszyscy byliśmy zrewoltowani przeciwko swemu środowisku. Żaden z nas nie pochodził z proletariatu. Wywodziliśmy się z inteligencji, która w tej części Europy była synonimem zubożałej szlachty albo drobnomieszczaństwa. Ojciec Gammy - jak powiedziałem - był emerytowanym oficerem. Poeta Jerzy był synem prowincjonalnego adwokata, poeta Teodor (zastrzelony później przez polskie podziemie jako propagandysta Partii) nosił niemal arystokratyczne nazwisko, ale już matka jego była tylko urzędniczką w banku. Henryk, mówca, pisarz i polityk (rozstrzelany później przez Niemców), był synem maszynisty kolejowego, choć tenże maszynista kolejowy szczycił się nazwiskiem jednego z bardziej znanych w Polsce rodów. Stefan - poeta, który miał się później stać wybitnym ekonomistą - pochodził z nieudanej rodziny kupieckiej; był pół-Niemcem: jego matka była córką kupców z Regensburga w Bawarii. Moja rodzina należała do litewskiej szlachty; ojciec mój wyemigrował ze wsi do miasta i został inżynierem. Rewolta przeciwko własnemu środowisku jest zwykle wstydem własnego środowiska. Status społeczny nas wszystkich był nieokreślony. Myślą przebywaliśmy w wieku dwudziestym, ale tradycje naszych rodzin cofały nas ku pojęciom i zwyczajom, które przedstawiały się nam jako śmieszne i zacofane. Nie byliśmy w tym zawieszeniu w pustce odosobnieni: kraj nie przeżył nigdy prawdziwej rewolucji przemysłowej; mieszczaństwo było słabe; robotnik był dla jednych brutalnym osobnikiem o brudnej twarzy, ciężko pracującym albo pijącym wódkę, dla innych mitem, do którego należało się modlić. Istniał podział na "inteligencję" i "lud", przy czym "ludem" byli robotnicy i chłopi. My jednak nie mogliśmy znaleźć sobie miejsca wśród "inteligencji", która zwracała się raczej ku przeszłości niż ku przyszłości. Sytuację naszą można porównać pod pewnymi względami z sytuacją zubożałych rodów na południu Stanów Zjednoczonych. Szukaliśmy oparcia i nie mogliśmy go nigdzie znaleźć. Naszą grupę nazywali niektórzy "klubem intelektualistów" - co zakładało przeciwstawienie "intelektualistów" warstwie "inteligencji".

Były to lata wielkiego ekonomicznego kryzysu. Bezrobocie dotknęło duże kręgi ludności. Młodzież uniwersytecka, żyjąca bez pieniędzy i pozbawiona nadziei na dostanie pracy po ukończeniu studiów, była nastrojona radykalnie. Radykalizm ten przybierał dwojakie formy: jedni - jak Gamma w początkach swego pobytu na uniwersytecie - przeżywali nasilenie nacjonalizmu. Rozwiązanie trudności widzieli w jakiejś bliżej nieokreślonej "rewolucji narodowej". W praktyce oznaczało to wrogi stosunek do ich kolegów Żydów, którzy jako przyszli prawnicy i lekarze stanowili konkurencję zawodową. Przeciwko tym nacjonalistom występowała "lewica", której program - zależnie od ugrupowania - wahał się od socjalizmu do odmiany New Dealu. W okresie dorocznych wyborów do Bratniej Pomocy, która była czymś w rodzaju autonomicznego rządu studenckiego (ona administrowała domami studenckimi, "mensą" itd.) toczyły się między dwoma obozami walki na słowa, a nieraz na pięści.

"Lewica" (jeżeli słuszne jest tak nazywać zlepek różnych ugrupowań) stanowiła teren działania zarówno rządu Piłsudskiego jak komunistów. Półdyktatura Piłsudskiego była łagodna. Pozbawiona jasnego programu działania trwożliwie zabiegała o względy młodzieży, starając się pozyskać przywódców. Widząc radykalizowanie się uniwersytetów próbowała stawiać na "lewicę", obiecując reformy. Nasza grupa była przez pewien czas ostoją tych poczynań na uniwersytecie. Nasi koledzy, Stefan i Henryk, uchodzili za najbardziej obiecujących młodych "rządowych" polityków w kraju. Próby te skończyły się niepowodzeniem. Najbardziej obiecujący młodzi politycy zerwali z rządem i poszli dalej na lewo. Mechanika wydarzeń popychała natomiast rząd coraz dalej na prawo. Nacjonalizm - jeżeli nie wręcz totalizm w miejscowym wydaniu - odnosił coraz większe triumfy; rząd porzucił usiłowanie sklecenia "rządowej lewicy" i zaczął kokietować nacjonalistów.

Niech to, co powiedziałem, wystarczy za ogólny obraz polityki w zalanym lawą mieście Pompeje. Ten opis obejmuje szereg lat. Przez ten czas, co wiosny, właśnie kiedy musieliśmy uczyć się do egzaminów, drzewa pokrywały się zielenią - a nigdzie później zieleń nie wydawała mi się tak radosna; na rzece pojawiały się małe statki wożące spacerowiczów na pobliskie plaże; długie tratwy płynęły z lasów do tartaków. Pod arkadami uniwersytetu przechadzały się pary trzymając się za ręce. Wstać o świcie, wziąć kajak na przystani i płynąć w świetle wschodzącego słońca rzeką, której szybki nurt parł pomiędzy piaszczystymi urwiskami i kępami sosen - dawało pełnię szczęścia. Robiliśmy też wycieczki na niedaleko położone jeziora. Na wyspach, których całe archipelagi wynurzały się w środku jezior jak wielkie bukiety, trawa była bujna, nietknięta ludzką stopą; w łozinach darły się słowiki. Rzucaliśmy się gromadą w wodę i wypływaliśmy daleko na gładką taflę, na której mieszały się odbicia obłoków; leżąc na wznak na wodzie patrzyliśmy w niebo i śpiewaliśmy nieartykułowane pieśni zachwytu. Przeżywaliśmy swoje miłosne zawody, żale oblanych egzaminów, wzajemne intrygi i zawiści. Ukazywały się drukiem nasze wiersze i artykuły. Przy twardych kotletach w "mensie" zmieniały się tematy rozmów: spory o znaczenie metafory w poezji ustępowały miejsca dyskusjom o teoriach Jerzego Sorela, potem przyszedł Marks i Lenin.

Gamma dość szybko rozstał się z nacjonalistami, do "rządowej lewicy" i do lewicy katolickiej czuł jednak mało sympatii. Pisał wiersze i publikował je w wydawanych przez naszą grupę pismach; tutaj spotkały go niepowodzenia. W przeciwieństwie do wierszy Teodora, Jerzego i moich jego utwory nie były przedmiotem pochwał ani napaści krytyków, zbywano je milczeniem. W istocie był w nich jakiś niedowład talentu. Gamma miał tę umiejętność techniki, jakiej wymaga nowoczesna poezja, ale to, co pisał, było jak nieruchoma sadzawka; ci, którym zazdrościł, pisali - jak sądzę - głupio; niemniej ich styl był osobisty; inkantacja rytmiczna wyrażała uczucia autorów; furia i sarkazm, które najczęściej się pojawiały, drażniły czytających, ale zwracały uwagę. Wiersze Gammy były układem starannie dobranych metafor; właściwie nie wyrażały nic.

Nasza grupa radykalizowała się coraz bardziej. Po bankructwie "rządowej lewicy" powstało pytanie: jaka lewica? Socjaldemokracja w naszym kraju dzieliła wady wszystkich socjaldemokracyj kontynentu - była kompromisowa i bezsilna. Coraz częściej w naszych rozmowach zaczęło się pojawiać słowo "Rosja". Mieszkaliśmy nie więcej jak sto mil od granicy Związku Radzieckiego. Nie znaczy to, że mieliśmy o nim wiedzę gruntowniejszą od mieszkańców Paryża. Granica była hermetycznie zamknięta. Przebywaliśmy na peryferiach świata, który różnił się od świata na Wschodzie, jak różnią się dwie planety. Tamten świat, znany z książki, przedstawiał się nam jako świat postępu, kiedy porównywaliśmy go ze stosunkami, które mogliśmy obserwować z bliska. Rozważając rzecz racjonalnie było jasne, że tam była przyszłość. Nasz kraj był w stanie paraliżu. Szerokie masy nie miały żadnego wpływu na rządy. Filtr społeczny był przemyślnie urządzony: młodzież chłopska i robotnicza nie mogła dostać się do szkół średnich i uniwersytetów; koszta studiów - choć niskie - były jednak ponad możliwości robotników i chłopów. Niezmiernie skomplikowane zagadnienia mniejszości narodowych (a nasz kraj był krajem o wysokim procencie mniejszości) były rozwiązywane w duchu jak najbardziej szowinistycznym. Ruch nacjonalistyczny, oparty na drobnomieszczaństwie i zubożałej inteligencji, popychał rząd do coraz ostrzejszej dyskryminacji. Kraj zmierzał ku jakiejś odmianie tego, co działo się w sąsiednich Niemczech - a Niemcy te groziły wojną i zmiażdżeniem Polski. Czyż można się dziwić, że patrzyliśmy na Rosję jako na kraj, gdzie znaleziono rozwiązanie wszystkich dręczących nas problemów - i kraj, który jedynie mógł ocalić od nieszczęść, jakie łatwo było sobie wyobrazić słuchając przez radio mów Hitlera?

Zdecydować się na komunizm nie było jednak łatwo. Znaczyło to dokonać całkowitego przewartościowania pojęcia narodowości. Polacy w ciągu wielu wieków byli w stanie permanentnej wojny z Moskwą. Był czas, kiedy oba kraje były równorzędne w sile i polscy królowie docierali w swoich wyprawach aż do "wschodniego Rzymu". Później szala przechyliła się na korzyść Moskwy, aż wreszcie w ciągu całego dziewiętnastego wieku większa część Polski była prowincją państwa carów. Aby zgodzić się na komunizm, trzeba było uznać te konflikty za konflikty klas posiadających obu narodów i zapomnieć o dawnych antagonizmach. Nie tylko jednak. Trzeba było uznać, że Polska - po krótkim okresie samodzielności uzyskanej wskutek pokoju wersalskiego - zmieniłaby się, w razie zwycięstwa komunizmu, znów w prowincję rosyjską. Program Moskwy nie budził pod tym względem wątpliwości. Polskie terytoria wschodnie - i miasto, w którym mieszkaliśmy - miały być włączone bezpośrednio do Związku; te terytoria były uważane przez Moskwę za część republik białoruskiej i ukraińskiej. Co do reszty, to oczywiście miała ona stać się jeszcze jedną republiką związkową. Taki był program bynajmniej przez polskich komunistów nie ukrywany.

Wyrzec się lojalności względem własnego państwa i zniszczyć uczucia patriotyczne wpajane w szkole i na uniwersytecie: taka była cena wkroczenia na drogę postępu. Nie wszyscy byli gotowi zapłacić taką cenę. Nasza grupa rozpadła się. Najbardziej obiecujący młodzi "rządowi politycy", Stefan i Henryk, zostali stalinistami. Jerzy i ja wycofaliśmy się. Ci, którzy zgodzili się zapłacić wysoką cenę, uważali nas za słabych, chwiejnych poetów, za dekadentów literackich niezdolnych do działania. Być może takie opinie nie były dalekie od prawdy. Nie wiem jednak, czy żelazna konsekwencja jest największą ludzką cnotą.

Gamma został stalinistą. Myślę, że pisząc swoje wiersze pozbawione namiętności czuł się źle. Nie był stworzony do literatury. Zasiadając nad papierem czuł w sobie pustkę. Nie był zdolny przeżywać upojeń pisarza - ani upojeń procesu twórczego, ani upojeń nasyconej ambicji. Okres pomiędzy nacjonalizmem a stalinizmem był dla niego okresem otchłani, bezsensownych prób i rozczarowań.

Partia komunistyczna w naszym kraju była niezwykle słaba; była ona partią nielegalną. Za przynależność do niej karano z paragrafu, który uważał za przestępstwo wszelką próbę oderwania od państwa części jego terytorium. Przywódcy Partii rozumieli bezsensowność nielegalnej roboty i starali się wpłynąć na opinię poprzez sympatyków nie zaangażowanych bezpośrednio. Ukazywało się w Polsce sporo pism, które szły za linią partyjną, łagodząc ją odpowiednio dla nie przygotowanych czytelników. Grupa, w której znalazł się Gamma, zaczęła wydawać jedno z takich pism. Kontakty z wysłannikami Partii odbywały się potajemnie, często na wycieczkach w okoliczne lasy. Było to już po ukończeniu studiów przez większość członków grupy: okres wojny w Hiszpanii, frontu komunistycznego w "obronie kultury", do którego starano się zwerbować jak największą liczbę liberałów.

Gamma pisał artykuły, występował na wiecach, kroczył w pochodach l Maja. Działał. Kiedy władze zamknęły pismo, aresztowały członków grupy i wytoczyły proces, Gamma - razem z innymi - znalazł się na ławie oskarżonych. Proces ten był wielką sensacją miasta i kompromitacją dla rządu: ta młodzież, na którą rząd liczył najbardziej, przeszła szybko ewolucję ku komunizmowi. Wielu z oburzeniem przyjęło bezwzględność władz wobec utalentowanych absolwentów uniwersytetu, młodych doktorów prawa czy filozofii. Bronili ich najlepsi adwokaci miasta. Oskarżeni w swojej obronie używali obficie kłamstwa; wyszkoleniem umysłów górowali nad prokuratorem; nie ustępowali mu też w znajomości prawnych przepisów. Wyroki dostali łagodne. Gamma został uniewinniony z braku dowodów.

Lata bezpośrednio poprzedzające wybuch drugiej wojny światowej Gamma spędził na pracy w swoim zawodzie. Specjalizował się w badaniach nad literaturą; wydał studium o strukturze noweli, które w niczym nie zdradzało jego przekonań. Wydał też dwa tomy wierszy, z których również trudno byłoby wywnioskować o szczególnie rewolucyjnych tendencjach autora. Ożenił się. Urodziła mu się córka. Walczył z dużymi trudnościami finansowymi. Nie mógł liczyć na rządową posadę, bo znano go jako komunistę. Utrzymywał się z dorywczych prac literackich. Od czasu do czasu ogłaszał wstrzemięźliwe artykuły o literaturze w lewicowych pismach. Czekał swojej godziny.

Godzina ta wkrótce nadeszła. Hitler zaatakował Polskę i pochód jego armii był błyskawiczny. Ze wschodu ruszyła mu na spotkanie Armia Czerwona i zajęła, opierając się na układzie Mołotow-Ribbentrop, te tereny, które program Partii zawsze otwarcie proklamował jako godne włączenia do Związku. Obraz tego, czym w te dni był kraj, da się porównać tylko z obrazem pożaru w mrowisku. Drogami ciągnęły tysiące ludzi głodnych i przerażonych: żołnierze z rozbitej armii wracający do domów, policja starająca się pozbyć swoich mundurów, kobiety szukające mężów, hordy mężczyzn, dla których nie starczyło broni. Był to czas powszechnej wędrówki. Masy ludzkie uciekały ze wschodu na zachód pod okupację niemiecką. Takie same masy ciągnęły z zachodu na wschód uciekając przed Niemcami. Koniec państwa był zaznaczony chaosem, jaki może zdarzyć się bodaj tylko w dwudziestym wieku.

Gamma był zmobilizowany, ale spędził w wojsku tylko kilka dni. Zaraz przyszła klęska. Miasto Wilno zostało wspaniałomyślnie ofiarowane przez Związek Radziecki Litwie, która przez rok jeszcze cieszyła się przyjaźnią potężnego sąsiada, zanim nie została przez niego połknięta. Gamma, spragniony czynu, wyemigrował z Wilna i przeniósł się do największego miasta pod okupacją sowiecką, do Lwowa. Tam spotkał się z innymi literatami nastrojonymi prostalinowsko. Zaczęli oni szybko się organizować. Z poparciem nowych władz uzyskali - jak to należy się pisarzom otoczonym opieką ustroju - dom na mieszkania dla siebie, założyli stołówkę i wystartowali w nowym rodzaju pisania, które zresztą polegało na tłumaczeniu z rosyjskiego i niewybrednej propagandzie. Gamma w tych nowych warunkach szybko zyskał zaufanie speców literackich, którzy z ramienia Partii i NKWD przyjechali z Rosji dla "kulturalnej gospodarki" na nowo nabytych terenach. Był zdecydowany. Wielu jego kolegów, chociaż teoretycznie komunistów, przeżywało wewnętrzne rozdarcie. Nieszczęścia ich ojczyzny, zaiste niezmierne, doprowadzały ich do stanu nerwowego załamania. Dzikość zdobywców i wrogi stosunek do wszystkich Polaków napełniały ich przestrachem: po raz pierwszy zetknęli się z nowym groźnym światem, który dotychczas znali tylko z upiększających opisów. Gamma nie okazywał wątpliwości. Pewnym wytłumaczeniem jest dla mnie jego głos i rodzaj śmiechu; jest to śmiech nieprzyjemny, oschły. I ten głos, i śmiech mogłyby prowadzić do przypuszczeń, że życie uczuciowe Gammy było zawsze dość prymitywne. Znał gniew, nienawiść, strach, entuzjazm, ale obca mu była uczuciowa refleksja; prawdopodobnie z tym łączyła się słabość jego talentu. Skazany na operacje mózgowe (bo to, co pisał, nie było zasilane przez wewnętrzne źródła) lgnął do doktryny. To, co miał do powiedzenia swoim krzykliwym głosem i skłonnym do uproszczeń piórem, mogło być powiedziane na wiecu i napisane w propagandowej gazecie. Jego konsekwencja płynęła ze skali jego uczuciowych możliwości; mógł być nastrojony tylko na jeden ton. Jego sukcesom (nie były to sukcesy pisarskie, tylko sukcesy literackiej polityki) dopomagała również biegła znajomość rosyjskiego. Ostatecznie był pół-Rosjaninem; łatwiej niż inni znajdował z nowymi władcami porozumienie. Uchodził za jednego z najbardziej pewnych.

Ludność terytoriów, które zostały włączone do Związku, nie czuła się tak dobrze jak nieliczni "pewni". Drżała ze strachu. Już pierwsze areszty kazały się jej spodziewać rzeczy najgorszych. Jej strach był uzasadniony, bo najgorsze rzeczy zdarzyły się wkrótce. Były to masowe deportacje. O świcie do domów i chat stukali agenci NKWD; aresztowanym nie zostawiali wiele czasu na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy; doradzali ubrać się ciepło. Z najbliższej stacji zaryglowane bydlęce wagony uwoziły więźniów - kobiety, mężczyzn i dzieci - w nieznanym kierunku. Tysiąc za tysiącem odpływał na wschód. Wkrótce były to dziesiątki tysięcy, wreszcie setki tysięcy. Po wielu tygodniach albo miesiącach podróży transporty ludzkie przybywały do miejsc przeznaczenia; do obozów pracy przymusowej w okolicach polarnych albo do kołchozów w Azji. Wśród wywiezionych znaleźli się również ojciec, matka i kilkunastoletnie siostry Gammy. Ojciec - jak opowiadano - przeklął wyrodnego syna, który pisał na chwałę władców będących przyczyną cierpień jego rodaków; wkrótce umarł gdzieś na obszarach, na których tysiąc mil jest skromnym dystansem. Matka i dziewczęta wiodły ciężkie życie niewolnic. Gamma wygłaszał wtedy na wiecach płomienne przemówienia o wielkim szczęściu, jakim jest żyć i pracować w nowym, najlepszym ustroju, który realizuje marzenia ludzkości. Co wtedy czuł - któż to może wiedzieć. Gdyby próbował wystąpić w obronie swojej rodziny, nie przyniosłoby to żadnego skutku, a poza tym Gamma, choć dobrze notowany w NKWD, bał się.

Do komunistów innych narodowości Rosjanie nie odnoszą się z ufnością. Mniej niż jakimkolwiek innym ufają komunistom polskim. Lata 1917-1939 dostarczyły po temu szczególnie wielu przykładów. Liczni polscy działacze komunistyczni, uciekłszy do Związku w obawie prześladowań, zostali tam oskarżeni o wyimaginowane przestępstwa i zlikwidowani. To samo spotkało trzech znanych polskich poetów komunistycznych: Wandurskiego, Standego i Jasieńskiego. Imiona ich nie są dzisiaj nigdy wymieniane, ich utwory nie ujrzą ponownego druku. Kiedyś powieść Jasieńskiego "Palę Paryż" ukazywała się w odcinkach we francuskiej "L'Humanite" i miał on ten rozgłos międzynarodowy, jakim dzisiaj otoczeni są poeci-staliniści: Nazim Hikmet czy Pablo Neruda. Zginął w jednym z obozów pracy przymusowej w pobliżu kręgu polarnego.

Fala aresztowań na nowo nabytych terenach nie ominęła również małego grona "pewnych". Polskich komunistów podejrzewano o skłonności nacjonalistyczne. Dostrzeżenie, że cierpią oni patrząc na tragedię ich własnego narodu, stanowiło już dostateczny powód do represji. Czystkę w kółku, do którego należał Gamma, NKWD przeprowadziło nagle, któregoś dnia. Jednym z aresztowanych był wybitny poeta B. Gdyby władze komunistyczne we Francji aresztowały Aragona, a władze komunistyczne w Ameryce Howarda Fasta - efekt byłby mniej więcej ten sam, jaki w opinii publicznej spowodowało aresztowanie B. Był on poetą rewolucyjnym. Uwielbiany przez całą lewicę, zbyt szanowany przez wszystkich, nawet przeciwników politycznych, aby przeszkadzano mu w publikowaniu jego wierszy, miał on w naszym kraju pozycję wyjątkową. Uciekając z Warszawy zajętej przez Niemców, schronił się do strefy sowieckiej.

Gamma po aresztowaniach kolegów dostał ostrego ataku strachu. Nigdy chyba dotychczas w życiu nie był tak przestraszony. Przypuszczał, że to dopiero początek i że w następnej rundzie wszyscy pozostali jeszcze na wolności pisarze znajdą się pod kluczem. Zgorączkowany, z nieprzytomnymi oczami, zaczął obiegać swoich kolegów komunistów i proponować natychmiastowe środki zaradcze. Za najskuteczniejszy środek zaradczy uważał wydanie publicznej odezwy potępiającej aresztowanych - w tej liczbie poetę B. - jako faszystów. Odezwa taka, podpisana przez szereg nazwisk, stanowiłaby dowód ortodoksji. Natknął się jednak na opór. Jego współtowarzysze odnieśli się niechętnie do pomysłu, aby publicznie nazwać aresztowanych przyjaciół faszystami.

Byłby to, ich zdaniem, zbyt drastyczny krok. Bardziej doświadczeni tłumaczyli Gammie, że taki krok byłby wątpliwy politycznie. Mógłby tylko zaszkodzić tym, którzy złożyliby podpisy, bo motyw tchórzostwa byłby zbyt widoczny. Poza tym trudno było przewidzieć, jak ułożą się wypadki w przyszłości. Wskazana była ostrożność. Odezwa nie została wydana.

Gamma zaczynał wtedy dopiero swoją karierę i nie posiadał jeszcze arkanów skomplikowanej politycznej strategii. Jego odruchy były prymitywne, nie umiał działać chytrością. Miał się tego jeszcze nauczyć.

Hitler uderzył na Rosję i w ciągu kilku dni jego armia doszła do Lwowa. Gamma nie mógł zostać w mieście, był zbyt dobrze znany jako pisarz i mówca komunistyczny. W powszechnym popłochu ewakuujących się urzędów, władz NKWD i uciekającego wojska zdoła! uczepić się pociągu idącego na wschód. W mieście zostawił żonę i córkę. Co prawda współżycie małżonków pozostawiało wiele do życzenia. Żona do nowego porządku odnosiła się niechętnie, jak zresztą wszyscy niemal, którzy mieli okazję tego nowego porządku doświadczyć. Nowej kariery męża nie aprobowała. Rozstali się, a to rozstanie miało się okazać ostateczne. Gamma znalazł się w Rosji. Były to dla niego lata nauki. W Rosji przebywało wtedy wielu Polaków, którzy opuścili swój kraj w zaryglowanych bydlęcych wagonach. Liczba ich sięgała półtora miliona (wliczając w to internowanych żołnierzy i oficerów polskiej armii). Byli oni uważani przez rząd sowiecki za element wrogi i traktowano ich odpowiednio. Nie wśród nich należało szukać "kadr" nowej Polski, która, stosownie do dalekowzrocznych planów Kremla (nie zaniechanych nawet w czasie niepowodzeń militarnych), powinna była powstać w przyszłości. Wskazane było zacząć od małej grupki "pewnych" - komunistycznych intelektualistów. Polska w rachubach Kremla była krajem najważniejszym: stanowiła pomost do Europy. Gamma w Rosji spotkał swoich kolegów z uniwersytetu, z którymi razem ongiś zasiadał na ławie oskarżonych.

Oni to, razem z kilkoma innymi, założyli na życzenie Kremla stowarzyszenie, które otrzymało piękną nazwę Związku Patriotów Polskich. Stowarzyszenie to stało się zaczątkiem rządu, który do dzisiaj urzęduje w Warszawie.

Członkowie Związku Patriotów jeszcze przed wojną zgodzili się zapłacić cenę: w imię logiki historii gotowi byli przekreślić niepodległość własnego kraju. Przebywając w Rosji płacili tę cenę w praktyce: nie wolno im było okazać solidarności z nieszczęsnym tłumem deportowanych (deportowano nie tylko byłych właścicieli ziemskich, fabrykantów i urzędników; większość stanowili ludzie ubodzy: chłopi, gajowi, policjanci, drobni kupcy żydowscy). Deportowani byli miazgą ludzką, która się nie liczyła; ich sposób myślenia był naznaczony piętnem przeszłości; ze spadkobiercami Polski szlacheckiej i burżuazyjnej, wspominającymi przedwojenne czasy jak raj utracony, cóż innego można było począć, jeżeli nie trzymać ich w łagrach i w odległych kołchozach? Członkowie Związku Patriotów mogli współczuć im jako ludziom, ale to współczucie nie powinno było wpływać na polityczne decyzje. Tyfus, głód i szkorbut niszczyły zresztą ten materiał ludzki tak skutecznie, że w ciągu niewielu lat problem ich mógł przestać istnieć.

Gamma, którego rodzina była wśród deportowanych, rozumiał, dlaczego wspominali oni przedwojenne czasy jako raj utracony. Ich los, chociaż nie gorszy od losu milionów innych mieszkańców Związku, był ponury, bo nie byli przyzwyczajeni do głodu i złego klimatu. Kiedy polski rząd emigracyjny w Londynie zawarł porozumienie z Moskwą dotyczące tworzenia w Związku polskiej armii i kiedy rząd sowiecki ogłosił dla Polaków amnestię, z obozów pracy przymusowej na północy wylały się masy ludzkie dążące na południe. Były to tłumy obdartych nędzarzy w stanie ostatecznego wycieńczenia; ich trupy zaścielały ulice miast południowo-wschodniej Rosji. Z tych półżywych ludzi tworzono armię. Była to armia zależna od rządu emigracyjnego w Londynie.

Gamma, podobnie jak rządcy rosyjscy, patrzył na tę armię jako na armię klasowego wroga; na równi z Anglikami i Amerykanami był to aliant tylko chwilowy.

Polskie dowództwo poszukiwało oficerów; kilkanaście tysięcy oficerów polskich zostało internowanych przez Związek Radziecki zgodnie z paktem Mołotow-Ribbentrop. Teraz nie można było ich znaleźć. Gamma wiedział, że poszukiwania Polaków londyńskich nie zostaną uwieńczone powodzeniem. Była to sprawa delikatna, nie należało o niej mówić. Zabijanie internowanych członków sił zbrojnych państwa, z którym się nie było w stanie wojny, nie jest na ogół praktykowane przez cywilizowane narody; jednak logika Historii wymaga czasem takich zabiegów. Oficerowie polscy była to "kadra" tej Polski, którą należało całkowicie, zmienić przy pomocy Związku Radzieckiego: kadra broniąca dawnego ustroju. Większość z nich stanowili oficerowie rezerwy; w życiu cywilnym byli to nauczyciele, prawnicy, lekarze, urzędnicy - a więc inteligencja, której przywiązanie do przeszłości stało na przeszkodzie w przeprowadzeniu narzuconej z zewnątrz rewolucji. Biorąc pod uwagę, że wyniszczeniem tej inteligencji w Polsce zajmowali się skutecznie Niemcy, kadra kilkunastu tysięcy stanowiła liczbę pokaźną i nie całkiem nie usprawiedliwione było użycie drastycznych metod, byle się jej pozbyć. Gamma i inni członkowie Związku Patriotów, dowiadując się o daremnych wysiłkach wysłanników rządu londyńskiego, aby wpaść na ślad internowanych, wymieniali ironiczne spojrzenia.

Jednym z internowanych oficerów był młody profesor uniwersytetu, w którego murach Gamma i ja spędziliśmy najlepsze lata młodości. Profesor ten, o skłonnościach liberalnych, ubolewał, kiedy aresztowano Gammę i jego towarzyszy. Był on jednak autorem kilku prac naukowych, które przedstawiały Związek Radziecki w świetle niekoniecznie korzystnym. Nazwisko jego figurowało w kartotekach. Władze po wielu starannych badaniach wpadły wreszcie na trop. Zdarzyło się to jednak dość późno: depesza żądająca natychmiastowego przewiezienia profesora do więzienia w Moskwie przyszła na stację kolejową, na której wyładowywano właśnie transporty jeńców, aby zabić ich strzałem pistoletu w tył głowy w pobliskich lasach. Profesor nie podzielił ich losu tylko dlatego, że wypadki skomplikowane muszą być - jak nakazuje biurokracja - badane starannie. Po amnestii wydostał się z Rosji.

W poglądach wielu Polaków, którzy z bliska mogli przyjrzeć się życiu Związku Radzieckiego, zachodziły zmiany. Dawni komuniści po pobycie w więzieniach i obozach pracy przymusowej wstępowali do armii rządu londyńskiego. Jednym z nich był wypuszczony z więzienia po amnestii poeta B. Kiedy armia polska została wy ewakuowana z Rosji na Bliski Wschód (miała później wziąć udział w walkach w Italii), poeta B. był szczęśliwy, że opuszcza kraj nadziei nie zrealizowanej od trzydziestu lat. Później, po końcu wojny, nie mógł jednak wytrzymać na emigracji. Powrócił do Polski, którą rządzili Gamma i jemu podobni. Przebaczył. Dzisiaj każde dziecko w szkole uczy się na pamięć jego "Ody do Stalina".

Pomimo wewnętrznych wahań i chwil rozpaczy (nikt nie będzie wiedział o tym) Gamma i jego towarzysze ze Związku Patriotów wytrwali. Grali wielką grę. Ich nadzieje zostały spełnione. Szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Rosji. W Związku Radzieckim zaczęła się formować nowa armia polska; ta armia powinna była wkroczyć do Polski razem z Armią Czerwoną i posłużyć za podporę rządu zależnego od Kremla. Gamma był pośród kilku pierwszych organizatorów tej armii. Nie było oficerów; zastąpili ich Rosjanie. Co do żołnierzy, to nie można się było uskarżać na ich brak; znikoma tylko część deportowanych wydostała się z armią Londynu do Persji. Dla pozostałych jedyną szansą ocalenia, to jest wyjścia z granic Związku, pozostało dostanie się do nowej armii, nad którą nadzór polityczny sprawowało NKWD i Związek Patriotów.

Przyszło lato 1944 roku, Armia Czerwona, a z nią nowa armia polska, wkroczyła na polskie ziemie. Jakże opłaciły się lata cierpień, poniżeń i zręcznej gry! Oto co się nazywa postawić na dobrego konia! Gamma witał z radością rozbite pociskami artylerii miasteczka i chłopskie poletka, które były ulgą dla oczu po monotonnych przestrzeniach rosyjskich kołchozów. Jego dżip niósł go drogami, przy których stały spalone niemieckie czołgi, ku władzy, ku oblekaniu w ciało tego, co dotychczas było tylko dyskusją pełną cytat z Lenina i Stalina. Oto nagroda dla tych, którzy umieli myśleć poprawnie, zgodnie z logiką Historii, którzy nie ulegli bezsensownym sentymentom! Oni nieśli narodowi polskiemu wyzwolenie od Niemców, nie ci łzawi durnie z Londynu. Ten naród musiał być co prawda zoperowany. Gamma czuł podniecenie dobrego chirurga przed wejściem na salę operacyjną.

Był oficerem politycznym w stopniu majora. Z Rosji przywiózł nową żonę, żonę żołnierską. W mundurze, w ciężkich rosyjskich butach, wyglądała na wiek nieokreślony. W rzeczywistości była bardzo młoda. Przeszła jednak w Rosji ciężką poniewierkę. Miała zaledwie kilkanaście lat, kiedy do drzwi mieszkania jej matki w Polsce zapukali o świcie agenci NKWD; ona, jej siostra, brat i matka odbyli przepisową podróż ze środka Europy w głąb Azji; tam zapoznać się musieli z życiem azjatyckich stepów. Lato jest tam upalne jak w krajach tropikalnych; zima tak surowa, że Izy, które od mrozu płyną z oczu, zamieniają się natychmiast w lodowe sople; zdobycie funta chleba uchodzi tam za szczęście; ciężka praca niszczy siły nie podtrzymywane przez dostateczne odżywianie; nadzór policyjny i bezgraniczność przestrzeni azjatyckiego kontynentu odbierają wszelką nadzieję ucieczki. Młoda dziewczyna, córka mieszczańskiej rodziny, nie była przyzwyczajona do ciężkiej fizycznej pracy; musiała się tego nauczyć. Udało się jej po pewnym czasie dostać na kurs traktorzystów. Po jego ukończeniu prowadziła wielkie rosyjskie traktory na stepach Kazachstanu. Jej sympatia do stalinowskiego systemu po tych doświadczeniach była nieduża; można raczej powiedzieć, że była to nienawiść. Dzieliła to uczucie zresztą z prawie wszystkimi żołnierzami polskiej armii złożonej z dawnych deportowanych. Tak, ale znalazła się wreszcie w Polsce i wielka gra, którą prowadził Gamma, była i jej grą.

Armia Czerwona doszła do Wisły. Nowy rząd, noszący jeszcze nazwę Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, zaczął funkcjonować w mieście Lublinie. Przed grupą Związku Patriotów stały wielkie zadania - i trudności. W opanowaniu kraju nie oczekiwano zbyt wielu przeszkód ze strony zachodnich aliantów. Przeszkody były z natury wewnętrznej, płynęły z wrogiego nastawienia tego narodu. Znów rysował się z wielką siłą zadawniony konflikt pomiędzy dwoma rodzajami lojalności. Na terytoriach, przez które teraz szła zwycięska Armia Czerwona, działały pod okupacją niemiecką duże oddziały partyzantów; była to tak zwana Armia Krajowa podlegająca rządowi emigracyjnemu w Londynie. Teraz te oddziały były rozbrajane przez Armię Czerwoną, żołnierze wcielani do nowej polskiej armii albo aresztowani i wywożeni w głąb Rosji. Gamma z humorem opowiadał, co zdarzyło się w mieście naszej młodości, w Wilnie. Wybuchło tam powstanie przeciwko Niemcom i oddziały Armii Krajowej weszły do miasta równocześnie z Armią Czerwoną. Wtedy dowództwo sowieckie wydało wspaniały bankiet, na który zaprosiło dowódców Armii Krajowej. Była to - jak mówił Gamma - uczta prasłowiańska, która, jak przekazują dawne podania, zwykła była tym się odznaczać, że wśród uścisków przyjaźni, toastów i pieśni truto zaproszonych wujów. W czasie bankietu dowódcy Armii Krajowej zostali aresztowani. Z Lublina Gamma obserwował, jak to samo, tyle że w skali bez porównania większej, działo się w Warszawie. Armia Czerwona stała wtedy na linii Wisły. Miasto było za rzeką. Radio Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego nawoływało ludność stolicy do powstania przeciwko Niemcom. Kiedy jednak powstanie wybuchło, radio, otrzymawszy nowe instrukcje, zaczęło obsypywać sprawców powstania obelżywymi epitetami. Gdyż było to powstanie rywali w walce o władzę. Uczta prasłowiańska w tym wypadku nie byłaby środkiem wystarczającym. Miasto, które było centrum oporu zarówno przeciwko Niemcom, jak Rosji, musiało być zniszczone. Oficerowie Armii Czerwonej oglądali przez lornetki bitwy uliczne za rzeką. Dymy pożarów przesłaniały pole widzenia. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu trwał tam bój i pożary wreszcie zlewały się w ścianę płomieni. Powstańcy z rozbitych oddziałów, ci, którym udało się przepłynąć rzekę, opowiadali nieudolnie zdarzenia w piekle. Słuchał tych opowiadań Gamma i jego towarzysze. Zaiste, cena, jaką należało płacić, jeżeli się chciało pozostać wiernym logice Historii, była straszliwa. Trzeba było patrzeć na tragedię setek tysięcy, brać na swoje sumienie śmierć w męczarniach kobiet i dzieci zmienianych w żywe pochodnie. Kto był winien? Rząd emigracyjny londyński, bo chciał użyć powstania jako atutu w walce o władzę? Kreml, bo nie udzielał pomocy patrząc na wypadki z perspektywy przyszłości, z której niepodległość narodów przedstawia się jako przeżytek burżuazyjnej epoki? Czy nikt?

Pochyleni nad stołem, w mundurach z grubego sukna, intelektualiści komunistyczni słuchali opowieści młodej dziewczyny, jednej z tych, którym udało się przedostać przez rzekę, na brzeg zajęty przez Armię Czerwoną. Jej oczy były obłąkane. Miała wysoką gorączkę. Mówiła: "Nasz oddział został rozbity i przyparty do rzeki. Niektórym udało się dołączyć do innych oddziałów. Z tych, którzy zostali na brzegu, wszyscy byli ranni. O świcie miał nastąpić atak wojsk SS. To znaczyło, że wszyscy zostaną zastrzeleni. Jak powinnam była postąpić? Zostać z mymi rannymi kolegami? Ale nie mogłam im w niczym pomóc. Zdecydowałam się płynąć. Szansę były małe, bo rzeka jest oświetlona przez reflektory. Gniazda niemieckich karabinów maszynowych są wszędzie. Na łachach pośrodku rzeki widziałam dużo trupów tych, co próbowali przepłynąć; prąd znosi te trupy na piaskowe mielizny. Byłam bardzo słaba. O jedzenie było u nas trudno i byłam chora. Prąd jest bardzo silny. Strzelali do mnie, więc starałam się płynąć jak najwięcej pod wodą."

Ofiara z Warszawy powinna była być złożona. Po dwóch miesiącach walk Niemcy .byli panami ruin miasta. Armia Czerwona stała na linii Wisły. Intelektualiści komunistyczni mieli zbyt wiele roboty, aby rozpamiętywać nieszczęście miasta. Przede wszystkim puścić w ruch drukarnie. Słowo jest podstawą tego systemu. Panowanie nad umysłami daje podstawę do rządzenia krajem. Gamma był jednym z głównych organizatorów prasy w mieście Lublinie.

W ciągu tych lat stał się lepszym pisarzem, niż był przed wojną. Jego nieduży talent nie mógł istnieć samodzielnie, wymagał podpory doktryny. Socjalistyczny realizm wzmacnia małe talenty i niszczy wielkie. Prymitywizm, którego Gamma przestał już się wstydzić, nadawał teraz jego utworom cechy szczerości. W jego wierszach odezwał się jego własny głos, który kiedyś próbował sztucznie stłumić: krzykliwy i donośny. Napisał szereg poprawnych opowiadań według wzoru, który owocował wtedy w Rosji tysiącami stron prozy. Były to opowiadania o walce z Niemcami i o nazistowskich okrucieństwach.

W styczniu 1945 roku Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę, przeszła przez Wisłę, nad którą stały ruiny martwej pozbawionej mieszkańców Warszawy i szybko zbliżała się ku Berlinowi. Gamma również ruszył na zachód. Partia skierowała go do Krakowa, miasta, które po zburzeniu Warszawy przygarnęło największą ilość pisarzy, uczonych i artystów. Tam zaznał słodyczy dyktatorstwa. Z zakamarków starych domów, można by powiedzieć: spod podłogi, zaczęły się wyrajać dziwnie ubrane stwory - w szczątkach futer, w chłopskich kurtkach ściągniętych pasami, w niezgrabnych buciorach mających sznurki za sznurowadła. Byli wśród nich intelektualiści, którym udało się przeżyć lata niemieckiej okupacji. Dla wielu Gamma był przed wojną tylko początkującym poetą, którego utworom nie uważali za stosowne udzielać żadnej uwagi. Teraz jednak wiedzieli, że Gamma jest wszechmocny. Od jego słowa zależała możliwość druku, posady w redakcjach, mieszkania i zarobki. Zbliżali się do niego z obawą. Ani przed wojną, ani w swojej działalności podziemnej nie byli komunistami. A jednak nowy rząd był faktem. Wiadomo było, że nic nie zapobiegnie takiemu rozwojowi wypadków, jakiego będzie życzyła sobie Moskwa oraz Gamma i jego towarzysze. Wielka jest magia władzy. Gamma z szerokim uśmiechem przyjaźni ściskał wyciągnięte dłonie i bawił się. Obserwował opornych i tych, którzy starali się nie okazywać, jak bardzo zależy im na pozyskaniu jego względów. Niemało było też takich, którzy zdradzali wszelkie cechy daleko posuniętego służalstwa. Wkrótce Gamma był otoczony dworem potakujących, którzy krzywili się, kiedy się krzywił, wybuchali głośnym śmiechem, kiedy raczył opowiadać dowcipy.

Być może nie umiałby tak szybko stać się postacią popularną, gdyby postępował tak jak dawniej - porywczo i brutalnie. Miał jednak za sobą dobrą szkołę. Lata, które spędził w Rosji, nie były - jak powiedziałem - nawet dla "pewnych" pozbawione cierpień i poniżeń. Obserwując życie w Rosji i spędzając długie godziny na dyskusjach o stalinowskiej taktyce i strategii - Gamma, jak i inni jego koledzy, zyskał należne przygotowanie do czekającej go pracy. Pierwsza i najważniejsza zasada: nie przestraszać; okazywać liberalizm; dawać możność zarobku; pomagać; werbować do redakcji i stawiać jedynie minimalne żądania; ludzie są nie przygotowani, ich mentalność jest podobna do mentalności głupców na Zachodzie. Karygodnym błędem byłoby stwarzanie punktów psychicznego oporu. Proces musi być stopniowy, tak aby pacjenci nie spostrzegli, kiedy i jak się zaangażowali. Druga zasada: jeżeli dostrzeże się oburzenie na drastyczność metod rządu, cenzury czy policji politycznej, natychmiast stawać po stronie tych, co się oburzają i samemu udawać najgłębsze oburzenie; rozkładać wtedy ręce i mówić, że trudno jest coś zrobić z idiotami, którzy zajęli odpowiedzialne stanowiska i popełniają karygodne błędy. Trzecia zasada: brać wszystkich, którzy mogą się przydać, niezależnie od ich przeszłości politycznej, z wyjątkiem zdecydowanych faszystów albo tych, którzy wykazali skłonność do kolaboracji z Niemcami.

Wiernie przestrzegając tych zasad Gamma kaptował zwolenników nowemu rządowi; stawali się nimi nie dlatego, że chcieli i niekoniecznie poprzez ich publiczne oświadczenia. Działo się to drogą faktów: rząd położył rękę na wszystkich drukarniach i objął w posiadanie wszystkie większe zakłady wydawnicze; każdy z pisarzy i uczonych miał wiele rękopisów z czasów wojny, kiedy domy wydawnicze były nieczynne; każdy chciał publikować. Z chwilą kiedy jego nazwisko ukazywało się na łamach pism kontrolowanych przez rząd albo jego książkę wydawała kontrolowana przez rząd firma - nie mógł twierdzić, że do nowych władców odnosi się wrogo. Po pewnym czasie udzielono koncesji kilku pismom katolickim i pewnej liczbie małych prywatnych firm wydawniczych; dbano jednak, aby zachowały one możliwie parafialny charakter i dzięki temu nie stanowiły pokusy dla lepszych autorów.

Nie żądać zbyt wiele: od nikogo nie żądano. W miastach powiewały narodowe flagi, aresztowania członków Armii Krajowej odbywały się po cichu. Starano się o danie należnego ujścia narodowym uczuciom. Hasłem była wolność i demokracja. Zgodnie z taktyką wypróbowaną przez Lenina ogłoszono podział majątków ziemskich pomiędzy chłopów; brali, pracowicie odmierzali nowe działki, które wzbogacały ich małe gospodarstwa; nie było wtedy oczywiście mowy o kołchozach; te, jak wiedział Gamma i towarzysze, przewidziane były na później, "w następnym etapie". Wtedy jeśli ktokolwiek ośmielał się mówić o kołchozach, był karany jako wróg ludu rzucający oszczerstwa na rząd i próbujący w ten sposób szerzyć niepokój.

Oczywiście właściciele ziemscy, którym skonfiskowano ziemię, nie byli zadowoleni; większość jednak majątków, tak samo jak fabryk i kopalń, znalazła się już w czasie okupacji niemieckiej pod niemieckim zarządem przymusowym i właściciele byli w praktyce z posiadania wyzuci. Nienawiść klasowa chłopów do dworów nie była silna w naszym kraju i wypędzanym właścicielom nie czyniono krzywdy. Masy ludności miast nie czuły szczególnej sympatii do tej feudalnej warstwy i nikt nie przejmował się utratą przez nią jej znaczenia. Nie przejmowali się tym też intelektualiści. Że fabryki i kopalnie przechodzą na własność państwa, wydawało im się na ogół słuszne - należy też zważyć, że działo się to po pięciu i pół latach rządów nazistowskich, które zniweczyły szacunek dla prywatnej własności; słuszna na ogół wydawała im się również radykalna reforma rolna. Interesowało ich co innego: granice swobody słowa. Te były dość szerokie. Jedno było pewne: nie wolno było napisać nic, co by podawało w wątpliwość doskonałość instytucji Związku Radzieckiego. Przestrzegała tego pilnie cenzura. Pochwały nie były jednak, jak później, obowiązkowe. Można było milczeć na ten temat.

Mimo to wszystko ludność całego kraju była ogarnięta jednym uczuciem: potężnej nienawiści. Nienawidzili chłopi dostający ziemię; nienawidzili robotnicy i urzędnicy wstępujący do Partii; nienawidzili członkowie "legalnej" partii socjalistycznej, która otrzymała nominalny udział w rządach; nienawidzili pisarze zabiegający o wydanie ich rękopisów. Ten rząd nie był własny: istnienie swoje zawdzięczał bagnetom obcej armii. Łoże małżeńskie na zaślubiny rządu z narodem było przybrane w narodowe godła i flagi, ale spod łóżka wystawały buty enkawudzisty.

Nienawidzili również ci, którzy łasili się do Gammy. Wiedział to i było to dla niego źródłem niepoślednich przyjemności. Uderzał w czułe punkty i obserwował reakcje. Przerażenie i furia, które pojawiły się na twarzach rozmówców, ustępowały natychmiast miejsca przymilnemu uśmiechowi: tak, tak być powinno. Miał ich w ręku. Od niego zależały ich posady, jego ołówek mógł wykreślić ze złożonej strony pisma ich wiersze i artykuły; jego opinia mogła sprawić, że ich książki zostałyby odrzucone przez dom wydawniczy. Musieli być grzeczni. Co do niego, to bawiąc się nimi okazywał jak najżywszą przyjaźń; pomagał, pozwalał zarabiać, dbał o ich kariery.

Spotkałem się z Gammą w Krakowie. Wiele lat upłynęło od naszych dyskusji w "mensie"; w czasie jednej z nich wrzuciłem mu do zupy z wyraźnie złośliwą intencją pudełko zapałek; ponieważ był skłonny do napadów wściekłości, doszło wtedy do bokserskiego pojedynku. W ciągu tych lat uzupełniałem studia w Paryżu, później mieszkałem w Warszawie. Z naszego uniwersyteckiego miasta wyemigrowałem, bo na życzenie miejscowej administracji wyrzucono mnie z pracy; podejrzany byłem o sympatie komunistyczne (zdaje się, że dla wszelkich policji na świecie rozróżnienie pomiędzy lewicą stalinowską i antystalinowską przedstawia niepokonane trudności) i o zbyt życzliwy stosunek do Litwinów i Białorusinów (słusznie). Teraz byłem uchodźcą ze spalonej Warszawy. Mój majątek składał się z robotniczego ubrania, które miałem na sobie, i z parcianego worka na plecach, w którym wyniosłem swoje rękopisy, przybory do golenia i groszowe wydanie "Żebrackiej opery" Gaya. Z punktu widzenia interesów Związku Radzieckiego nie zasłużyłem się niczym w ciągu lat wojny; przeciwnie, miałem pewne grzeszki na sumieniu. Byłem jednak teraz potrzebny i użyteczny; moje pióro przedstawiało wartość dla nowego ustroju.

Spotkanie z Gammą było niemal czułe. Dwa psy, dość sztywne, ale uprzejme. Pilnowaliśmy się, żeby nie pokazywać sobie zębów. Gamma pamiętał naszą dawną rywalizację literacką, która przyczyniła mu zmartwień; pamiętał również mój list otwarty przeciwko stalinistom, który stawiał mnie mniej więcej na pozycji dzisiejszych zachodnich dysydentów. Do dawnych jednak kolegów uniwersyteckich odnosił się z sentymentem. Tego sentymentu ja również nie byłem pozbawiony. To pomogło przełamać pierwsze lody. Tak zaczęła się między nami gra, która miała trwać długo.

Nie była to tylko gra między mną i Gammą. Grę tę prowadziliśmy my wszyscy, to jest intelektualiści, którzy przeżyli wojnę pod nazistowską okupacją, z grupą, która przybyła ze Wschodu. Podział był wyraźny. Znacznie ważniejsze sprawy niż tylko rywalizacja osobista były tu zaangażowane. Po doświadczeniach wojny nikt z nas - nawet dawni nacjonaliści - nie wątpił o konieczności reform; nasz naród powinien był się zmienić w naród robotników i chłopów - i to było dobre; uczony, pisarz, artysta przestawał być osobnikiem zawieszonym w pustce, zyskiwał kontakt z masą, otwierały się przed nim nieograniczone możliwości. A jednak chłop, który dostawał ziemię, nie był zadowolony. Bał się. Robotnik, mimo że z wielkim samozaparciem pracował nad uruchomieniem fabryk, nie miał bynajmniej poczucia, że fabryki należą do niego, mimo że tak zapewniała propaganda. Intelektualista rozpoczynał marsz na linie, balansując z trudem nad pułapkami cenzury. Drobni przedsiębiorcy i kupcy czuli strach warstwy skazanej na zniszczenie we właściwym terminie. Była to dziwna rewolucja nie mająca w sobie cienia rewolucyjnej dynamiki, robiona przy pomocy dekretów z góry. Intelektualiści, którzy spędzili wojnę w kraju, byli szczególnie wrażliwi na powszechne nastroje. Dla Gammy i towarzyszy te nastroje dawały się zamknąć w formułce "przeżytków świadomości burżuazyjnej", jednak formułka ta nie obejmowała prawdy. Masy tego narodu czuły, że nic nie zależy od nich i nic nie będzie zależało. Wszelka dyskusja miała odtąd służyć tylko jednemu celowi: usprawiedliwianiu decyzji odległego Centrum. Opierać się? Ale w systemie, w którym wszystko przechodzi stopniowo na własność państwa, sabotaż godzi w interesy całej ludności. Tylko opór myśli był możliwy. Intelektualiści (a przynajmniej ich większość) czuli, że mają poważny obowiązek. Publikując artykuły i książki dawali rybakowi - to jest grupie wschodniej - satysfakcję. Ryba schwyciła przynętę. Jak wiadomo, kiedy ryba chwyci przynętę, należy popuścić linkę. Linka została popuszczona i do chwili kiedy rybak postanowił rybę wyciągnąć, zaszły w naszym kraju pewne korzystne procesy kulturalne, które nie były możliwe na przykład we włączonych bezpośrednio do Związku krajach bałtyckich. Pozostawało obliczać, jak długo może potrwać ten stan rzeczy. Mogło to być równie dobrze pięć, jak dziesięć czy piętnaście lat. Była to jedynie możliwa gra. Zachód nie liczył się. Tym mniej liczyła się polityczna emigracja.

Gra pomiędzy mną i Gammą miała oprócz tych cech ogólnych zabarwienie osobiste. Gamma nie był wolny od poczucia winy, które sięgało wstecz do jego dzieciństwa. Szczególna troska, jaką okazywał członkom naszej dawnej grupy, płynęła zarówno ze wspólnych wspomnień młodości, jak z chęci, aby ci, którzy nie zostali stalinistami, zostali teraz nawróceni: w ten sposób jego czyny zyskałyby pełne usprawiedliwienie. Trudność polegała na tym, że Gamma był pesymistą, a nawracani nimi nie byli. Pozory ocen krytycznych stosowanych do jakiegoś pisarza są często mylne. Gamma, jako pisarz wierny centrum, okazywał urzędowy optymizm. W istocie po latach spędzonych w Rosji był przekonany, że Historia jest wyłączną domeną diabła i kto służy Historii, podpisuje diabelski cyrograf. Wiedział zbyt wiele, aby się łudzić.

Gra nasza nie toczyła się tylko w Polsce. Nie bez wpływu Gammy Jerzy, który stał się poetą katolickim, został wysłany jako attache kulturalny do Francji, ja jako atache kulturalny - do Stanów Zjednoczonych. Pobyt za granicą dawał znaczne korzyści: publikowałem bezczelne poematy i artykuły, w których czaiły się zniewagi dla Metody. Kiedy spostrzegłem, że struna jest zbyt napięta, posyłałem coś, co mogło świadczyć, że dojrzewam do nawrócenia. Gamma pisał do mnie serdeczne i kłamliwe listy. Obaj popełnialiśmy błędy. Gamma wiedział, że ryzyko mojej ucieczki jest nieduże: bardziej niż ktokolwiek inny byłem związany z moim krajem; byłem poetą, mogłem pisać tylko w moim rodzinnym języku i tylko w Polsce była publiczność, złożona przeważnie z młodzieży, z którą mogłem uzyskać porozumienie. Wiedział też, że boję się zostać emigrantem i skazywać się na jałowość i pustkę, które są cechą każdego wygnania. Przeceniał jednak moje przywiązanie do literackiej kariery. Ja wiedziałem, że jego listy są fałszywe. Trudno jednak wyrzec się myśli, że w objawach czyjegoś uczucia nie kryje się odrobina prawdziwej przyjaźni. Sądziłem też, że jest dostatecznie inteligentny, aby nie oczekiwać ode mnie nawrócenia. Nadeszła chwila, kiedy postanowił użyć swego sztyletu. Stało się to w Warszawie. Cios był silny, ale chybił, czego dowodem jest, że mogę napisać ten portret.

Wyjazd Gammy za granicę nastąpił w chwili, kiedy po opanowaniu pierwszego bezładu przez nowych rządców przewidywać można było dłuższy okres względnej stabilizacji; wyeliminowanie partii chłopskiej, pochłonięcie socjalistów - te rozgrywki na najbliższą przyszłość nie przedstawiały się zbyt poważnie i wynik ich był z góry przesądzony, na ogół miał to być okres NEP-u; w życiu kulturalnym wskazany był liberalizm. Gamma uważał, że po napięciu nerwowym ostatnich lat należy mu się nieco spokoju, objął więc jedną z dyplomatycznych placówek.

Nową żonę posłał na wychowanie do pewnej instytucji pedagogicznej w Szwajcarii, aby nauczyła się tam języków i poprawnych manier. Wkrótce z żołnierki w niezgrabnych rosyjskich butach przekształciła się w laleczkę o utlenionych włosach i długich malowanych rzęsach. Była tres chic. Ubierała się w najlepsze paryskie suknie. Gamma zażywając spokoju poświęcał wiele czasu pisaniu. Napisał długą powieść; tematem jej był proces grupy młodych stalinistów w naszym mieście uniwersyteckim, proces, w którym sam był jednym z oskarżonych. Politycznie powieść jego była bez zarzutu; wydano ją spiesznie i recenzenci nie żałowali pochwał; co prawda te pochwały nie były tak gorące, jak można by było oczekiwać: w naszym kraju styl prozy nie uległ jeszcze wtedy procesowi niezbędnej sterylizacji; natomiast powieść Gammy nosiła wszelkie cechy tego ideologicznego ćwiczenia, które w Rosji nosi nazwę powieści. Miasto Wilno, gdzie działa się akcja, było w czasach naszej młodości miejscem niezwykle malowniczym - nie tylko ze względu na otaczające je lasy i pagórki czy swoją architekturę, również ze względu na wielość współistniejących tam kultur i języków. Nic z tej malowniczości nie przedostało się w prozę Gammy. Znakomicie bezbarwna, pozbawiona daru ewokacji rzeczy zmysłowych, służyła wyłącznie jako narzędzie relacji o zdarzeniach i ludziach. Ze zdarzeniami i ludźmi nie było jednak o wiele lepiej. Rozpoznając bez trudu rzeczywiste osoby w bohaterach powieści mogłem stwierdzić, że Gamma nie był w przedstawieniu postaci dokładny. Wyobraźnia powieściopisarza często przekształca ludzi, których miał on możność obserwować: zgęszcza barwy, wyłania spośród wielu cech psychicznych te, które są dla bohaterów najbardziej charakterystyczne; kiedy pisarz chce wiernie przedstawić to, co jest rzeczywiste, przekonuje się nieraz, że niewierność bywa największą wiernością: świat jest niewyczerpany w swoim bogactwie i im większy jest wysiłek, aby nic nie uronić z prawdy, tym więcej odkrywa się dziwów wymykających się pióru. Niedokładność Gammy była innego rodzaju. Tworzył, jak nakazywała Metoda, abstrakcyjne typy działaczy politycznych. W te gotowe formy wtłaczał żywych ludzi; jeżeli się nie mieścili, obcinał im bez żenady głowę albo nogi. Główne postacie - a byli nimi Stefan i Henryk - były zredukowane do ich udziału w politycznej akcji. A przecież znając ich dobrze wiem, jak bardzo skomplikowaną osobowością odznaczali się ci ludzie. Henryk, który znalazł śmierć przed niemieckim plutonem egzekucyjnym, był człowiekiem nieszczęśliwym, wewnętrznie rozdartym; był on najbardziej jaskrawym przykładem tragedii polskiego komunisty, szarpiącego się między dwiema lojalnościami. Stefan, który po powrocie z Moskwy stał się jednym z dyktatorów państwowej ekonomiki, stanowił zawsze dla mnie nie mniejszą zagadkę. Ciężki, ponury mężczyzna, o typie sowieckiego urzędnika, zmienił się najzupełniej od tego dawnego czasu, gdy wahał się, czy wybrać stalinizm. Znałem go, kiedy pisał wiersze i bystre literackie rozprawy. Wtedy był to młody Faust - upojony pięknem świata, ironiczny, błyskotliwy i drapieżny. Powieść Gammy nosiła tytuł "Rzeczywistość", ale niewiele w niej było z rzeczywistości. Był to raczej pamflet na Polskę przedwojenną, choć próbę, aby zdemonizować ówczesną dość niemrawą policję i ówczesnych ospałych sędziów, trudno byłoby uważać za udaną.

Po napisaniu tej książki o latach naszej młodości Gamma zaczął się nieco nudzić za granicą. Podróżował. Zwiedzał szereg krajów europejskich, pojechał do Afryki. Dawniej, w czasach naszych dyskusji w "mensie", marzyliśmy o podróżach. Nasze wątpliwości, czy uda się nam kiedyś te marzenia zrealizować, okazały się zbyteczne: dane nam było zaznać aż nadto tego gatunku rozrywki. Przyjemności, jakie Gamma czerpał z podróży, nie były zresztą wyrafinowane. Dla zabytków architektury i sztuki miał niewiele ciekawości, podglądanie szczegółów życia ludzkiego w różnych cywilizacjach nie pasjonowało go nadmiernie: gdyby było inaczej, byłby innym i lepszym pisarzem. Podróże dla niego były interesującym zabijaniem czasu, nasycały też ambicję dawnego prowincjonała.

Poza podróżowaniem główną przyjemność czerpał z gry, jaką uprawiał z cudzoziemcami. Ich przekonanie, że Gamma jest w gruncie rzeczy "liberalny", nie było zbyt dalekie od prawdy: jego gwałtowność, z jaką oburzał się na niektóre zbyt brutalne metody stalinizmu, nie dałaby się zakwalifikować jako całkowity fałsz; Gamma uważał siebie za sługę diabła, ale diabła rządzącego Historią nie kochał. Oburzając się popuszczał sobie cugli, wiedział, że jest to użyteczne jako chwyt, bo wyrabia mu dobrą opinię. Równocześnie śledził reakcję rozmówców, śmiejąc się wewnętrznie z ich prostoduszności.

Obowiązki dyplomatyczne, przyjęcia, polityczne tresowanie personelu. W wieczory wolne od zajęć Gamma urządza! partie brydża. Był zaciekłym i dobrym brydżystą. Mawiał, że jest zbyt zmęczony pracą, aby móc robić coś innego niż grać w karty. Skarżył się, że dyplomacja uniemożliwia mu pisanie. Naprawdę było inaczej. Gamma osiągnął w młodym wieku szczyty kariery; gdyby zechciał, mógłby zostać ministrem - w kraju, w którym stanowisko ministra uchodzi za podrzędne, bo ponad ministrami stoi Komitet Centralny Partii. Gamma był członkiem Centralnego Komitetu. Co dalej? Ten punkt zatrzymania i obrachunku w pięknej, zachodniej stolicy nie dawał nic prócz czczości. "Qu'a tu fait, toi que voila, de ta jeunesse?" - mówi wiersz francuski, który jest jak wołanie echa. Co zrobił ze swojej młodości? Gdzież było coś, co mógłby uznać za własne, a nie za twór determinizmu Historii? Zbliżał się do czterdziestki i zdolny był patrzeć jasno. Wracało dawne poczucie literackiej porażki. Czuł się pusty jak sito, przez które wieje wiatr. Ten wiatr historycznej konieczności odbierał sens literaturze: jeszcze jedno zręczne ideologiczne równanie, jeszcze ileś tam stron poprawnej prozy. Po co, jeżeli z góry wiadomo, co ma być tam powiedziane, jeżeli określa to linia Partii. W blasku świec migotały złocenia ścian i wielkie osiemnastowieczne lustra. Gamma grał w brydża nie dlatego, że był zmęczony, ale dlatego, że uwalniało go to od znalezienia się sam na sam z ćwiartką nie zapisanego papieru. I dyplomacji, i kart używał jako wybiegu przed samym sobą.

Przyzwyczaił się do tego trybu życia. Partia nie lubi jednak takich przyzwyczajeń do wygody. W Polsce zachodziły zmiany. Kurs stał się ostry. Od pisarzy zażądano wreszcie ścisłej ortodoksji. Gamma był potrzebny na miejscu. Z żalem opuszczał osiemnastowieczny pałac i piękną stolicę. Znał dobrze świat Wschodu, do którego wracał: czekały go zażarte walki, intrygi, strach tych, co są na szczytach, przed gniewnym zmarszczeniem brwi Moskwy. Nic nie mogła pomóc rozpacz. Musiał jechać. Stanowisko, jakie otrzymał, było wyższe rangą niż stanowisko ambasadora w zachodniej stolicy. Gamma został - tym razem już oficjalnie - politycznym nadzorcą wszystkich pisarzy, dyrektorem sumień. Do jego funkcji należało przestrzeganie, aby literatura rozwijała się zgodnie z linią. Rząd właśnie ofiarował Związkowi Literatów Polskich nowy, świeżo wykończony dom w Warszawie. Mieściła się w nim wielka, nowocześnie urządzona sala zebrań z rzędami krzeseł wznoszącymi się amfiteatralnie; sale konferencyjne; biura; mieszkania dla pisarzy; restauracja. Tam to urzędował Gamma, odbywając liczne konferencje z pisarzami, z wydawcami, z policją bezpieczeństwa i z przedstawicielami związków pokrewnych.

Mieszkanie dostał w innym rządowym domu zamieszkałym przez wyższych dygnitarzy. Dostęp do tego domu jest możliwy po uprzednim porozumieniu telefonicznym, ale numery telefonów nie figurują w książce telefonicznej i są udzielane tylko zaufanym. Policja bezpieczeństwa przy wejściu telefonuje na górę i sprawdza, czy rzeczywiście spotkanie było umówione, po czym odbiera dokumenty osobiste gościa i pozwala mu przeniknąć do wnętrza.

Gamma nie mylił się przewidując nowy okres intryg i walki, nie z pisarzami oczywiście, bo miał wobec nich stanowisko nadrzędne - choć i wśród pisarzy były osobniki niebezpieczne, górujące nad Gammą obkuciem w materializmie dialektycznym i precyzją rabinicznych umysłów. Prawdziwe walki toczyły się wyżej, w górze partyjnej, do której należał Gamma. Miał wielu wrogów. Bądź co bądź, pomimo długoletniego treningu, ciągle jeszcze wyłaził z niego zapalczywy szlachcic, wpadający w gniew, kiedy ktoś mu się sprzeciwił i wtedy nie umiejący już ukryć, że traktuje ludzi jak służbę na swoim folwarku. To momenty jawnej brutalności (będąc ambasadorem mógł wobec swego personelu pozwalać sobie na nią bezkarnie) przyczyniały mu teraz kłopotu. Poza tym linia w Polsce była już sztywna, jedno słowo szczere (chociażby to była szczerość używana do kaptowania zwolenników) mogło pociągnąć za sobą zgubne następstwa. Wkrótce po powrocie Gammie zdarzyła się jedna z największych gaff jego politycznej kariery. Stało się to na wiecu, który się odbył bezpośrednio po wybuchu wojny w Korei. Gamma odpierając "szeptaną propagandę" wykrzyknął zapalczywie: "Tak, zaatakowaliśmy pierwsi, bo jesteśmy silniejsi!" - i wiele trudu trzeba było, aby zatuszować to niefortunne wystąpienie.

Gamma musiał też wziąć się poważnie do pisania. Członkiem Związku Literatów Polskich może być tylko pisarz "aktywny", to jest taki, którego utwory ukazują się w prasie czy w firmach wydawniczych (ryba, która schwyciła przynętę, została wyciągnięta na brzeg; pisarze musieli już teraz pisać i publikować pod grozą wykluczenia ze Związku i utraty wszelkich przywilejów). Zasada aktywności tym bardziej obowiązywała wyższych funkcjonariuszy.

"On robi tę walkę z imperializmem i propagandę na rzecz pokoju - powiedział ktoś w Warszawie o Gammie - ale marzy o jednym: o wojnie. Bo gdyby wybuchła wojna, to byłyby przemówienia, latanie samolotami, korespondencje z frontu i nie musiałby zasiadać co dzień za biurkiem i męczyć się nad powieścią. Ale na złość jemu będzie pokój i będzie miał w tym swoim wytwornym apartamencie pięć biurek i na każdym zaczętą powieść i co dzień będzie wył z rozpaczy, bo wie, że to, co pisze, to jest drewno."

Trudno zazdrościć temu człowiekowi wyboru, jakiego dokonał i jego wiedzy uszczkniętej z drzewa wiadomości dobrego i złego. Patrząc na swój kraj wie, że jego mieszkańców czeka coraz większa doza cierpienia. Patrząc na siebie wie, że żadne słowo, które wypowie, nie będzie jego własnym. Jestem kłamcą - myśli o sobie i sądzi, że za jego kłamstwa odpowiedzialny jest determinizm Historii. Czasem nawiedza go jednak myśl, że diabeł, któremu zapisał swoją duszę, został wyposażony w siły przez takich właśnie ludzi jak on sam i determinizm Historii jest tworem ludzkich umysłów.

 

 

DELTA - CZYLI TRUBADUR

 

W Europie Środkowej i Wschodniej słowo "poeta" ma nieco inne znaczenie niż na Zachodzie. Poeta nie jest tam tylko wynalazcą pięknie ułożonych zdań. Tradycja wymaga, aby był "bardem" narodowym, pieśniarzem, którego pieśni mogą pochwycić liczne usta, i aby zajmował się w swoich wierszach tym wszystkim, co stanowi przedmiot publicznego zainteresowania. Co prawda w każdym okresie Historii te obowiązki poety pojmowano inaczej. Zdaje się, że Delta najlepiej czułby się w czasach, kiedy królowie i książęta zapewniali poetom miejsce przy swoim stole w zamian za wzruszanie pieśnią i śmieszenie dowcipem. Nawet strój dawnych epok lepiej zgadzałby się z jego powierzchownością niż marynarki naszego stulecia, a lutnia w ręku i długie włosy mogłyby dopiero otworzyć obraz stosowny do jego charakteru.

Delta miał ciemną, cygańską cerę, był piegowaty, niewysoki, jego gębę, kiedy się śmiał, wykrzywiał sardoniczny grymas, włosy odgarniał w tył z wysokiego czoła. Jego głowa była nieproporcjonalnie duża w stosunku do tułowia, miał w sobie coś z karła i błazna, tak jak go malowali w scenach książęcych uczt dawni malarze. Zdradzał skłonność do ekscentrycznych ubrań, krawaty lubił wiązać na luźny, duży węzeł. Zdarza się często, że ci, którzy zewnętrznymi cechami chcą podkreślić swoją przynależność do artystycznego klanu, są w gruncie rzeczy podrzędnymi artystami. U Delty jednak artystyczna nonszalancja była częścią planu aktorstwa, które praktykował: każdym swoim gestem, intonacją głosu bawił się, jeżeli tak można powiedzieć, ze światem, akcentował różność swego rytmu od rytmu otoczenia. Jego rytm był sugestywny. Delta znakomicie recytował swoje wiersze w wielkich salach pełnych publiczności; był dobrym aktorem, panował nad salą, to znaczy miał tę sztukę wytrzymania słuchaczy aż do chwili największego napięcia i miarkowania słów oraz ich tonu, tak aby to napięcie się nie zmniejszało. Narzucał swój poemat au ralenti, robił pauzy między słowami i chociaż mówił, właściwie śpiewał. Był wtedy wcieloną inkantacją rytmiczną, zmieniał się, olbrzymiał.

Nikt nie zna pochodzenia Delty. Przekształcał swoją biografię stosownie do potrzeb chwili. Jego ojcem był raz zakrystian, kiedy indziej restaurator, rodzina to wywodziła się z Czech, to znów miała moskiewskie koneksje. U Delty granice pomiędzy fantazją i prawdą nie istniały.

Swoją znajomość obcych języków pozbierał nie wiadomo skąd. Trudno byłoby go sobie wyobrazić zasiadającego za stołem ze słownikami i gramatyką. A jednak cytował obficie łacińskich, angielskich, francuskich i niemieckich poetów. Przez pewien niedługi czas studiował na uniwersytecie, gdzie wsławił się tym, że napisał pracę o angielskim poecie siedemnastego wieku, który nigdy nie istniał. Praca podawała obszerną biografie poety i zajmowała się szczegółową analizą okoliczności, w których powstały poszczególne jego utwory. Szarlatan, mistyfikator - oto czym chciał być wtedy, jak zawsze, Delta, bawiąc się doskonale, kiedy pedantyczny profesor znalazł się w kłopocie przytłoczony tak oczywistym dowodem erudycji.

Delta był nałogowym alkoholikiem. Alkoholizm (zwykle były to cykle trwające po kilka dni) wprowadzał go w stan halucynacji, który wyrażał się działaniami, jakie nie zdarzają się innym pijakom. Wchodził do biura podróży i żądał szklanki piwa. Jechał dorożką (przed drugą wojną światową ten sposób lokomocji ciągle jeszcze pospolity był w Warszawie), zatrzymywał dorożkę, zdejmował palto, rzucał je na jezdnię i w obliczu zdumionego tłumu sikał flegmatycznie na palto; był to akt najzupełniej irracjonalny, trudno byłoby wyśledzić powody poza skłonnością do ekshibicjonizmu. Do swoich znajomych przychodził i uskarżał się, że trudno mu było znaleźć adres, bo, jak mówił, "jego ludzie", których porozstawiał na ulicach i którzy mieli mu pokazywać drogę, tak się przebrali, że nie mógł ich rozpoznać. Te i tym podobne wybryki świadczyły, że Delta poprzez alkohol zanurzał się w świat opowieści E.T. A. Hoffmana czy Edgara Poego. Otoczony był z tego powodu legendą. W kawiarniach literackich lubiono opowiadać najnowsze wariactwa Delty.

Powodem legendy była również jego poezja. Nie była ona podobna do niczego w Europie z pierwszej połowy dwudziestego wieku. Delta nie ulegał wpływom szkół literackich. Czerpał z poezji przeszłości, przebywał w aurze cywilizacji łacińsko-włoskiej, która w naszym kraju zostawiła dość silne ślady. Wzięte stamtąd rekwizyty układał w sposób przypominający jego pijackie fantasmagorie. W jego wierszach występowały pyzate barokowe anioły, czarownicy ulatujący przez okno, porwani nieznaną siłą (w ostatniej chwili ratuje ich od tego losu żona chwytając zębami za ucho), astronomowie wieszczący koniec świata, polowania z sokołami. Wplatały się w to gramofonowe płyty z muzyką Mozarta i Bacha, bezrobotni sprzedający motylki (dlaczegóżby ostatecznie nie mieli sprzedawać motylków?), planety jako panny w niebieskich majtkach, zabawy ludowe na przedmieściach. Jego poezja była tragiczna i komiczna, bezsensowna i pełna sensu równocześnie. Przypominała przez swoją alogiczność i mieszaninę różnych elementów tę poezję nowoczesną, która chętnie uważa się za objaw schyłkowy, ale różniła się od niej w jednym: pomimo dziwacznych zestawień obrazów nie była niezrozumiała. Czytelnik poddawał się jej muzycznemu czarowi, przełykał porcje abstrakcjonizmu, które u innych poetów go tylko drażniły, śmiał się z niespodziewanych wolt autora, jednym słowem - niepostrzeżenie dla siebie wkraczał w wymiar, gdzie obowiązywały inne niż w życiu codziennym prawa.

Delta publikował wiele wierszy humorystycznych, podpisywanych najrozmaitszymi pseudonimami. Jego inwencja w wynajdywaniu tematów zdawała się niewyczerpana. M.in. napisał na przykład cykl zatytułowany "Piosenki naczelnika wydziału grobownictwa". Na tomikach lubił umieszczać spis fikcyjnych swoich dzieł; przypominam sobie taki tytuł: "Wstęp do ludożerstwa - skrypt z wykładów, wyczerpane". Ponieważ podobał się czytelnikom, miał wiele propozycji z redakcyj i z radia. Pióro było jedynym źródłem jego utrzymania, potrzebował pieniędzy i nigdy ich nie miał, bo honoraria natychmiast przepijał.

Kiedy był trzeźwy, nikt nie mógłby przypuścić, patrząc na niego, że jest on autorem wierszy, które rozśmieszały publiczność. Małomówny, ponury, patrzył spode łba. Ożywiał się tylko na widok pieniędzy. W targach był nieubłagany. Wymieniał sumę i żadne argumenty nie mogły go skłonić do ustępstw. Co więcej, żądał wypłaty natychmiast, czym doprowadzał redaktorów do ciężkiej walki wewnętrznej: chcieli mieć wiersz Delty, ale dać mu pieniądze znaczyło narazić się na ryzyko, że Delta zacznie swój cykl pijaństwa i zapomni o zobowiązaniu. Niektórzy znajdowali na to sposób: dawali pieniądze i nie opuszczali Delty ani na krok, zanim nie oddał rękopisu. Takie transakcje odbywały się nieraz w kawiarni. Banknot leżał na stoliku pomiędzy partnerami. Delta, po daremnych próbach zmiękczenia przeciwnika, wyjmował pióro, pisał wiersz (który, stosownie do jego nastroju, mógł być znakomity albo słaby) i zgarnąwszy banknot szedł pić.

Zdarzało się, że Delta lądował w sanatorium dla alkoholików. Rezultaty kuracji nie bywały dobre. Opowiadano o zwycięstwach Delty w walce z lekarzami: w jednym z sanatoriów - jak wieść niosła - zwycięstwo jego było tak całkowite, że lekarze i pacjenci, na równi pijani, urządzali na rowerach wyścigi po korytarzach.

Szarlatan, alkoholik. A jednak Delta był wybitnym i - wbrew pozorom - tragicznym poetą. Rozpoczął swoją działalność literacką w latach wielkiego ekonomicznego kryzysu. Bezrobocie, powszechna beznadziejność, rozwój nazizmu w sąsiednich Niemczech - wszystko to wpłynęło na charakter jego twórczości. Delta słusznie był nazywany "królem nonsensu". Z jego wierszy przezierała groźna wizja - dla tych, co ją umieli spostrzec, nie dając się uwieść zewnętrznym błazeństwom - końca cywilizacji, zbliżającego się "wieku żelaza", katastrofy. Nic nie miało wtedy racjonalnych podstaw, wszystko zdawało się przegrane na wiele lat przed chwilą, kiedy zostało przegrane w rzeczywistości i Europa pogrążyła się w ciemność i okrucieństwo. Pojęcia i obrazy, których używał Delta, miały konsystencję marzeń sennych, powracały w nich groza i piękno minionych wieków, ale nie mogły stanowić żadnego oparcia, goniły jedne za drugimi z szybkością pośpiesznego pociągu. Madonna, która często pojawiała się w wierszach Delty, nie była madonną pobożnych, tylko stylowym ornamentem. Faszyści i komuniści w wierszach Delty zabijali się wzajemnie z zapałem jak aktorzy w grand guignolu, a Delta wykrzykiwał z kpiną: "Rzeczywistości! Święta Mamo! Dla ciebie pająki zabijać to to samo!" I miał rację, kiedy mówił: "Wsparty na Watermanie - Odchodzę w otchłanie - Wiekuistego zwątpienia".

"Koniec świata" - taki tytuł nosił jego poemat, w którym uczeni i politycy, członkowie rewolucyjnych partii, kochankowie i pijacy, kanarki i koty zostają wreszcie zmieceni przez katastrofę kosmiczną - ku zadowoleniu poety i aby wypełniła się "marność nad marnościami" Eklezjasty - a wszystko opisane piórem, które się bawi. W innym jego poemacie - "Zabawa ludowa" - są karuzele, pary na trawie, zaśmiecone pustymi butelkami trawniki, huśtawki - i nagle niebo się chmurzy, deszcz zaczyna padać i to pochmurne niebo - w sposób będący tajemnicą kunsztu Delty - kojarzy się ze smutną eklogą Wergiliusza i ze szczekaniem karabinów maszynowych.

Najbardziej niezwykłym poematem Delty był "Bal u Salomona". Dlaczego król Salomon wydał bal? Dlaczego król Salomon żyje w dwudziestym wieku? Może to zresztą nie król Salomon, tylko Salomon po prostu? Dlaczego na salę wkraczają bezrobotni sprzedający motylki? Kto śpiewa pieśni perskie o Gulistanie, ogrodzie róż? Skąd nagle zjawiają się hordy policjantów i zaczynają tańczyć dzikie tańce? Nie warto troszczyć się o podobne pytania. Istnieje szczególna logika snu i tylko taki poeta jak Delta potrafi używać jej swobodnie. "The women come and go talking about Michelangelo" - pisał T.S. Eliot chcąc wyrazić nonsens. U Delty rozmowy toczące się na balu u Salomona są dźwignięte o stopień wyżej - w krainę majaczeń i "wiekuistego zwątpienia".

Tematyka poezji Delty była przygnębiająca. A jednak poezja jego - tu jeszcze jedna z wewnętrznych sprzeczności tego fenomenu - wolna była od smutku i rozpaczy. Przeciwnie, biła z niej potężna afirmacja życia. Każdym swoim słowem Delta pochwalał świat taki, jakim go widział: kłębowisko absurdalnych zabaw, dążeń, słów i walk. Kochał swoją fantasmagorię. Kochał karuzele, tańczące Cyganki, statki na Wiśle wypełnione tłumem w niedzielne poranki, żonę, do której pisał ody, koty śpiące na parapetach, kwitnące jabłonie. Był zwolennikiem entuzjazmu i radości samych w sobie, czegokolwiek dotknął, zmieniało się w widowisko pełne ruchu, barw i muzyki. Można powiedzieć, że tematy dla Delty były tylko pretekstem. Wysnuwał z siebie nić jak jedwabnik i owijał nią, cokolwiek napotkał na swej drodze. Był zdolny tworzyć pieśni i hymny na każdy temat.

Delta nigdy nie wykazywał skłonności politycznych. Swoje kpiny rozdzielał na równi pomiędzy zwalczające się ugrupowania. Dlatego z pewnym zdumieniem przyjęto nawrócenie się Delty - stało się to bodaj w r. 1937 - na skrajnie prawicowy nacjonalizm. Redaktor wielkiego prawicowego tygodnika długo zabiegał o pozyskanie Delty. Wreszcie mu się to udało i wiersze Delty zaczęły się ukazywać na łamach pisma, które niejako kupiło go na wyłączną własność. Pismo to miało kierunek antysemicki. Jego duży nakład był wynikiem szerzenia się nastrojów nacjonalistycznych w naszym kraju, "ruchu" znajdującego zwolenników szczególnie wśród młodzieży. Podobne "ruchy" pojawiały się wtedy we wszystkich krajach Europy, przykład Włoch i Niemiec był zaraźliwy. Liberalna publiczność z niedowierzeniem przyjmowała nową fazę wybryków Delty: wielbił maszerujące kolumny "falangi", prorokował w wierszach i artykułach "noc długich noży" - nową noc św. Bartłomieja dla Żydów, liberałów i lewicy. A jednak fakt był oczywisty - takie utwory pojawiały się, były podpisane nazwiskiem Delty i nosiły wszelkie znamiona jego talentu.

Dlaczego Delta tak pisał? Sprawy rasowe były mu najzupełniej obojętne. Miał wielu przyjaciół wśród Żydów i tego samego dnia, kiedy ukazywały się jego rasistowskie wypowiedzi, przychodził do tych przyjaciół (oczywiście bywał wtedy pijany) i padając przed nimi na kolana, oświadczał im swoją miłość i prosił o przebaczenie. Przyczyny jego związku z prawicą trzeba szukać nie w jego politycznych upodobaniach. Delta, bufon i trubadur, nie był pozbawiony profesjonalnych zasad. Swoją profesję poety traktował z szacunkiem - ten szacunek nie rozciągał się jednak na to, o czym pisał i co głosił. Jak i dla kogo - to było ważne. Do ezoterycznych szkół literackich, którymi interesowało się jedynie małe grono smakoszów, odnosił się z pogardą. Poetów, których wiersze były zrozumiałe tylko dla nielicznych intelektualistów, wyśmiewał. Samotne rozmyślanie z piórem w ręku w czterech ścianach pokoju, bez nadziei znalezienia czytelników, nie było dla niego. Lutnia w ręku i tłum wielbicieli - oto czego pragnął, jak pragnęli dawni pieśniarze i poeci. Trudno o lepszy przykład pisarza buntującego się przeciwko izolacji intelektualisty w dwudziestym wieku niż Delta. Tenor, który znalazłby się na bezludnej wyspie, cierpiałby równie jak Delta, gdyby musiał publikować w małych magazynach czytywanych tylko przez snobów. Jego wrogość do Żydów (bo nie był od niej wolny) nie miała wcale tła rasowego: ograniczał ją do Żydów-pisarzy, którzy szczególnie byli skłonni do celebrowania "walorów" i "smaczków" literackich. Był to konflikt Delty z literacką kawiarnią. Z tej kawiarni szukał ucieczki. Poza tym Delta, jak się rzekło, był zwolennikiem entuzjazmu. Tłum maszerował. Tłum wywijał laskami: zdrowie, siła, pierwotność, wielka zabawa ludowa. Gdzie idą moi czytelnicy, tam idę ja, czego chcą moi czytelnicy, to im daję - stwierdzał Delta każdym swoim wierszem. Ponieważ "ruch" nacjonalistyczny zaczynał przybierać masowe rozmiary, Delta chciał kroczyć razem z masą. Z dumą opowiadał o tysiącach młodych ludzi, którzy umieją na pamięć jego wiersze. Duma jego nie była nie usprawiedliwiona: "awangarda", którą interesowali się tylko nieliczni, nie rozporządzała tak obszerną skalą środków artystycznych jak Delta. Wreszcie zważmy, że Delta potrzebował, aby istnieć, mecenasa - mecenas musiał go zmuszać do pisania, walczyć z jego pijaństwem, jednym słowem - sprawować nad nim kontrolę i opiekę.

Wybuchła wojna. Delta został zmobilizowany. Jego jednostka, w której był szeregowcem, stacjonowała we wschodniej Polsce, na granicy Związku Radzieckiego. Kiedy Armia Czerwona ruszyła na przyjazne spotkanie armii niemieckiej, Delta dostał się do niewoli rosyjskiej. Pewną ilość rozbrojonych żołnierzy polskich Armia Czerwona oddawała Niemcom. W ten sposób Delta stał się niemieckim jeńcem wojennym i został odesłany w głąb Rzeszy do jednego ze stalagów. Spędził tam pięć i pół roku. Używano go, jak innych jeńców, do różnych robót, przeważnie rolnych - jeńcy wojenni byli wypożyczani niemieckim bauerom. Kwalifikacje Delty do pracy fizycznej były wątpliwe. Trudno nawet wyobrazić sobie człowieka mniej przygotowanego do trybu życia, w którym najważniejszym i niemal nierozwiązalnym problemem było napełnianie sobie żołądka. Jednak przetrwał - dziwaczny błazen dworski w łachmanach, z łopatą, recytujący Horacego. Myślę, że pewną pomocą było mu to, że płynnie mówił po niemiecku.

Tymczasem w Warszawie panował terror: smutne były owoce nacjonalistycznej gorączki w Europie. Ci, którzy jeszcze niedawno skłonni byli patrzeć na Niemcy jako na wzór, teraz stali się ściganą zwierzyną, ginęli przed plutonami egzekucyjnymi i w koncentracyjnych obozach. Redaktor prawicowego pisma, który występował jako mecenas Delty, stał się jednym z najbardziej czynnych działaczy podziemia. Był to fanatyk patriotyzmu. Został mi w pamięci tak, jak go widziałem po raz ostatni w kawiarni, która równocześnie była siedzibą jego tajnej grupy i tajnego pisma, które wydawał. Jego chuda żydowska twarz podminowana była zaciekłością (jak wielu antysemitów w naszym kraju był pół-Żydem), oczy paliły się gorączkowo, z zaciśniętych ust wydobywały się słowa wezwań do natychmiastowego działania. Wkrótce potem gestapo wpadło na trop jego organizacji. Cały personel kawiarni - który składał się z najbliższych jego współpracowników - został aresztowany, sam redaktor dłuższy czas przebywał w więzieniu w Warszawie, zanim samochód ciężarowy wypełniony uzbrojonymi po zęby żandarmami nie zabrał go na ostatnią przejażdżkę. Został rozstrzelany w lesie pod Warszawą: piasek, sosny i słowa komendy. Była to zresztą dobrotliwa forma śmierci. Gorzej byłoby, gdyby redaktor podzielił losy trzymilionowej masy żydowskiej w Polsce, do której jako pół-Żyd mógłby być zaliczony. Znalazłby się w getcie, które zostało utworzone w Warszawie w r. 1940 rozkazem władz okupacyjnych. Stamtąd zapewne wysłano by go, jak innych, do komory gazowej.

"Ruch" nacjonalistyczny, maszerujące kolumny, podniecony tłum! Przegrana kampania r. 1939 obróciła to wszystko wniwecz, w gorzkie wspomnienie ludzkiego obłędu. Nazi wprowadzali w życie program antysemicki, ale już nie jako bojkot żydowskich sklepów czy turbowanie żydowskich przekupniów - ani jako literackie spory Delty. O tragedii getta warszawskiego, której byłem naocznym świadkiem, pisać mi trudno. Pisałem o niej wtedy, kiedy się odbywała. Obraz płonącego getta jest zbyt zrośnięty ze wszystkimi przeżyciami mego dojrzałego wieku, abym mógł mówić o tym spokojnie. O jednym tylko chciałbym tu opowiedzieć. Zdarza mi się często, że siedząc na tarasie paryskiej kawiarni czy idąc ulicami wielkiego miasta ulegam szczególnej obsesji. Patrzę na przechodzące kobiety: bujne włosy, podniesione dumnie podbródki, wysmukłe szyje, których linie budzą zachwyt i pożądanie - i wtedy pojawia mi się przed oczami zawsze ta sama dziewczyna żydowska. Miała pewnie ze dwadzieścia lat. Jej ciało było rozrośnięte, wspaniałe, radosne. Biegła ulicą z podniesionymi rękami, z piersią wysuniętą naprzód; krzyczała rozdzierającym krzykiem: " Nie! Nie! Nie!" Konieczność umierania była dla niej niepojęta: ta konieczność umierania przychodząca z zewnątrz, nie mająca żadnego wspólnictwa, żadnego przygotowania w jej ciele, które było stworzone do miłości. Kule pistoletów automatycznych S S dosięgły ją w tym krzyku protestu.

Ta chwila, kiedy kule zanurzają się w ciało, jest chwilą zdumienia organizmu. Trwają przez sekundę życie i śmierć równocześnie, zanim na bruku zostanie krwawy łachman w agonii, który esesman kopnie nogą. Dziewczyna nie była pierwszą i nie była ostatnią spośród milionów ludzkich istnień, których życie zostało przerwane nagle, w fazie rozkwitu żywotnych sił. Jednak upór, z jakim ten obraz powraca - i zawsze wtedy, kiedy sam czuję w sobie upojenie pięknem przebywania wśród ludzi - powoduje pewne rozważania. Jest to chyba sprawa sięgająca do tej samej sfery, do której należą zbiorowe orgie seksualne prymitywnych plemion: sprawa zastępczości przedmiotu pożądania albo poczucia wspólnoty, tożsamości wszystkich kobiet i mężczyzn, której monogamia nie może dać ujścia. Inaczej mówiąc, jest to podstawa miłości do ludzkiego gatunku: ta miłość chyba jest niemożliwa do pojęcia, jeżeli patrząc na tłum roześmianych kobiet nie przywołuje się tej dziewczyny żydowskiej jako jednej z nich, jako tożsamej i wciąż obecnej. Jednym z najpiękniejszych wierszy Delty, napisanych o jego pobycie w Niemczech, jest wiersz na śmierć młodej wenecjanki aresztowanej i deportowanej do Rzeszy. I jest to wiersz erotyczny: wenecjanka występuje w nim nie jako indywidualna, ta właśnie dziewczyna, ale jako piękno młodzieńczości, jako urok piersi, ramion, rąk, bioder zniszczonych przez śmierć.

Delta w 1945 r., razem z tłumami takich jak on niewolników, witał oddziały brytyjskie. Na terenie, gdzie przebywał, działały również jednostki polskiej armii Londynu: spotkanie, pijaństwo, pieśni. Wysuszywszy tamtejsze źródła pieniędzy i alkoholu, Delta wyruszył do Francji. Był to okres powszechnej wędrówki - znów jak ongiś w Polsce 1939 roku. Cała Europa była w podróży, miliony przymusowych robotników, więźniów i jeńców wracały do swoich krajów, inne miliony uciekały czy były wyrzucane ze swojej rodzinnej ziemi. Delta wszędzie spotykał wielką liczbę Polaków. Pisał wiersze patriotyczne i antyrosyjskie, które dobrze trafiały w powszechne namiętności. Od przeróżnych komitetów emigracyjnych wyduszał pieniądze. Jego przedwojenni wielbiciele cieszyli się, że przeżył i starali się zrobić dla niego, co było można.

Stopniowo jednak pobyt w Paryżu i Brukseli przestawał mu się podobać. Możliwości druku były nieduże, publiczność rozproszona po różnych krajach, coraz mniej też było pieniędzy. Delta czuł, że zmienia się w zwyczajnego ubogiego uchodźcę, na którego bufonady - i w zachowaniu się, i wierszach - nikt już nie zwraca uwagi. Ponura, gorzka emigracja, pustka i smak klęski. Gdzież była masa ludzka, w kontakcie z którą można odzyskać entuzjazm marszu? Masa ta była w rodzinnym kraju. Tam też była żona Delty, która przetrwała pięć i pół lat niemieckiej okupacji pracując jako kelnerka w warszawskich lokalach. Czytając pisma przychodzące z Polski Delta przekonywał się, że kurs był tam liberalny i że tam dopiero otwierało się dla niego pole działania. Wysłannicy rządu w. Warszawie zapewniali go, że zostanie dobrze przyjęty i że nie będzie mu się pamiętać jego przedwojennych prawicowych błędów.

Powrót jego do Polski odbył się z towarzyszeniem wszelkich przepisowych skandali: Delta od portu (przyjechał statkiem) był w stanie alkoholicznej i patriotycznej euforii; wysyłał z każdej stacji kolejowej depesze do żony. Kiedy wreszcie zjawił się w Krakowie (dokąd żona przedostała się po zniszczeniu Warszawy) w towarzystwie przyjaciółki, którą przywiózł z Brukseli, żona natychmiast zastosowała ostre represje i przyjaciółkę wyrzuciła za drzwi. Żona Delty była drobna, szczupła i czarnowłosa, miała orientalny typ urody: z lekka garbaty, wydatny nos, czarne oczy; lubiła nosić na pięknych rękach błyszczące bransolety. Pochodziła z rodziny gruzińskich emigrantów; wyglądała jak kaukaska Madonna. Była bierna i samicza, ale nie pozbawiona zmysłu do interesów i daru trzymania męża w ręku.

Powrót Delty był wygodny dla tych, którzy rządzili literaturą - i propagandą. Należało w tym okresie wykorzystać uczucia patriotyczne, a nawet podniecać szowinizm; była to silna karta do wygrania: wyzwolenie, "suwerenność", flagi narodowe, nienawiść do Niemców. Delta był poetą popularnym, znanym jako zwolennik prawicy - to zwiększało jego walor. Taki poeta dla rządowych pism stanowił znacznie lepszy nabytek niż wielu zbyt gorliwych lewicowców.

Delta zawsze potrzebował mecenasa. Teraz znalazł wreszcie mecenasa naprawdę hojnego: państwo. Cokolwiek teraz napisał, przynosiło mu obfite dochody. Jego pióro było zaiste złote: każdy ruch piórem na papierze - Delta pisał wielkimi zdobnymi literami na długich rulonach papieru - przymnażał mu większych niż kiedykolwiek dawniej korzyści. Entuzjazm słów, bez którego Delcie trudno było egzystować, również znajdował teraz dobre zastosowanie. Nie było już "falangi" ani podnieconego przeciwko mniejszościom narodowym tłumu. Ale była odbudowa kraju, którą pochwalili wszyscy, i było zaspokojenie pychy narodowej przez uzyskanie terytoriów na Zachodzie, które należały poprzednio do Niemiec. Tych elementów należało użyć w propagandzie, przy ich pomocy zwalczając powszechną nienawiść do narzuconego z zewnątrz rządu. Wiersze Delty były zawsze, z natury, pogodne, niezależnie od tego, co opisywał. To już było dobrze. Napełniał je teraz treścią optymistyczną: obrazami odbudowy i szczęśliwej przyszłości - to było jeszcze lepiej. Ponieważ nie miał żadnego kłopotu z wynajdywaniem dobrze płacących pism, Delta szalał: poematy, wiersze satyryczne, humorystyczne utwory prozą, dialogi wychodziły z jego warsztatu nieprzerwanym potokiem. Jedno z pism stworzyło dla niego stałą rubrykę, w której umieszczał co tydzień "sztuki teatralne": były to krótkie scenki "najmniejszego teatru świata", któremu nadał nazwę "Zielonej Gęsi". W żadnym innym języku nie zdarzyło mi się czytać równie czystego absurdu; bohaterami "Zielonej Gęsi" byli ludzie, zwierzęta i przedmioty; czytelnicy, asystując tym cotygodniowym przedstawieniom kabaretu Delty, wstydzili się trochę upodobania, jakie znajdowali w tych dziwactwach, ale pismo kupowali skwapliwie.

Jego działalność stanowiła przedmiot sporów. Ci, którzy chcieli się uważać za "pewnych" i ci, którzy poważnie traktowali swój marksizm, oburzali się: jak można - mówili - pozwalać temu błaznowi na brewerie, których miejsce byłoby raczej w kawiarni egzystencjalistów w Paryżu? Jest to oszalały drobnomieszczanin. Drukować na pierwszych stronach pism jego poematy, pozwalać mu na karierę? Ale każdy pamięta jego przeszłość, kiedy był antysemitą i kiedy swoich kolegów z lewicy straszył "nocą długich noży"! Teraz nikomu nie dzieje się tak wspaniale jak jemu. Czyż to nie jest odrażające?

Doświadczeni członkowie Partii uspokajali podnieconych purytanów, z pobłażliwym uśmiechem odnosząc się do ich naiwności. Delta jest potrzebny i użyteczny - na tym etapie. Ma on wielu zwolenników. Drukując go wszędzie, stwarza się atmosferę patriotyczną - patrzcie, nawet prawica i katolicy są z nami. Zaspokaja się przy tym pragnienia czytelników; nie są oni jeszcze przygotowani do poważnej, rozsądnej literatury. Wszystko to jest grą do czasu. W odpowiedniej chwili ukręci się Delcie łeb.

Kiedy w Polsce nastąpiło przejście od powściągliwego uwielbienia dla Rosji do jawnego bałwochwalstwa, Delta nie dawał się nikomu wyprzedzić. Pisał o bohaterstwie sowieckich żołnierzy, o wdzięczności, jaką dla Rosjan powinien czuć każdy Polak, o Leninie, o komsomolskiej młodzieży. Był jak najbardziej "na linii". Jako ceniony pisarz otrzymał wizę sowiecką i spędził pewien czas w Moskwie. Przysyłał stamtąd entuzjastyczne korespondencje wierszem i prozą. W jednej z nich stwierdzał, że wszystko w Moskwie jest wspaniałe, ma jej tylko jedno do zarzucenia: jest ona zbyt podobna do Taorminy, bo je się w niej równie dużo pomarańcz jak na Sycylii, a on, Delta, pomarańcz nie lubi.

Korespondencje z Moskwy doprowadziły purytanów do stanu wrzenia. Wiedzieli oni, że Moskwa jest miastem raczej odrażającym i ponurym. Zachwyty Delty nosiły wszelkie cechy wyszukanego szyderstwa. Zdawały się one mówić: "żąda się ode mnie, żebym chwalił, dobrze, będę tak chwalił, że bokiem wam wylezie". Niełatwo jednak byłoby odgadnąć, jakie były naprawdę jego intencje. Nie należał do ludzi, co do których da się stwierdzić, że kłamią czy też mówią prawdę. Normalne kryteria były wobec niego bezsilne. Poruszał się w innym wymiarze. Można go było porównać do prestidigitatora, który w każdej chwili wyciągnie dowolną ilość królików ze swego cylindra, i to królików dowolnego koloru. Nie troszczył się o zgodność swoich fantazji z rzeczywistością. Cokolwiek pisał, przekształcało się w operę buffo, stała przesada jako środek artystyczny odbierała tematom powagę. Ani kpił, ani mówił prawdę: robił sztuczki, uprawiał sztukę dla sztuki.

Delta nigdy nie był "poważny". Jak wiadomo, jest to podstawowe wymaganie socjalistycznego realizmu. Po zjazdach pisarzy, na których czynniki kompetentne proklamowały socjalistyczny realizm jako jedynie dopuszczalną metodę twórczą, zwolennicy powagi rozpoczęli akcję przeciwko Delcie, pewni już teraz, że będą mogli na nim się odegrać. Poddając analizie jego poezję dowodzili, że cały jego stosunek do świata polega na igraniu. Delta kiedyś, przed wojną, napisał "Elegię na śmierć motyla przejechanego przez samochód ciężarowy". Pomimo długiego tytułu elegia składała się z czterech linijek i kończyła się wnioskiem, że taki los słusznie spotkał motyla za jego lekkomyślność. Teraz sam znalazł się pod kołami samochodu. Zaczynała się epoka surowości i precyzji. Delta umiał pisać na każdy temat - o Madonnie, o marszu nacjonalistów, o Leninie i Moskwie. Wystarczyło, że książę, który go utrzymywał, zażądał od niego usług. Ten zewnętrzny bodziec nie przesądzał jednak bynajmniej o braku spontaniczności w wierszach Delty. Odznaczały się one wielką exuberance - choć, trzeba przyznać, i Madonna, i nacjonalistyczne wiece, i Lenin, i Moskwa stawały się w nich czymś szczególnym i mało rzeczywistym, rodzajem teatru w obłokach. Teraz natomiast wyraźnie postawiono hasło "walki ze spontanicznością procesu twórczego" - co znaczyło, że nie wystarczyło już pisać na wskazane tematy; trzeba było pisać we wskazany sposób.

Delta chciał służyć księciu. Aby istnieć jako poeta, potrzebował dobrotliwego księcia, który bawi się i rozumie, że ani jego rządy, ani nic na niebie i na ziemi nie zasługuje na to, żeby tym się zanadto przejmować, i że pieśń - półpoważna, półdrwiąca - jest ważniejsza. Takich książąt nie ma już od dawna. Książę, w którego mocy był Delta, tolerował go przez pewien czas, nie dlatego bynajmniej, że podobały mu się jego pieśni; pieśń jest tylko środkiem do osiągnięcia celu. Książę zmarszczył brwi gniewnie, kiedy pieśni Delty przestały mu się opłacać. Redakcje otrzymały instrukcje, aby drukować tylko te wiersze Delty, w których wykaże wyraźną poprawę. Purytanie zatarli ręce: nareszcie ukręcono Delcie kark. Mógł próbować jeszcze, ale - wiedzieli to - poprawić się nie umiał. Pozbawione dawniej exuberance jego wiersze nie różniłyby się już niczym od wypocin dziesiątków podrzędnych poetów.

Wkroczył więc w krainę żywych cieni, których używano do czasu, dopóki były potrzebne. W gospodarce socjalistycznej nic nie powinno ginąć. Ci, którzy spełnili swoją rolę, znajdą dosyć pracy na miarę swoich umiejętności. Delcie zapewniono egzystencję: państwowy dom wydawniczy zamówił u niego tłumaczenie sztuk Szekspira.

W parę lat po tym upadku na Deltę spłynęła znów łaska. Zorganizowano w Warszawie dyskusję nad jego twórczością, gdyż, jak się wyraził jeden z urzędników, taki "gejzer poezji" nie powinien pozostać nie wykorzystany. Wyrok tego sądu nad przewinami był, jak to łatwo odgadnąć, ustalony z góry. Delta miał wykazać teraz czynnie, czy dojrzał do ostatecznej poprawy. I Delta natychmiast ogłosił kilka gorliwych, "poważnych" poematów. Znów jest więc na powierzchni - i zapewne, jak poprzednio, znów tylko do czasu.





Czesław Miłosz - Zniewolony Umysł
(ALFA - CZYLI MORALISTA, BETA - CZYLI NIESZCZĘŚLIWY KOCHANEK)