...To sprawa fantastyczna, mroczna sprawa współczesna, w stylu naszego stulecia, kiedy się ludzkie serce zmąciło; kiedy się szermuje frazesem, że krew "odświeża", kiedy się głosi życie ułatwione. Mamy tutaj książkowe rojenia, mamy tutaj serce rozjątrzone teorią; widoczne tu jest zdecydowanie się na pierwszy krok, ale zdecydowanie się osobliwego autoramentu: człowiek się zdecydował, ale tak jakby runął z wysokiej góry, jakby spadł z dzwonnicy; poszedł popełnić zbrodnię jakby nie na własnych nogach. Zapomniał przymknąć drzwi za sobą, a zabił; dwie osoby zabił - dla teorii. Zabił, a pieniędzy wziąć nie potrafił, co zaś zdążył porwać, to ukrył pod kamieniem. Nie dość mu było, że zniósł katusze, kiedy siedział za drzwiami, a do drzwi się dobijali, targali za dzwonek; nie, on potem, wpółprzytomny, idzie do pustego już mieszkania, żeby przypomnieć sobie ten dzwonek, żeby raz jeszcze doświadczyć lodowatych dreszczy wzdłuż kręgosłupa... Pewno, można to ostatecznie tłumaczyć chorobą, lecz mamy i coś lepszego: zabił, a poczytuje siebie za człowieka uczciwego, gardzi ludźmi, paraduje jak biały anioł...
*** Fiodor Dostojewski - Bracia Karamazow - DIABEŁ. ZMORA IWANA FIODOROWICZA
... - Doprawdy, gniewasz się na mnie za to, że nie nawiedziłem cię w czerwonej aureoli, "grzmiąc i błyskając", z osmolonymi skrzydłami, a właśnie zjawiłem się w tak skromnej postaci. Jesteś dotknięty, po pierwsze, w swoim uczuciu estetycznym, a po drugie, w ambicji: jak do tak wielkiego człowieka mógł przyjść taki pospolity diabeł? Nie, w tobie jednak płynie ta romantyczna struga, którą tak wyśmiewał już Bieliński. Cóż robić, młodzieńcze! Ot, zamierzałem, wybierając się do ciebie, zjawić się dla żartu w postaci dymisjonowanego rzeczywistego radcy stanu, który służył na Kaukazie, ma gwiazdę Lwa i Słońca na fraku, ale bałem się naprawdę, że mnie pobijesz za to tylko, że śmiałem przypiąć Lwa i Słońce, a nie przyczepiłem przynajmniej Gwiazdy Polarnej lub Syriusza. A ty wciąż swoje, że jestem głupi.
*** Fiodor Dostojewski - Bracia Karamazow - Legenda o wielkim inkwizytorze
...Czyż natura ludzka tak została stworzona, żeby odrzucić możliwość cudu i w takich strasznych momentach życiowych, momentach zasadniczych, najpoważniejszych i najtrudniejszych duchowych wyborów być zdaną jedynie na decyzje wolnego serca? Tak, wiedziałeś, że Twój bohaterski czyn zostanie utrwalony w księgach, że dotrze w głąb wieków i do ostatnich krańców ziemi, żywiłeś tę nadzieję, że naśladując Ciebie człowiek również zostanie z Bogiem, że nie wybierze, nie będzie domagał się cudu. Nie wiedziałeś natomiast, że ledwo tylko człowiek odrzuci cud, odrzuci też natychmiast Boga, ludzie bowiem szukają nie tyle Boga, ile cudów. A ponieważ człowiek nie jest w stanie obejść się bez cudów, bardzo szybko stworzy sobie nowe, już własne cudowności i zacznie im pokłon oddawać: wierzyć w cudowną moc znachorów czy umiejętności wiejskich czarownic, i to chociażby nie wiem jakim był buntownikiem, heretykiem czy bezbożnikiem.
*** Stanisław Cat Mackiewicz - Dostojewski
...Dostojewski czyta swoich Biednych ludzi Grigorowiczowi, także literatowi, swemu byłemu koledze ze szkoły inżynierów, z którym obecnie mieszka razem w jednym mieszkaniu. Teraz następują rozkosze pierwszego tryumfu. Grigorowicz jest zachwycony, biegnie do poety Niekrasowa i u Niekrasowa wobec kilku osób odczytuje rękopis Dostojewskiego. Wszyscy są zachwyceni, olśnieni. Grigorowicz przybiegł do Niekrasowa wieczorem, teraz jest już późna noc, koniec maja czy początek czerwca, czyli że noc jest biała, czytać w pokoju można nie zapalając światła. Grigorowicz powiada: "Dobrych uczynków nie należy odkładać, chodźmy zaraz powinszować Dostojewskiemu." Niekrasow Dostojewskiego nie zna, lecz wraz z Grigorowiczem idą do niego, budzą go, a gdy zmieszany, zdziwiony, zaskoczony siada na łóżku, winszują mu arcydzieła. Potem Niekrasow poszedł do domu, Grigorowicz do łóżka, ale Dostojewski za to wstał z łóżka i długo, długo, do samego ranka chodził po pokoju od ściany do ściany. Przeżywał chwilę powinszowań - od pierwszych słów swoich gości, od chwili, w której zrozumiał, o co chodzi, aż do wyjścia Niekrasowa z pokoju. Gdy kończył to sobie wspominać, to zaczynał od początku. Już dzwoniły na ulicach różne dzwonki, już hałasował ruch uliczny, darli się przekupnie, rozpoczynał się skwar, a Dostojewski wciąż chodził, nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia.
*** Bohdan Urbankowski - "Dostojewski - dramat humanizmów"
...Strachow:
"Podłości pociągały go i przechwalał się nimi. Opowiadał mi Wiskowatow, że chwalił mu się, iż (...) w łaźni maleńką dziewczynkę, którą przyprowadziła mu guwernantka. Charakterystyczne jest przy tym, że przy zwierzęcej pożądliwości nie miał żadnego gustu, nieczuły był na powab i piękno kobiecości."
Grigorowicz:
"...był kiedyś na procesie o zgwałcenie 10-letniego dziecka. Po rozprawie poszedł za dziewczynką - zdziwiony jej dziecinną dorosłością i tym, że wraca sama - zwabił ją do siebie cukierkami i odbył z nią stosunek..."
Fariesow:
"... zwierzał mi się, że uwiódł guwernantkę i namówił ją do przyprowadzenia uczennicy, którą także..."
*** JÓZEF SMAGA - "FIODOR DOSTOJEWSKI - ŻYCIE I TWÓRCZOŚĆ"
...Polskiego czytelnika nieprzyjemnie uderza niechęć Dostojewskiego do naszego narodu. Rzecz należy widzieć w szerszym kontekście, bowiem o "kwestii polskiej" można tu mówić z podobnym uzasadnieniem jak o francuskiej, niemieckiej, angielskiej czy żydowskiej. Niechęć autora Biesów do innych nacji jest konsekwencją bezgranicznej miłości, jaką obdarzył własny naród. Była to miłość absolutna i niepodzielna, dlatego dla innych pozostała najwyżej obojętność, najczęściej jednak - agresywna antypatia. Szczególnie drastyczna jest jego antypatia do Niemców, poświadczona listami z zagranicy, widoczna również w Zbrodni i karze, gdzie wszystkie Niemki (Gertruda Resslich, Amalia Lippewechsel, Daria Francewna, Luiza Iwanowna) to albo osoby już z racji swego narodowego "obciążenia" tępe i głupie, albo bezwzględne, przebiegłe i zdemoralizowane. Niemiec, Niemka to tradycyjnie symbol głupoty, chciwości i arogancji.
*** Natalia Modzelewska - Pisarz i miłość
...Wróćmy do wspomnień pani Awdotii: "W naszym kółku należało wystrzegać się młodych literatów, tych bezlitosnych szyderców, Dostojewski zaś jakby naumyślnie prowokował ich swoją popędliwością i pychą, już samym tonem dając do zrozumienia, jak dalece góruje nad nimi talentem. No i wzięli go na języki... Zwłaszcza Turgieniew umiał wciągać Dostojewskiego do polemiki i doprowadzać do pasji, tak że ten tracił panowanie nad sobą i zaczynał wygadywać bzdurne opinie, które kpiarz potem z lubością rozpowiadał. Dostojewski zrobił się straszliwie podejrzliwy, bo pewien jego przyjaciel powtarzał mu wszystko, co pod jego nieobecność mówiono u nas o nim i o jego powieści... Dostojewski zaczął każdego posądzać, że zazdrości mu talentu, w słowach najzupełniej niewinnych dopatrywał się chęci ubliżania jemu i jego powieści. Przychodził do nas już rozjątrzony, czepiał się każdej okazji, by wylać na swoich krzywdzicieli całą złość, która go zatruwała. Ci z kolei, zamiast okazać wyrozumiałość dla człowieka chorego, przewrażliwionego - wyszydzali go, doprowadzając tym do jeszcze gorszego rozjątrzenia."
*** Ryszard Przybylski - Dostojewski i "przeklęte problemy"
...Za lojalność wobec racjonalistycznej etyki Dostojewski płacił posądzeniem o sceptycyzm religijny. Płacił zresztą chętnie. Tak bardzo zależało mu bowiem na ukazaniu "ciemnych ścieżek'' etyki laickiej, moralności bez Boga. I jeśli prawosławny pozytyw Dostojewskiego łatwo powitać dziś wyrozumiałym uśmiechem, to trudno przejść bez niepokoju i przerażenia obok racjonalistycznego systemu etycznego Raskolnikowa. Zbyt bliski jest on moralności współczesnego dwudziestowiecznego człowieka zarówno tam, gdzie zniewala celnym teoretycznym argumentem, jak też i tam, gdzie ociera się o zbrodnię. Raskolnikow zapoczątkował bowiem epokę "laickiego tragizmu", który stał się jednym z głównych problemów literatury naszego stulecia. W końcu przecież dla wierzących bez wahania w prawdę Objawienia "rachunek Raskolnikowa" nie stanowi istotnego zagadnienia. Jest on udręką ludzi, dla których etyka jest tylko i wyłącznie sprawą rozumu. Dlatego powieść ta stała się księgą rozpaczy dopiero dla tych pokoleń, które zrozumiały i odcierpiały antynomie systemu moralnego bez Boga. I wszystko wskazuje na to, że nadal w każdej epoce powieść ta burzyć będzie naiwne przekonanie, iż laicka etyka jest systemem prostym, radosnym, nie obarczonym ciężarem rozdartych sumień i "przeklętych problemów".
MICKIEWICZ
*** Roman Kaleta - O Ksawerze Deybel
...pamiętnikarska notatka Seweryna Goszczyńskiego z dnia 21 VII 1858 r.: "Wczoraj słyszałem od Łąckiego, że Ksawera (Deybel, a dziś Mainardowa) pisała do Władysława Mickiewicza w tej treści: »Mąż mój jest bez miejsca, jesteśmy w niedostatku, mamy troje dzieci, żądam od ciebie 2000 fr. na wychowanie dziecka twojego ojca«.
Miała ona to dziecię w r. 1847 i rozpuszczono, że ojcem był Mickiewicz; to pewna, że jakiś czas chowało się w domu Mickiewicza"...
*** Bohdan Urbankowski - Xawera czyli Poeta w szponach "demonicznej Żydówki"
...20 maja 1848, pod nieobecność poety, odbyło się zebranie Koła, o którym Chodźko doniósł Mickiewiczowi do Rzymu. Podczas tego zebrania Towiański, rzucał klątwy i groźby na działalność Mickiewicza we Włoszech - Xawera zarzucona takimiż klątwami i groźbami nakłaniana była do wyjścia za mąż za brata Iwanowskiego. Konrad Górski, który pisze o tych scenach w pracy "Mickiewicz - Towiański", komentuje rzecz następująco:
Dochodzimy tu do najprzykrzejszej karty w życiorysie Mickiewicza osłanianej milczeniem przez wielu historyków literatury, rozgłoszonej przez Boya. Chodzi o potomstwo, które Mickiewicz miał spłodzić z Xawerą. Do poszlak, które by ograniczały owe potomstwo do jednej córki, jeszcze wrócimy, a na razie wyprowadźmy jeszcze jeden hipotetyczny wniosek: Xawera widocznie oczekiwała wtedy dziecka, a Towiański dla uniknięcia skandalu kompromitującego grono jego wyznawców, pragnął to dziecko zalegalizować, wydając ją za mąż za Iwanowskiego.
*** Bohdan Urbankowski - Czy Towiański był szpiegiem?
...Przesłane (8/20 stycznia 1842) do szefa III Wydziału wyjaśnienie Mikołaja Kisielowa, charge d'affaires ambasady w Paryżu (nawiasem mówiąc, przyjaciela Mickiewicza z Petersburga), zaskakuje dość lekkim potraktowaniem sprawy. Wynika z niego, iż ambasada została już wcześniej powiadomiona o działalności Towiańskiego, ale nie uważano, by fakty graniczące z obłędem warte były, by zaprzątać nimi uwagę Ministra Imperium.
*** Manula Kalicka - Mickiewicz Adam nie odmawiał
Polityka - 2009-12-19
...Całą tę włoską sielankę zakłóca wybuch powstania listopadowego. Wieszcz narodowy powinien walczyć. Mickiewicz chce niby jechać do powstania. Jedzie. Długo. Zwiedzając po drodze, oglądając kaskady, podziwiając Rafaela. Dojeżdża. Ale nie do Polski - do Paryża. I znowu niby jedzie, jednak jakoś bez przekonania. Ciągle coś mu przeszkadza... To ma wieźć broń, to chcą mu jakąś misję powierzyć. Może zatrzymują, by go ocalić? Nie wiemy. W końcu jednak rusza. Dojeżdża do Wielkiego Księstwa Poznańskiego - ale właśnie zamknięto granice tak szczelnie, że ani się przedostać. Próbuje, ale bez rezultatu. Czekając na zmianę sytuacji, wędruje po okolicznych dworach, wszędzie witany, fetowany. Spotyka się ze swoim bratem, rannym w powstaniu, i uwodzi kobiety. Wiele kobiet. Najważniejszą z nich była Konstancja Łubieńska, bardzo piękna, oczywiście mężatka, matka pięciorga dzieci, kobieta niewątpliwie z klasą. Konstancja zakochuje się, chce rzucać męża, z dużym trudem udaje się jej to wyperswadować. Jak ślicznie napisał o tym Łubieński: "Łubieńska chciała dla niego poświęcić wszystko, on nie miał nic dla niej do poświęcenia poza sobą. A siebie było mu trochę szkoda...".
*** Jan Walc - Architekt arki - IMPERIUM KONTRATAKUJE
...I oto ów romantyczny kochanek, który w swojej przedrosyjskiej karierze zdołał raz zakochać się nieszczęśliwie i raz uwieść żonę prowincjonalnego doktora, zanudzoną na śmierć kowieńską codziennością, ląduje z wyroku Nowosilcowa w samym środku odeskiego karnawału. O najgłośniejszej kochance Mickiewicza z tego okresu tak pisze Ksawery Pruszyński: Może więcej znaczyło, że była Rzewuska de domo, wnuczka hetmana targowickiego, siostra Henryka Rzewuskiego, niebawem autora "Listopada" i "Pamiątek Soplicy", no i pani Hańskiej, słynnej pani Hańskiej, w której miał zakochać się aż do ślubu Balzac. Rzewuscy byli w starej Polsce arystokracją najbłękitniejszą, magnaterią całą gębą, wobec których wszelakie hrabiny Sobańskie, nie mówiąc już o Puttkamerowych i zgoła nie wspominając o zacnych Wereszczakach, miały się jak sroki do pawi.
*** Joanna Siedlecka - Jaśnie panicz (młodość Witolda Gombrowicza)
...Wymyślali sobie od ciemnych sług i jaśnie panów. A bywało - rzucała w niego poduszką albo czymś, co akurat wpadło pod rękę. Gonił ją wtedy, gdy złapał - bili się, szarpali, kuksali. Choć powtarzał zawsze, że gdy sługa podniesie rękę na swego pana - ręka jej uschnie, pan natomiast straci przez to dotknięcie swoją błękitną krew. Przepadnie jego wyższość. Pobili się na przykład, gdy wyszło na jaw, że czekoladki, którymi ją poczęstował, okazały się środkiem przeczyszczającym! I żeby to jeszcze zachował się tak tylko wobec niej. Nie ukrywał jednak, że poczęstował nimi znajome panienki od Platerówny, z którymi wybrał się na spacer do Ogrodu Saskiego. Doszły tylko do Placu Piłsudskiego...
*** Agnieszka Stawiarska - Życie uczuciowo-erotyczne Witolda Gombrowicza
...W wyznaniu Gombrowicza uczynionym w Testamencie uderzają słowa: "dziewki najniższej kategorii - ale nie prostytutki". Co to oznacza? Prawdopodobnie to, że bohaterkami przygodnych "spięć" były kobiety brzydkie, nieatrakcyjne. Tylko ich się nie bał. Obsesja na punkcie brzydoty fizycznej pojawia się z ogromną częstotliwością w jego utworach. Katasia z Kosmosu - kobieta ze zdeformowaną wargą, jest chyba najbardziej uderzającym przykładem. Kępiński przytacza we wspomnieniach opowieść przyjaciela o erotycznej przygodzie w ziemiańskim dworze z jakąś panienką brzydką, a nawet odrażającą.
Motyw rozpaczliwego, pokątnego uwodzenia "sług do wszystkiego", które zresztą z reguły nie dochodzi do skutku, stał się kanwą młodzieńczego opowiadania Na kuchennych schodach. Bohater tego opowiadania, Filip, jest wytwornym urzędnikiem MSZ, subtelnym i słabym młodzieńcem. Ponieważ wstydzi się swych dziwnych skłonności, żeni się z kobietą "stanowiącą zupełne antidotum sługi". Ale obcując z nią, ma wrażenie, że przebywa stale we "wrogiej, oziębłej krainie". Sługi zaś wzruszają go swą naturalnością, abnegacją, zwierzęcą prostotą. "Idzie, poruszając siedzeniem, stawia niemrawo grube, krótkie łydy, gołe w lecie, a zimą w grubej, białej, bawełnianej pończosze". Filip ma ogromne trudności z nawiązaniem z nimi kontaktu. Budzi nieufność, "prymitywną dumę" albo wręcz wesołość prostych kobiet - jest bowiem lękliwy i nerwowy. "Musiało być we mnie coś podjudzającego, co działało jak czerwona płachta na ich organ śmiechu".
Nieodgadnioną wciąż zagadką jest kwestia, co WG robił przez pierwsze lata w Argentynie, z czego żył? Podobno głodował... Kilka lat później dostał posadę w banku, jeszcze później nabył maszynę do wyrobu plastikowych duperelków - wytwarzał figurki Jezusa i Maryji, i z tego żył. Ale jak żył w Argentynie zaraz po 1939?
Odpowiedź daje nam książka Reinaldo Arenasa "Zanim zapadnie noc. Autobiografia" wydana w Polsce w 2004. W polskiej wersji książki czytamy, iż dwaj emigranci Virgilio i Witold: zostali przyjaciółmi i kompanami w podrywie i przygodach erotycznych.
Na tym kończą się, w polskim wydaniu aluzje w kwestii erotycznych przygód Gombrowicza w Argentynie. W wydaniu angielskim książki Arenasa jednak czytamy: Gombrowicz, jak powiadał Virgilio, był wtedy bardzo przystojny; żeby przeżyć, został męską prostytutką w buenosajreńskich łaźniach, gdzie pozwalał się pieprzyć za parę groszy.
I dalej: Wedle Virgilia jego polski przyjaciel trafił kiedyś na Argentyńczyka z ogromnym penisem; człowiek ów zapłacił z góry i zdecydowanie chciał Witolda wypieprzyć - i tak oczywiście zrobił. Ale, mówił Virgilio, uszkodził odbyt Gombrowicza w takim stopniu, że Witold wrócił do domu bardzo krwawiąc. Virgilio napełnił wannę ciepłą wodą, rozebrał przyjaciela, i pomógł mu wejść do wanny, żeby złagodzić ból. Jak twierdził Virgilio, Gombrowicz spędził w wannie dwa dni, aż jego rana zaczęła się goić.
Reżyser Franco de Peńa twierdził, że wśród argentyńskich przyjaciół WG krążyła pogłoska o zbiorowym gwałcie, jakiego ofiarą padł nasz pisarz na wycieczce w portowej dzielnicy...
Najbardziej znanym w kulturze polskiej przykładem cenzurowania relacji i dokumentów jest działalność syna wielkiego Adama - Władysława Mickiewicza. Wyśmiewane przez Boya brązownictwo dotyczyło jednak Wieszcza, architekta narodowej arki. Aż tu nagle, po ponad 100 latach podobne cenzorskie zabiegi zastosowano wobec pisarza ciężko pracującego całe życie by ową arkę zdekonstruować. Wieszcz czy anty-Wieszcz, każdy Wielki staje się w Polsce Mistrzem Wielkim Polskim Geniuszem Gombrowiczem Głośnym z "Transatlantyku", którym można się pochwalić całemu światu. Casus biografii Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego, która została zaatakowana przez przedstawicieli pokolenia gombrowiczowskiego, ludzi wychowanych na książkach WG dowodzi, że reguły rządzące polską mentalnością pozostają równie archaiczne jak w wieku XIX.
Trzeba wskazać palcem - za ocenzurowanie drastycznego akapitu z książki Arenasa odpowiada tłumaczka Urszula Kropiwiec i wydawnictwo Świat Literacki. Ciekawe jednak, co by było, gdyby i tłumaczka i wydawnictwo zaryzykowało publikację drastycznego fragmentu? Zapewne odbyłby się zwykły seans potępienia, może nawet sam arcybiskup Życiński rozkwiczałby się moralnie: nikczemny atak, haniebna podłość, łajdacka nikczemność, obyczajowa dzika lustracja w wykonaniu ludzi małych itd. itp.
Nie ma chyba drugiego kraju, gdzie istniałaby taka przepaść między tym co publiczne a tym co prywatne.
*** Magdalena Miecznicka - Wzajemne nienawiści pisarzy
Dziennik - 11 kwietnia 2009
...Za komuny nienawiści o podłożu politycznym były tłumione nie przez dobry obyczaj, lecz zwyczajnie przez cenzurę. Stanisław Dygat pozostawał w bliskiej przyjaźni z Tadeuszem Konwickim, z którym codziennie wymieniał złośliwości na temat kolegów, których oceniał jako koniunkturalistów. Siłą rzeczy uwagi te nie mogły mieć szerszej publiczności. Co prawda, jak się później okazało, miały - bo spisywali je panowie z SB, która podsłuchiwała pisarzy. Oto próbki z wypowiedzi Dygata przytoczone przez Joannę Siedlecką w książce "Kryptonim »Liryka«. Bezpieka wobec literatów": "Iwaszkiewicz i Andrzejewski są nie tylko świadectwem rozpaczliwie niskiego poziomu literatury, ale też myślenia w tym kraju", "Cenzura zabroniła oddania »Miazgi« do druku. Bardzo słusznie, bo to jedna wielka grafomania", "Kisiel to cymbał, grafoman bez odrobiny talentu, a w muzyce jeszcze gorszy", "Adolf Rudnicki to grafoman, zarozumialec, dostał się do literatury tylko dzięki partii i rządowi", no i jeszcze: "Kazimierz Kutz jest cwaniakiem i karierowiczem". "Ale i ich zażyłość została narażona na szwank przez »Kalendarz i klepsydrę«, w której to książce Konwicki przedstawił zachwycający, lecz złośliwy portret przyjaciela. Dygat się obraził i już się nie odzywał" - wspomina Jerzy Pilch.
*** Bohdan Korzeniewski - Książki i ludzie
...Z upływem wielu lat nie zatarło się we mnie uczucie żałości, jakiego wówczas doznałem. Nie było ono ani litością, która się rodzi na widok cudzego upośledzenia, a więc i własnej wyższości, ani nawet zwyczajną ludzką solidarnością we wspólnej niedoli. Z mojej żałości, dokuczliwej jak tępy ból, przebijało zdumienie, że los dla wielu ludzi na ziemi bywa zawsze jednakowo bezlitosny. Nie chce zelżyć swojej srogiej ręki nawet wtedy, kiedy zmienia się historia. Zastępuje bowiem jednych ciemiężycieli innymi. Jeszcze bardziej pozbawionymi miłosierdzia.
*** Jarosław Iwaszkiewicz - Dzienniki 1911-1955
...Wczoraj przy kolacji w hotelu Moskwa mieliśmy kłopot. Chociaż nie było jeszcze późno, nic już w kuchni nie było z potraw widniejących na karcie. Władysław G. upierał się, żeby dostać antrykot, ale antrykotu nie było. Kelner powiedział nam, że jest tylko antrykot z kury. Kazaliśmy sobie więc dać po antrykocie.
Czekaliśmy dość długo. Po chwili takiego czekania towarzysz W. powiedział:
- Ciekawy jestem, jak może wyglądać antrykot z kury? Jak można zrobić antrykot z kury? To musi być bardzo małe?
Na tym opowiadanie powinno się skończyć. Wróciwszy do numeru hotelowego, chciałem tylko zanotować w dzienniku:
"Kto nie wie, jak wygląda antrykot z kury, nie może rządzić państwem".
Ale po namyśle powstrzymałem się. To byłoby zbyt snobistyczne. Wydawałoby [się], że jest w tym pogarda dla nowych ludzi, ale tu bynajmniej pogardy nie ma.
Niezwykły incydent z antrykotem czyli z: mięsem z kością z przedniej górnej części tuszy wołowej lub cielęcej; płat tego mięsa; także: surowy lub smażony kawałek tego mięsa.
Iwaszkiewicz funkcjonuje latami w systemie stalinowskim jako urzędowy literat, pomija milczeniem represje, tortury. Pierwszym wpisem w "Dzienniku" kiedy dystansuje się do PRL jest scena z antrykotem. Dygnitarz komunistyczny nie wie, co to antrykot z kury! Jakże to bolesne dla Iwachy!!!
Przypadek Iwaszkiewicza to dziwaczne połączenie wyrafinowania artystycznego z instynktownym konformizmem, przekonaniem, iż rolą artysty jest znalezienie "mecenasa", kimkolwiek by on był. Przed wojną służba dla sanacji, po wojnie PRL-owi. W świetle "Dziennika" zupełnie śmieszne są miłoszowe dywagacje o "heglowskim ukąszeniu". Tu mamy po prostu wygodne życie, wdzięczność za wysokie nakłady, za wyjazdy zagraniczne, za wreszcie zaspokojoną pychę pisarską...
*** Iwaszkiewicz - Artysta, działacz, pan
...O dorobku i postawie Iwaszkiewicza dyskutowali na łamach marcowego numeru paryskiej "Kultury" Konstanty Jeleński i Gustaw Herling-Grudziński. Obaj zgodzili się co do roli Stawiska w czasie okupacji, ale później już się różnili. Jeleński w tym dwugłosie Iwaszkiewicza bronił, Herling raczej atakował, wspominał na przykład, jak to Iwaszkiewicz "na jakimś penklubowym kongresie, jeszcze w czasach stalinizmu; natychmiast po przywitaniu oświadczył w obecności pozostałych członków delegacji polskiej, że widywanie się ze mną jest niedopuszczalne". Z ust Herlinga padały określenia, które przylgnęły do Iwaszkiewicza na długo: "serwilizm", "naturalny instynkt dworzanina", "filozofia mandaryna". Herling wyjaśniał, na czym miałby polegać "naturalny instynkt dworzanina": "zasmakował stopniowo w swoich tytułach, dostojeństwach i godnościach, [...] z dumą obnosił swoje ordery, [...] przechwalał się, iż Gierek zabrał go ze sobą do Breżniewa". W sumie więc rola Iwaszkiewicza, tak to oceniał Herling, polegała na "użyczeniu pewnego kulturalnego splendoru nowemu ustrojowi".
*** MAŁGORZATA SZEJNERT - Sława i Infamia - ROZMOWA Z BOHDANEM KORZENIEWSKIM - cz. 1
...Pod koniec 1940 roku zaczęły docierać do Warszawy te straszne wieści o "Heimkehrze". Donoszono mi, że na Kurpiach, w Myszyńcu i koło Myszyńca, dzieją się jakieś dziwne rzeczy, że pojawiły się tam oddziały wojska polskiego i polska policja w pełnym uzbrojeniu. Że te oddziały napadają na polskie wsie, łapią mieszkańców, strzelają do nich, biją na oczach rodzin, wpychają do eleganckich samochodów wojskowych i wywożą w nieznanym kierunku. I że to się filmuje. Tak, strzelano, podpalano, bito. Wszystko to było prawdziwe. Robiono w ten sposób film propagandowy służący Niemcom. To były sekwencje ukazujące okrucieństwo Polaków wobec Niemców wołyńskich. Statyści byli darmowi i nie wiedzieli nawet, że są statystami. Akcja filmu toczyła się w 1939 roku. Miała odpowiednio usposabiać do Polaków Niemców przebywających w Polsce. Zaangażowano bardzo dobrą austriacką aktorkę Paulę Wessely. Dano jej rolę anielskiej córki niemieckiego lekarza, społecznika, który leczy chłopów za darmo. Dobrzy, bezinteresowni, serdeczni ludzie. Ale burmistrz wołyńskiego miasteczka urządza prowokację, podburzona ludność napada na dom dobroczyńcy, kamienuje, przyjeżdża polska policja, następują rozprawy z poczciwą ludnością niemiecką, dantejskie sceny. Biedaczka Wessely czołga się po podłodze i widzimy podkuty but wymierzony w jej twarz. Naprawdę straszne jest jednak to, że ten but tkwi na nodze polskiego aktora, Józefa Kondrata, który zaangażował się do tego filmu.
*** MAŁGORZATA SZEJNERT - Sława i Infamia - ROZMOWA Z BOHDANEM KORZENIEWSKIM - cz. 2
...W Narodowym szło od lat "Wesele" w reżyserii Hanuszkiewicza. W roli Żyda występował Janusz Kłosiński, dobry aktor, którego lubiłem. Karny członek partii. Więc kiedy władze potrzebowały aktora, który poparłby w telewizji decyzję o stanie wojennym, zaproponowały to jemu. Zgodził się, nie przewidział, że skazuje się na śmierć aktorską. Gdyby dopisała mu wyobraźnia, pewnie by tego nie zrobił, bo lubił grać. Więc był tym karczmarzem w "Weselu". Niewielka rola, bardzo dla publiczności niewygodna. Widownia wyraźnie się obawiała, że manifestacja przeciw aktorowi, który gra Żyda, może być wzięta za antysemityzm. A po różnych polskich doświadczeniach nikt tego nie chciał. Czułem fizycznie ten moment wahania. Ktoś się jednak zdecydował i zaklaskał, przełamując to zawieszenie. Kłosiński zmartwiał. Był ledwie przytomny. Zagłuszono go całkowicie. Spotkaliśmy się oczami. Siedziałem bardzo blisko, w drugim rzędzie.
*** Komedianci. Rzecz o bojkocie
...- I to przy okazji tego spektaklu wydarzyło się coś, czego dawniej w teatrach nie było. Wyklaskiwanie. U Ciebie było po raz pierwszy - to też historia. Wiem, że miało to swoją drugą stronę medalu. Czy nie można było jakoś tego aktora ochronić?
- Wszyscy, cały zespół, mieliśmy taki odruch, bo to było okrutne. Cały zespół z tyłu sceny, bo "Wesele" szło na obrotówce i widzieliśmy, jak przy tym morderczym klaskaniu, wraz z Bogu ducha winnym Janczarem w roli Czepca, wykrzykiwali swoje kwestie coraz głośniej. Kiedy dobrnęli do końca, Janczar, nieprzytomny, uciekł za kulisy, a Kłosiński został i... czekał na drugie wejście. Zobaczyłem jego twarz i przestraszyłem się. Był blady jak trup i twarz mu się dosłownie rozeszła. W odruchu obronnym zaproponowałem, że następne wejście opuścimy. Ale on powiedział: "Nie, jestem zawodowcem". I wszedł znów pod pręgierz, a kiedy zszedł, podałem mu rękę, choć, oczywiście nie pochwalałem jego wypowiedzi w telewizji. Nie wiem, czy to zauważył, był nieprzytomny. A gdyby umarł? Jako aktor umarł właśnie wtedy i nie raz myślałem, że ten człowiek zapłacił niewspółmierną cenę.
*** Fałszywy mag świątyni teatru - rozmowa z Krystianem Lupą (Jerzy Grotowski)
Dziennik - 4 kwietnia 2009
...Kiedy studiowałem w łódzkiej filmówce, mój przyjaciel opowiedział o swoich wrażeniach ze spotkania z Grotowskim podczas jakiejś dyskusji otwartej. Po powrocie z Indii wszedł właśnie w swój okres hipisowski. Mówił bardzo cicho, w zgodzie z manierą najbardziej zaawansowanych i wykształconych hipisowskich guru. Ten antyekspresyjny sposób bycia miał oddziaływać na publiczność następująco: jeśli pragniesz się czegoś dowiedzieć, weź to sam ze mnie. To po co w ogóle rozmowa? Uściśnijmy sobie ręce, dotknijmy się, pozbądźmy się wzajemnych podejrzeń. Moja nieufność wobec Grotowskiego zaczęła się, jak widać, od motywów powierzchownych. Przeszkadzał mi ów wielki wysiłek, jaki wkładał w kreowanie swojego image’u. Grotowski nigdy mnie nie przekonywał jako człowiek. Bodaj w filmie "Pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki" widziałem zapis jego wypowiedzi. Paląc papierosa, opowiadał o swojej metodzie. Była to ekspresja kogoś skupionego bardziej na sobie niż na swoich myślach. Mało tego, odczuwałem jakąś pogardliwą wrogość do potencjalnego adresata, ton kogoś "obsesyjnie niedocenionego", ton w jakim wypowiadamy zdanie: "Czy pan wie, kto ja jestem?".
*** Jerzy STUHR - Grotowski i apostołowie
...Ryszard Cieślak wziął grupę po mnie i prowadził jakieś zajęcia. Po pół roku mogłem przyjechać. Spotykam tę moją grupę, chcę kontynuować przerwane zajęcia. Patrzę na nich, a to jest piętnaście kompletnie rozregulowanych osobowości. Z jednej strony, mają zalążki podstaw, jakie im dałem - najprostszych kroków, logiki każdego gestu - a z drugiej - widać, że osiągnęli pseudowyzwolenie wewnętrzne - w dziewięćdziesięciu procentach ocierające się o histerię sceniczną i skrajny ekshibicjonizm. Byli jak rozregulowane zegarki, które coś pokazują, mają jakiś mechanizm, ale pozbawione są dyscypliny. Pytam się: "Dzieci, co wyście robili?". Oni: "Cudowne rzeczy na łące, z miednicą z winem na środku". Ryszard kazał im całą noc leżeć na golasa na trawie, a na środku postawił miednicę z winem. Całą noc mieli się czołgać do tej miednicy, żeby się punktualnie o piątej rano razem napić. Zgranie tego wszystkiego wymagało niemałego wysiłku i precyzji. Łąka miała 600-700 metrów.
*** Eustachy Rylski - ARINA TIMOFIEJEWNA
...Noc w lesie nie musi być miła, trzeba gdzieś przycupnąć. Jermołaj zaproponował niedaleki młyn. Pokazał się parobek, zawołał gospodarza. Młynarz, mężczyzna wielki, brzuchaty, o byczym karku i dłoniach jak bochny chleba, najstraszniejszy rodzaj rosyjskiego chama, wolny chłop, który się dorobił, proponuje nocleg w chacie. Pan wybiera bróg nad rzeką, prosi o słomę, jedzenie, samowar. Zjawia się żona młynarza Arina Timofiejewna, już nie młoda jak na tamte czasy, tuż po trzydziestce, wysoka, szczupła, krucha, zgrabna ze śladami wielkiej urody na wschodniej twarzy. Jermołaj ją zagaduje o to, o tamto, czy wódki by nie wyniosła, ogórków, kiszonych rydzów. Arina spełnia prośbę, a potem przysiada na wiązce słomy, opiera łokcie na kolanach, ujmuje twarz w dłonie i zastyga w smutku i wzniosłości. Zadaje pytania, odpowiada, jest spokojna, uprzejma, oględna, pogodzona z losem i ze sobą samą, absolutnie samotna wobec wsi, męża, młyna, Rosji i tych dwóch przypadkowych wędrowców, którzy o świcie odejdą.
*** Maksym Gorki - Moje uniwersytety
...Filolog ów czytał książki nawet na ulicy: idzie chodnikiem, zasłoni twarz książką i potrąca ludzi. Zwalony z nóg przez tyfus głodowy, leżąc w gorączce na poddaszu, krzyczał:
- W moralności powinny być harmonijnie stopione elementy wolności i przymusu - harmonijnie, har-har-harm...
Wrażliwy, na wpół chory wskutek chronicznego niedojadania, wyczerpany uporczywym poszukiwaniem niewzruszonej prawdy, nie miał żadnej radości życia prócz czytania książek i kiedy wydawało mi się, że pogodził sprzeczności dwóch tęgich umysłów, jego miłe, ciemne oczy zapalały się dziecinnym, szczęśliwym uśmiechem. W jakieś dziesięć lat od czasu mojego pobytu w Kazaniu spotkałem go w Charkowie; po powrocie z Kemu, gdzie przebywał pięć lat na zesłaniu, znów studiował na uniwersytecie. Wydawało mi się, że żyje on w mrowisku sprzecznych myśli; pożerany przez gruźlicę, próbował pogodzić Nietzschego z Marksem; chwytając mnie za ręce zimnymi, lepkimi palcami, pluł krwią i charczał:
- Nie sposób żyć bez syntezy!
Umarł w tramwaju w drodze na uniwersytet.
*** NINA BERBEROWA - Maksym Gorki
...Już pierwszego wieczoru spędzonego u Gorkiego zrozumiałam, że ten człowiek należy do innej części inteligencji niż ludzie, których znałam dotychczas.
Czy lubi Gogola? Hmm, tak, oczywiście... ale lubi także Jełpatiewskiego - obu uważa za "realistów" i dlatego obaj są porównywalni i można jednego z nich przedkładać nad drugiego. Czy lubi Dostojewskiego? Nie, nienawidzi Dostojewskiego. Powiedział mi to pierwszego wieczoru naszej znajomości i powtarzał potem wielokrotnie.
- Czy pani czytała Ogurcowa? - zapytał mnie też wtedy. Nie, nie czytałam Ogurcowa. Oczy mu zwilgotniały: wiele się podówczas po Ogurcowie spodziewał. Tajemniczego Ogurcowa nigdy nie przeczytałam.
LITERACKIE POKOLENIE "bruLionu"
dziś prawie nikt o tym zjawisku nie pamięta, ale wydaje mi się, że warto przypomnieć, albowiem wynikają pewne istotne konkluzje:
dla MEDIÓW - podatne są one na różne "kulturalne" mody i potrafią je rozdmuchać do niepojętych rozmiarów. Kto dziś bowiem pamięta, że poeci Świetlicki i Podsiadło byli nadzieją na nowych Skamandrytów Polski lat 90-tych?
dla Młodocianych Twórców - lubią oni kreować swą twórczość na zasadzie skandalu i pławią się w blasku fleszy. Ale po paru latach mocno są zdumieni wegetacją na śmietniku, co budzi w nich jakże słuszną frustrację i przekonanie o spiskowej teorii dziejów. Oj pani Masłowska, trzeba uważać !
*** Krzysztof Varga i Paweł Dunin-Wąsowicz - "Parnas Bis. Słownik literatury polskiej urodzonej po 1960 roku"
Gazeta Wyborcza - 1995.11.10
...To życie w bruździe, wymykanie się rozpoznaniom krytycznym i ocenom, jest jednym z powodów, dla których bardzo trudno jest porównać dokonania młodej literatury z twórczością pisarzy starszych generacji. Ale pytanie, czy lepsza jest Gretkowska czy Andrzejewski (albo jeszcze lepiej, bo i takie pytanie mi kiedyś postawiono: Świetlicki czy Szekspir) jest absurdalne także z jeszcze jednego powodu. Otóż, jak dotąd, pokolenie "bruLionu" nie ujawniło ambicji na nieśmiertelność (a publiczne oświadczenie jednej z młodych pisarek, że należy jej się Nobel, do dziś jest przedmiotem żartów wśród rówieśników).
Czyżby Manuela taka ambitna?
*** Fragmenty książki Jarosława Klejnockiego i Jerzego Sosnowskiego "Chwilowe zawieszenie broni. Zarys twórczości tzw. pokolenia "bruLionu" (1986-1996)"
Gazeta Wyborcza - 1996.16.10
Opisany jest tu kontekst wystąpienia "bruLionu" - potworne znudzenie Obywatelską Troską, jaką wykazywać musieli artyści w latach 80-tych. "bruLionowcy" mieli być powtórką tych, co wiosną nie Polskę, lecz wiosnę ujrzeli.
DYSKUSJA O LITERATURZE LAT 90-tych
*** MARIAN STALA - "Coś się skończyło, nic się nie chce zacząć"
Tygodnik Powszechny, nr 2/2000
...Dzisiejsze rozczarowanie nową poezją jest (a raczej: powinno być) faktem równie zastanawiającym, jak euforia sprzed paru lat. Wskazuje ono, iż w odczuciu wielu czytelników poeci urodzeni w latach sześćdziesiątych nie zdołali zrealizować swego zasadniczego celu, nie potrafili unieważnić dokonań swoich poprzedników i nadać swemu własnemu stylowi (swym własnym stylom) piętna czegoś koniecznego, dominującego, nie dającego się ominąć...
*** JULIAN KORNHAUSER - "Po festiwalu złudzeń"
Tygodnik Powszechny, nr 4/2000
...Wszechwładny kult młodości, tak zrozumiały pod koniec epoki realnego socjalizmu i na początku nowej drogi, stawał się glejtem do sławy. Nie koniec na tym. Wiatr w żagle poczuli także krytycy. Jak nigdy do tej pory, niemal zaraz po starcie zapowiadaczy nowego, zaczęły ukazywać się książki analizujące i interpretujące ich zbiory wierszy i powieści. Powstało ponad dwadzieścia takich minisyntez. Świadczyłoby to o przełomowym znaczeniu nowej literatury. Ale przecież tak nie jest.
*** JAROSŁAW KLEJNOCKI - "Pejzaż z Wisielcem"
Tygodnik Powszechny, nr 6/2000
...Zamiast życia - życie na niby (choć wygodne i w miarę dostatnie). Zamiast niepokoju - poczucie bezpieczeństwa. Życie literackie i życie literatury zamienia się tymczasem w grę. Zawsze oczywiście było nią w pewnym stopniu. Ale teraz pozostaje już tylko gra.
>> bruLion <<
subiektywny wybór paru tekstów
Coś do śmiechu, czyli jak się robiło literaturę w PRL-u a konkretnie - Orientację Poetycką "Hybrydy"
*** Wojciech Wencel - Gdzie są chłopcy z tamtych lat?
Nowe Państwo
...W latach 70. Koperski i Waśkiewicz życzliwie śledzili "wstępowanie" kolejnego "pokolenia" literatów - tak zwanej Nowej Prywatności - znów raczej nieobecnego w historii literatury, choć środki użyte do jego promocji były ogromne. Wiele miejsca poświęcały nowej literaturze pisma Student i Nowy Medyk (wkładka Młoda Sztuka ). Ukazywały się Okolice - miesięcznik Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy, wydawany przez ZSMP z myślą głównie o literatach ze wsi i małych miasteczek. Waśkiewicz zasłynął jako wydawca serii opasłych antologii Debiuty poetyckie , której kolejne tomy ukazywały się co roku, gromadząc po dwa wiersze wszystkich debiutantów minionych dwunastu miesięcy, a także ich wypowiedzi w ankiecie Czy debiut zmienił moją sytuację literacką? Wkrótce też Orientację zastąpiło pismo o równie atrakcyjnym tytule Integracje. W każdym jego numerze drukowano utwory kilkudziesięciu poetów, z którymi redaktorzy-animatorzy współtworzyli w późnym Peerelu zamknięty obieg czytelniczy: kolejnych "młodych" gorąco namawiano do kupowania za zaliczeniem pocztowym wszystkich możliwych publikacji specjalizujących się w wydawaniu Integracji i dzieł ZSMP-owskich twórców Młodzieżowej Agencji Wydawniczej.
*** Książki i ludzie - rozmowy Barbary N. Łopieńskiej
... - Lubiła Pani Gombrowicza?
- On nie był do lubienia. Myśmy się przyjaźnili i żarli. Wśród garstki jego znajomych w Argentynie byłam jego chłopcem na posyłki. Dużo mi mówił o swojej wielkości, ale jakoś tam szło. Widywaliśmy się dwa razy w tygodniu. Kiedy wracałam z tego prania do domu, bardzo byłam zadowolona, że "Vitoldo" przychodzi. Krótko mówiąc, był jedną z rozrywek, ale też przyczyną zawracania głowy - ciągle chciał się z kimś procesować, trzeba było być świadkiem, ktoś go chciał bić albo on chciał bić kogoś. Przychodził do mnie i mówił: idź do kuchni, a ja ci ukradnę parę książek. I kradł. Potem nie zostawiałam go samego w pokoju.
Rozmowy Barbary Łopieńskiej ukazywały się w miesięczniku "Res Publica Nowa" w latach 1994-1996. Zostały przedrukowane w książce, prócz jednej. Adam Michnik obraził się, jak Jarosław Kaczyński i stanowczo zabronił publikowania wywiadu ze sobą. Czemuż, ach czemuż? Odpowiedź na dole.
*** Pies na książki - z Adamem Michnikiem rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica Nowa - 1996
... - Jak to się stało, że ma pan tak strasznie dużo książek?
- Kupowałem, a sporo kradłem.
- Mówi pan, że nie można książki wyrzucić, a ukraść można?
- Nie można. To jest chamstwo. Ostatnie chamstwo. Ale ojciec mojej koleżanki był ministrem leśnictwa i przemysłu drzewnego i dostawał za darmo wszystko, co wychodziło. Część kradłem, a część wynosiłem. Kradłem to, co chciałem mieć, a wynosiłem na przykład wydawnictwa naukowo-techniczne i wymieniałem w księgarni książkę o smarach do parowozów na Hegla czy Kieniewicza.
*** Tadeusz Konwicki - Łabędzie
...Otóż pewien łabędź zakochał się w pewnej gęsi. Łabędź był państwowy i należał zapewne do ministra, a gęś, wstyd powiedzieć, była zwykła, wiejska, co najwyżej pegeerowska. Na domiar złego łabędź był żonaty i oboje z żoną stanowili jedyną parę właścicieli oraz mieszkańców stawu. Jak do tego doszło, że trafiła tam gęś, nie wiem. Może była w podróży służbowej, a może wlazła z ciekawości lub żeby się później przechwalać przed innymi gęsiami? Pewne jest tylko, że któregoś dnia zaczęła pływać po lśniącej powierzchni ministerialnego stawu. I w tym momencie, o tej godzinie narodził się wielki dramat.
*** RABINDRANATH TAGORE W WARSZAWIE - Wielkie przyjęcie w Polskiej Akademii Literatury
...Wielki piewca dżungli indyjskiej okazał się bardzo wesołym kompanem. Tagore chwalił bardzo wódki Baczewskiego oraz piwo grodziskie. Lekkie zdziwienie wywołało, że w pewnym momencie dr Szapiro w imieniu wielkiego piewcy zaproponował grę w trzy karty. Jest to podobno zwyczaj indyjski. Uproszono więc prezesa Grubera, aby zechciał zagrać partyjkę ze znakomitym gościem z kraju tygrysów i węży. Prawdziwą niespodzianką było, że nad ranem Tagore, tańcząc z sekretarką Polskiego Klubu Literackiego, Stellą Olgiert, odezwał się nagle po polsku: "Uj dziś, dziś" i zaczął przytupywać. I cóż się okazało? Jak wyjaśnił nam usłużny dr Szapiro, Tagore jako dziecko poznał w Indiach komiwojażera Rabinowicza, z którym bardzo się zaprzyjaźnił. Rabinowicz nauczył go po polsku i namówił, aby zechciał odwiedzić Syreni gród.
*** Gustaw Herling-Grudziński - Dziennik pisany nocą. 1971-1972
...W Marsa Matruh, dobrze znanym żołnierzom Brygady Karpackiej popełnił samobójstwo jedyny koń Beduina po śmierci swego pana: podczas choroby Beduina stróżował koło namiotu odmawiając żarcia, natychmiast po pochówku wbiegł na wierzchołek stromego wzgórza i skoczył w przepaść. W latach wojny, na pustyni irackiej, do rejonu zakwaterowania naszej baterii przyniesiono ledwo urodzonego szczeniaka, przypuszczalnie podrzutka z sąsiedniej osady arabskiej. Nie wiadomo było jak go karmić, aż wpadłem na pomysł przerobienia nakłutej prezerwatywy na smoczek, który napełnialiśmy rozcieńczonym słodkim mlekiem skondensowanym. Ja też, wprowadziwszy tym sposobem szczeniaka już od pieluszek na drogę życia świadomego, nadałem mu imię Żulik. Był uroczym pieskiem, rozpieszczaną przez wszystkich żołnierzy maskotą baterii. W Egipcie zabroniono nam go wziąć na statek idący do Włoch: jak oszalały kołował po oddalającym się nadbrzeżu portowym. W parę miesięcy później zjawił się w naszej baterii na przedpolach Monte Cassino. Po kampanii włoskiej odkomenderowano mnie do Rzymu; odtąd ojcował Żulikowi niepodzielnie plutonowy P., który zdaje się wyjechał z nim w końcu do Polski. Wyniosłem z wojny tylko dwie pamiątkowe fotografie: Żulika na masce "łazika" i Sosnkowskiego dekorującego mnie w Anconie. Obie straciłem w jakiejś karczemnej burdzie, piło się wtedy w Rzymie na umór.
*** Gustaw Herling-Grudziński - Dziennik pisany nocą. 1973-1979
...Przewieziono go do Bazylei 8 stycznia. Zanim do tego doszło, leżał w swoim turyńskim pokoju i pisywał nieczytelne karteczki. Sygnował je Cezar, Dionisos, Władca Świata. A także - Ukrzyżowany. W dniu wyjazdu stawiał opór, nie chciał rozstać się z "ukochanym" gospodarzem. Ubłagano go prezentem: szlafmycą pana Fino. I w tej szlafmycy jechał na turyński dworzec, jak błazen zbiegły z cyrku. W Bazylei, obawiając się publicznego skandalu na dworcu, wmówiono mu że jest podróżującym incognito księciem i musi przez tłum przejść w milczeniu z wagonu do karety.
W marcu umieszczono go w zakładzie dla chorych umysłowo w Jenie. Jego wypełniana codziennie karta kliniczna za okrągły rok, do marca 1890 roku, jest przejmująca w swej monotonii: zjadł własne ekskrementy, wypił własną urynę, wysmarował się własnymi ekskrementami, wybił szybę w oknie...
*** Aleksander Wat - Mój wiek
...Znowu jeden z punktów, który na pozór wydaje się, że powinien był odpychać od komunizmu, a który intelektualistów (mnie w tym wypadku, ale ja mówię zbiorowo, bo przykładów analogicznych mógłbym przytoczyć mnóstwo, aż po dzisiejsze czasy) niesłychanie fascynował i przyciągał. Mianowicie, całe to okrucieństwo. Cała ta krew przelana za rewolucji, ten straszny Pilniak. Ten Gołyj god. Ta dzicz, która wyszła na wierzch, to wszystko przemawiało za komunizmem. Bo skoro trzeba płacić tak straszną cenę... Ale wiesz, ta krew w abstrakcji, ta krew nie widziana, krew po drugiej stronie muru, jak pisze Pascal o tej stronie rzeki. Krew po tamtej stronie rzeki przelana - jak czysta i wielka musi być sprawa, dla której przelewa się tyle krwi, i to krwi niewinnej. To szalenie pociągało. Ta wielka cena rewolucji, która tu doprowadza liberałów, sowietologów. Któregoś dnia obudziłem się i wyszedłem z komunizmu - to daje pewien wgląd w psychologię intelektualną. Oczywiście, poza tym, że sprawa musi być bardzo wielka, skoro tyle niewinnej krwi się przelewa, skoro tyle ofiar... tu jest jeszcze jedna rzecz, bo zakłada milcząco, że kto przelewa? Nadzieja świata, ludzie, do których się ma najwyższe i bezwzględne zaufanie.
KIEŚLOWSKI, CZYLI NIC?
*** Jerzy Pilch - KONDUKT UPOJNY
...Idą, tupocą, krzyczą i śpiewają. A na czele w kiry spowity mistrz ceremonii Tadeusz Sobolewski kroczy. Kroczy Sobolewski posępnymi kroki, w żałobny tamburynek piachami zajadle wali, pioruny złowrogich spojrzeń śle obojętnemu narodowi, a głos jego dudni: W Moskwie retrospektywa twórczości jest? Jest. W Rzymie retrospektywa twórczości jest? Jest. W Nowym Jorku retrospektywa twórczości jest? Jest. A u nas? I wibruje to pytanie w białej jak sam żywioł wstydu ciszy. A u nas? O jasny gwint, a u nas Lary Flynt! - słychać głos przychodzącego do przytomności narodu. Ale i tak jest za późno, oni idą dalej, bo i tak by szli. Idą i go niosą. Są z nim.
*** FILIP ŁOBODZIŃSKI - KIEŚLOWSKI, CZYLI NIC
NEWSWEEK POLSKA - 10.04.2011
...Jednoznacznie ekstatyczne opinie na temat naszego reżysera zaczęły się w Polsce pojawiać masowo w ślad za laudacjami zagranicznych twórców tak różnych, jak Stanley Kubrick i Ouentin Tarantino. Gdy wznieśli hymny na cześć twórcy "Trzech kolorów", zawstydziliśmy się, że oto marnujemy talent na naszej zrodzony ziemi i dopiero świat musi go nam ukazać. Śmierć Kieślowskiego sprawiła, że głosy krytyczne przycichły. Tegoroczne publikacje i wydarzenia jubileuszowe dowodzą, że ucichły chyba na amen. Zamiast rozmowy o Kieślowskim mamy akademię pod pomnikiem i ekumeniczne rekolekcje wokół filmowego przesłania. Jakby rzecz dotyczyła papieża Jana Pawła II, skarbu narodowego, a nie artysty, który przemawia we własnym imieniu.
*** Adam Kożuchowski - Salonowy prosty człowiek - Mija sto lat od śmierci Lwa Tołstoja
Polityka - 2010-11-20
...Kiedy pisał swoje największe arcydzieła - "Wojnę i pokój" oraz "Annę Kareninę" - wiele elementów jego światopoglądu było już ukształtowanych. Już wtedy pisarz uważał za śmiesznych głupców polityków, uczonych i lekarzy, a otaczający ich szacunek za godny politowania, nowomodny przesąd. Jedni interpretatorzy jego twórczości pomijają te poglądy dyskretnym milczeniem, inni dopatrują się w nich humanistycznej głębi - oczywiście przy zastrzeżeniu, że nie należy ich brać dosłownie. Sam Tołstoj jednak tak właśnie je pojmował i był w tym tak konsekwentny, że z czasem nabrał gruntownej odrazy do wszystkiego poza pracą fizyczną i życiem "w zgodzie z naturą" - a więc także i do literatury. "Życie ludzi wykształconych i bogatych nie tylko stało się dla mnie odrażające, ale straciło wszelki sens. Jakże zazdrościłem chłopom ich braku wykształcenia, ich analfabetyzmu!" - wspominał swój duchowy przełom. Przez wiele lat nie pisał nic poza artykułami piętnującymi otaczającą go rzeczywistość i wzywającymi np. do pomagania głodującym chłopom oraz czytankami dla chłopskich dzieci w założonej przez siebie szkole. Odmawiał wartości wszelkiej sztuce, której celem było coś więcej niż szerzenie moralności - tak jak on sam ją pojmował - i która była choć trochę trudna w odbiorze. Chyba żadnemu z jego biografów nie udało się dociec, ile było w tym prowokacji, a ile szczerości.
*** TADEUSZ KLIMOWICZ - Pożar serca - 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach (Puszkin, Dostojewski, Tołstoj, Czechow)
...Pod koniec lat siedemdziesiątych Tołstoj osiąga najwyższy stopień wtajemniczenia - już wie, jak żyć. W przekładzie na prozę codzienności oznaczało to, iż "stał się nietowarzyski, ponury, drażliwy, często wszczynał z mamą spory o zupełne głupstwa; dawniej wesoły, pełen życia przewodnik i przyjaciel zmienił się w naszych oczach w surowego kaznodzieję i oskarżyciela". Wszystkie opisane przez syna objawy wskazują oczywiście na syndrom misjonarza, na który zapadają najczęściej twórcy (Dostojewski, Sołżenicyn) ogarnięci obsesją zbawienia ludzkości. Ich słowa i gesty ociekają patosem, nie mogą się zdobyć na spojrzenie z dystansu na świat i samych siebie, nie potrafią się uwolnić od - jak to powiedział Josif Brodski -"[...] konieczności traktowania serio otaczającej rzeczywistości [...]", obca im jest sztuka ironii i zwłaszcza jej siostry - autoironii.
Autor zwraca uwagę na niejasne motywacje kobiet wiążących się z artystami, pisarzami. Często ambicją owych pań jest wejście do "historii literatury" nie bramą tryumfalną, lecz boczną furtką. I są sukcesy np. Nadieżda Mandelsztam, której już nie sposób oddzielić od Osipa.
Mamy obecnie w Polsce dwie "wdowy narodowe", które chętnie korzystają z przywileju "wdowieństwa", rozpychają się łokciami, przecinają wstęgi, nawet w zastępstwie zmarłego piszą wstępy do książek. To oczywiście panie: Kapuścińska i Herbertowa. Obie za życia "drogich małżonków" pomiatane, teraz błyszczą w świetle fleszy.
Ktoś kiedyś złośliwie powiedział, że wdowy po artystach winno się palić na stosach pogrzebowych wraz z ciałami mężów...
*** Tadeusz Klimowicz - Przewodnik po współczesnej literaturze rosyjskiej i jej okolicach (1917-1996)
...Pewien reżyser został w 1964 r. aresztowany za to, że tańczył twista. Udało mu się uniknąć obozu, a w uzasadnieniu wyroku skazującego go na więzienie napisano: "Nie jesteśmy przeciwni nowoczesnym tańcom, ale są dwa sposoby ich tańczenia: zachodni i nasz, socjalistyczny". Ulubieniec tłumów, salonowy kontestator Jewgienij Jewtuszenko już nie musiał ukrywać swoich kosmopolitycznych ciągotek konfekcyjnych. Tak zapisał się w pamięci Wojciecha Żukrowskiego: "Kiedy Jewtuszenkę spotkałem w Libanie, nie mógł się powstrzymać, aby z młodzieńczą przechwałką nie oświadczyć, że ma na sobie wyłącznie zagraniczne ciuchy, począwszy od niemieckiego kapelusza ze sznureczkiem, po włoski płaszcz ortalionowy i paryskie buty", oraz petersburskiej poetki Jeleny Ignatowej (ur. 1947, od 1990 na emigracji, początkowo w Niemczech, a następnie w Izraelu): "Los zetknął mnie z Jewtuszenką w 1976 r. w CDL [Centralnyj dom litieratorow] na wieczorze poświęconym pamięci Nikołaja Rubcowa - poety, którego znałam. W sali wisiała ogromna jego fotografia, na której były dokładnie podretuszowane podarte buty Koli, nędzny płaszcz i nawet kapelusz wyglądał jak nowy. Pod fotografią w prezydium rozlokowali się luminarze literatury moskiewskiej. Z nimi było wszystko w porządku; ich teraz retuszować nie trzeba: są dobrze ubrani, odżywieni, fotogeniczni. Przewodniczył Jewgienij Jewtuszenko.
«Garnitur - tysiąc dolarów!» - szepnął mi jeden z poetów".
Sławomir Mrożek "Dziennik 1962-1969"
*** Roman Pawłowski - Kompleks polski
Gazeta Wyborcza - 2010-10-05
...Im gorzej idzie mu z własnym pisaniem, tym większą jego zawiść i wściekłość budzi twórczość innych. Hesse? Jest głupi z tym swoim "Wilkiem stepowym". "Fizycy" Dürrenmatta "przypominają suchą bułę, którą człowiek zjada i nie ma czym popić". "Zdarzenie w Vichy" Arthura Millera to "śmieć teatralny". Ionesco - grafomania i bełkot. Jego obsesją staje się Harold Pinter, brytyjski dramatopisarz i rówieśnik. Recenzja w londyńskim "Timesie", w której "Tango" porównano z "Powrotem do domu", nie daje mu spokoju. 12 listopada 1965 r. pisze niemal z płaczem: "Chciałbym pognębić Pintera, chciałbym mieć wielki sukces światowy". Marzy, "żeby tak za trzy tygodnie najdalej nową wielką sztuką w Pintera trzasnąć", i wyobraża sobie, pół żartem, pół serio, jak jego wielki rywal "w dalekim Londynie cały spłakany łamał pióro i ulegając mojej mocy, oddawał mi pierwszeństwo, a na Broadwayu już by się boksowali o prawa do moich utworów".
*** Andrzej Horubała - Żartowniś się nadyma
Rzeczpospolita - 26-10-2010
...Jak stać się mędrcem? Mrożek, zdając sobie sprawę, że startuje w tym wyścigu dość późno, postanawia nadąć się przez naczytanie. Rzuca się łapczywie na księgi wielkich myślicieli dawnych i nowych wieków, umieszcza w "Dzienniku" potężne wielostronicowe cytaty z mistrzów i stara się zrobić z nich element swego życia wewnętrznego. Opatruje je więc komentarzami, które mają uczynić z niego partnera największych: Nietzschego, Kierkegaarda, Junga, Sartre'a... Co z tego, że panowie ci nie korespondują w żaden sposób z problematyką wewnętrzną Mrożka, że to nie życie duchowe czy intelektualne twórcy "Tanga" popycha go do lektur, ale wyłącznie wola stania się klasykiem... Mrożek męczy i siebie, i - obecnie - czytelnika wielgaśnymi wypisami z często przebrzmiałych dzieł. Chce wielkości.
*** STANISŁAW ROSNOWSKI - Zapis niemocy - "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej
POLITYKA - 31 sierpnia 1996
...Wchodzi w życie "czytelnikowskie" ("Nie bez wstrętu i melancholii przejęłam tą rolę błazna demokracji" 12.12.46). Zawiść wobec Nałkowskiej, złośliwości wobec kolegów. Czuje wstręt do nawiedzonych propagandzistów literackich piszących peany na cześć Rosji. Zarazem - jak często w dziennikach - świat porusza się wokół egotyzmu autorki: "Nie jestem już dla nikogo ośrodkiem życia. Jeśli nie zdołam uratować się sama - nie pomoże mi już nikt na świecie" (21. 9.46). Rząd jest "załgany", ale zarazem "możliwe, że taki system jak obecnie przyniesie Polsce istotne korzyści. Możliwe, że Polska nie ma dziś lepszej szansy, że nie ma w ogóle innej szansy istnienia. Bywają takie chwile w życiu narodów. Ale po co udawać, że system jest inny?" (12.1.47). Nie znosi BBC, oburzona na "Zakazane piosenki". Wstrętem napawa ją przedwojenna elita na spotkaniu z Bierutem: "tłuste i zadowolone trupy zasiadły do wesołej biesiady życia na dymiącym jeszcze pobojowisku" (14.2.47). Niepohamowane poczucie, że Europa się kończy, że grozi eksterminacja, i że Polska jest w rękach Żydów. Ma pretensje, że nowe władze pielęgnują jedynie martyrologię żydowską, przykładem skandalicznie antypolska jej zdaniem pierwsza wersja "Ulicy Granicznej", w której Polacy są pokazani wyłącznie w roli niemieckich kolaborantów.
*** Mieczysław Sroka - SPRAWA STANISŁAWA BRZOZOWSKIEGO - dokumenty, relacje
...Czy jednak na owych złożonych w więzieniu zeznaniach kontakty Brzozowskiego z ochraną ustały? Przypuszczam, że nie. Trudno przyjąć, aby wytrawni "specjaliści" od szantażu psychologicznego nie chcieli wykorzystać nadarzającej im się okazji. Mieli oto przed sobą 19-letniego młodzieńca, który po wyjściu z więzienia postradał wszelkie nadzieje powrotu na uniwersytet; stracił korepetycje, z których siebie utrzymywał; wyrokiem sądu koleżeńskiego wydanego w czasie pobytu w więzieniu skazany został na 3-letnią banicję towarzyską i społeczną; w domu dogorywał na raka ojciec; despotyczna, o chorobliwym wprost sknerstwie matka niechętnym okiem patrzyła na "naukę w domu" starszego syna, na podejmowane przez niego wysiłki samokształcenia; dziedziczna gruźlica dawała: coraz bardziej niepokojąco znać o sobie, a brak paszportu uniemożliwiał przeniesienie się nawet pod Warszawę; gorące nadzieje na powrót do czynnego życia społecznego po upływie okresu banicji koleżeńskiej mogły zostać całkowicie przekreślone jedną poufnie przekazaną informacją o tym, co zaszło w cytadeli warszawskiej...
Nagromadzenie dowodów i poszlak świadczących przeciwko B. jest przytłaczające. Mimo licznych głosów kwestionujących istnienie archiwalnych dokumentów świadczących o agenturalności B. takie dowody niewątpliwie istnieją. Brak za to jakichkolwiek realnych dowodów świadczących o prowokacji ochrany przeciwko B. mającej go skompromitować. Jakimż to bowiem zagrożeniem dla Imperium Rosyjskiego miałby być B., co takiego w jego działalności pisarskiej miałoby uzasadniać długoletnie, kosztowne zapewne działania dezinformacyjne? Czy nie bardziej sensowne byłyby prowokacje przeciwko np. Piłsudskiemu? W tym czasie odpowiedzialni za bezpieczeństwo Imperium bardziej się przejmowali Organizacją Bojową PPS, niż mętnymi filozoficznymi dywagacjami nieszczęsnego polskiego literaciny.
Podstawowy argument obrońców B. jest taki: "B. był taki biedny, chory na gruźlicę, głodował - i dlatego oskarżanie go o współpracę jest haniebną podłością". Jest to oczywiste banalizowanie osoby B., niewątpliwie był on postacią rodem z Dostojewskiego, którego zresztą wielbił. Motywy podjęcia współpracy agenturalnej bywają skomplikowane. Istnieje zadziwiający casus Andrzeja Mencwela, który w 1968 r. napisał błyskotliwy "donos na komandosów" mszcząc się na nich jako przedstawicielach, w swoim rozumieniu, "warszawki". Być może B. mścił się za sprawę "kasy Bratniaka", kiedy ogłoszono bojkot jego osoby?
Jak więc przedstawia się "sprawa Brzozowskiego" w świetle poszlak, dowodów, relacji i dokumentów? Istnieje wiele świadectw dowodzących, że w latach 1898-1901 Stanisław Brzozowski był współpracownikiem warszawskiej ochrany, składał donosy i brał za to pieniądze. Brak wiarygodnych świadectw o współpracy po roku 1902.
*** Cnoty nie stracić, majątek zyskać - rozmowa z Janem Gondowiczem o dziejach nagród literackich
Gazeta Wyborcza - 2010-10-03
...W Polsce Noblem się żyje i na Nobla umiera. Andrzejewski celował w Nobla chyba od debiutu. Może dlatego przed wojną zaczął od cnotliwo-perwersyjnej imitacji Mauriaca, strasznego "Ładu serca", idealnego debiutu przyszłego wielkiego moralisty. Potem zmienił priorytety na rzecz Nagrody Stalinowskiej, ale na krótko. Po czym odkrył uroki alegorii, rzecz jasna nowoczesnych, jak na ten przykład powieść złożona z dwóch zdań. Gdyby go nagrodzono, Nobla dostałby półplagiator, bo te "Bramy raju" są niczym innym jak rozbudowaną genialną nowelą Marcela Schwoba "Krucjata dziecięca". Andrzejewski musiał przeczytać ją w "Chimerze", ale znał rodaków i wiedział, iż w Polsce nikt nic nie pamięta, zwłaszcza po upływie 60 lat.
*** Wiktor Jerofiejew - Jerofiejew kontra Jerofiejew (Metafizyka zbieżności nazwisk)
...Jerofiejewa poznałem w windzie. Patrzył wprost przed siebie. Ja patrzyłem sobie pod nogi. W milczeniu jechaliśmy w górę. Dla obu nas było jasne, że jest lepszy ode mnie pod każdym względem. Był bardziej wysoki, bardziej przystojny, bardziej wyprostowany, bardziej szlachetny, bardziej doświadczony, bardziej śmiały, bardziej stylowy, bardziej śmiały duchem. Był nieskończenie bardziej utalentowany niż ja. Był moim idolem, bożyszczem, fotografią, wyciętą z francuskiego czasopisma, kultowym autorem ulubionej książki. Jechaliśmy windą w niewysokim bloku, w dzielnicy-blokowisku. Patrząc przed siebie powiedział:
- Chyba powinieneś zmienić nazwisko, czy jak.
Odruchowo spojrzałem mu prosto w twarz. Nie powinienem był tego robić. Stał w palcie, w czapce na bakier, co nadawało mu ciut zuchowaty wygląd, pięknie kontrastujący ze szczelnie zapiętą białą koszulą i wczesną siwizną. Jego oblicze wyrażało lekką pogardę i lekkie okrucieństwo, wystarczające jak na tak drobną ofiarę.
*** Adolf Rudnicki - Głowa Persa
...Zimno mi się robi, gdy czasami wejdę do kawiarni, gdzie młodzi artyści czekają. Na co czekają? Mają jednego boga: swoje ja. I mają jedno pragnienie: wyrzucić go z siebie. To, co noszą w sobie, m u s i być podane światu, musi znaleźć ujście. Świat ma milion twarzy, ale bez ich twarzy nie ma on żadnej. Wyjść z ciemności! Wyjść z nicości! Jeśli są imiona na świecie, któż ma większe prawo do nich? Za cenę swojego słowa, za cenę swojego rzekomo słowa ugną się. Te istoty są cudownie młode i wszystkie oszustwa świata raz jeszcze będą na nich wygrane. Ci aniołowie powtórzą wszystkie zbrodnie świata, o których dzisiaj nie wiedzą nic. To, co wiedzą, sprowadza się do pustej wiedzy słów, do skorup, w środku nie ma nic. Uczucia przyjdą potem, klęski przyjdą potem, a bez nich wszystko puste. Nie wiedzą nic, ostatnie rzezie odbyły się bez nich, a gdzie ich rzezie? Są niewinni i piszczą za tym, aby wejść w swoją winę, bez której nie ma życia, na tym polegają wszystkie nieporozumienia między pokoleniami. Są czyści, są biali i nie mogą znieść tej właśnie bieli własnej. Ileż zabójstw dokonają, nim sami będą zabici! Zimno mi się robi, kiedy wchodzę do kawiarni. Czekają...
*** Tadeusz Konwicki - O krytykach
...Szacunek musi budzić także gatunek krytyka wściekłego. Krytyk wściekły jest wściekły charakterologicznie. Jeśli znielubi ciebie od pierwszego wejrzenia, to żebyś później same Księgi pielgrzymstwa rodził, to i tak go nie udobruchasz, nie rozchmurzysz, nie rozśmieszysz. Przeciwnie, każdy twój mizerny sukcesik będzie go coraz silniej rozwścieczał. Każdy ochłap, który ci życie upuści na podłogę, on będzie przyjmował jako osobistą zniewagę. Pogrążając się w grobie, pokaże ci jeszcze mimicznie, żeś grafoman.
*** Melchior Wańkowicz - O grafomanach tragicznych
...Pilniak opowiadał mi, że do Związku Pisarzy Radzieckich pielgrzymowali z najdalszych krańców ludzie obciążeni nieraz kilogramowymi rękopisami, czasem pierwsze partie drogi robiąc renami albo barkami wodnymi. Przychodzili po radę, ocenę, pomoc. W większości wypadków były to utwory nie nadające się do druku. Niedoszły pisarz ze skruszonymi wszystkimi nadziejami życia wychodził na schody. Związek mieścił się na pierwszym piętrze. Biedak był półprzytomny z rozpaczy. Na załamaniu schodów na półpiętrze była ubikacja. Wchodził do niej i wieszał się. Kiedy to powtórzyło się kilkakrotnie, władze Związku kazały dorobić klucz, aby zamknąć i te ostatnie drzwi dla finału pasji pisarskiej.
*** Zbigniew Masternak - O wydalaniu poezji czyli próby kariery literackiej
...Przyjrzawszy się z szacunkiem olbrzymiej liczbie książek, myślałem, jak prężnie działa jego oficyna. Niecierpliwie czekałem, co powie.
- Dotychczas wydaliśmy... - wydawca jakby nieco się zawahał - dwa tomiki... - wyciągnął z szuflady biurka dwie niewielkie, białoczarne broszurki. Podał mi je z niepewną miną. - Tu jest zbiorek księdza z naszej parafii. Ksiądz wciela się w nich w rolę duchowego przewodnika, prawdziwego mistrza na drogach modlitwy i samodoskonalenia... Wezwanie do doskonalenia się - oto przesłanie tej poezji. Udała się ta książka, nieprawdaż?
Patrząc na pakowy papier i rozlewający się druk, potwierdziłem bez przekonania. Ale pocieszyłem się, że początki nigdy nie są łatwe - na przykład jako piłkarz zaczynałem grać w tenisówkach, na łące za domem, do tego szmacianą piłką - aż przyszedł czas na lepszy sprzęt i miejsce do gry.
*** STANISŁAW BARAŃCZAK - KSIĄŻKI NAJGORSZE
..."A przecież i ja nie tak dawno pisałem tylko o litości dla spragnionej kury, dla prosiaka walącego się pod ścianą w mroku wyschniętych bebechów, natomiast trzy tygodnie temu na posiedzeniu Egzekutywy KW PZPR w Krakowie, poświęconemu zaopatrzeniu w wodę, włączyłem się w sprzeciw wobec minimalizmu programowego w tym problemie".
"Na naszych oczach runęła mitologizacja chłopa polskiego w wydaniu kieszonkowym".
"Zasłony dymne wytwarzają ci, którzy z przysłowiowego rękawa wytrzepują na poczekaniu zgrabne odpowiedzi lub naukowo rozwodzą się, czeszą cynicznym grzebieniem".
"[...] biurokracja ma to do siebie, że mnoży się jak koty przy pełnej misce, jeśli nie przetnie jej się dopływów. Więc niech gminy po kolei stracą listki figowe braku uprawnień. Nawet za cenę bolesnego ślizgania się".
"A ileż dziur powstaje w nadbudowie w wyniku przypalania lub przepalania szybkobieżną euforią. Wydłużony krok nie zaowocuje tam, gdzie plącze się myślenie".
*** JEAN-CLAUDE CARRIERE, UMBERTO ECO - NIE MYŚL, ŻE KSIĄŻKI ZNIKNĄ
...Kolejnym przykładem vanity press (choć można by wymieniać wiele innych tego rodzaju publikacji) jest książka, którą posiadam: Dictionnaire biographique des Italiens contemporains *["Słownik biograficzny współczesnych Włochów"]. Otóż aby w słowniku tym figurować, trzeba za to zapłacić. Znaleźć tam można na przykład następującą wzmiankę: "Pavese Cesare, urodzony 9 września 1908 roku w Santo Stefano Belbo, zmarły w Turynie 26 sierpnia 1950 roku", z dopiskiem: "Tłumacz i pisarz". Koniec. Następnie natrafia się na dwie bite strony poświęcone Paolizziemu Deodatowi, o którym nikt nigdy nie słyszał. Wśród tych słynnych anonimów najznamienitszym jest chyba niejaki Giulio Ser-Giacomi, autor tysiącpięciusetstronicowego tomiska, zawierającego jego korespondencję z Einsteinem i Piusem XII. Są to wyłącznie listy, które ów pan pisał do obu tych osób, ponieważ oczywiście żadna z nich nie odpowiadała na nie.
Andrzej Żuławski
*** Andrzej Żuławski - Nie muszę się, k..., z nikim liczyć - wywiad
Dziennik - 25 kwietnia 2009
...Jezus, Maria! Romy Schneider opowiadała mi, że jej matka jako kochanka Goebbelsa była skreślona i nie mogła po wojnie grać w Austrii, to ona Romkę zaprowadziła do tych starych producentów, do łóżek, żeby mała grała! Dwunastoletnią Romkę! I Romy mi to opowiedziała po pijaku, płacząc, że jej życie sentymentalne, uczuciowe zostało zdemolowane w wieku lat dwunastu. To skądinąd nie jest w kinie niezwykłe, przecież co przeżyła Joan Crawford? Matka zrobiła z niej uliczną kurwę.
*** ŻUŁAWSKI. PRZEWODNIK KRYTYKI POLITYCZNEJ - wywiad-rzeka z Andrzejem Żuławskim - CZĘŚĆ 1
...Francuzi są narodem o wiele mniej racjonalnym niż Polacy. Dam panu przykład, który często cytuję. Jak to jest możliwe, żeby na przestrzeni kilku tygodni czy miesięcy na tym samym balkonie na placu Zgody ten sam tłum oklaskiwał marszałka Petaina, największego kolaboracjonistę w całej Europie - Francja wówczas wydała dekrety antyżydowskie o wiele ostrzejsze od norymberskich - a w kilka tygodni potem generała de Gaulle'a, którego tenże Petain zasądził na karę śmierci? Na tym samym balkonie, ten sam tłum! Jeszcze strzały było słychać w mieście. To jest naród totalnie nieracjonalny. Oni mają tylko jedną racjonalność: to jest naród chłopski, to jest chłopstwo niebywale dobrze zorganizowane, każdy sobie rzepkę skrobie, ale w sposób niebywale zorganizowany. A Polacy mówią, że są narodem chłopskim. To nieprawda, Polacy są narodem wiejskim a nie chłopskim. To znaczy, że tu nikt każdy sobie. Wieś to jest taka bezładna kupa, co zawodzi w kościele i działa razem. Wieś to jest Lepper. W Polsce wieś to jest element najbardziej kołtuńsko-aspołeczny, w sensie budowy państwa. We Francji to jest najbardziej państwowotwórcza część narodu.
*** ŻUŁAWSKI. PRZEWODNIK KRYTYKI POLITYCZNEJ - wywiad-rzeka z Andrzejem Żuławskim - CZĘŚĆ 2
...Wybrałem taką dziewczynę [Iwonę Petry] - przypadkowo znalezioną, ale instynkt mnie tknął - która ma w sobie bardzo poważny rys obłąkaństwa, szaleństwa. Ona sobie do dzisiaj absolutnie nie umie dać rady w społeczeństwie. Jest inteligentna, pisze bardzo interesujące opowiadania, one są nieco autystyczne, ale są. Myśli, jest bardzo ładna, nigdy nie miała problemów ze znalezieniem bogatych narzeczonych, ale żyła dosyć dziwacznie. Nigdy nie miała cienia oporów przed graniem tego, tylko dostała scenariusz, przeczytała. Zapytałem: "Czy panią coś razi, czy czegoś... - A skąd, proszę". I tak zagrała - proszę. Linda jej się bał, bo nigdy nie było wiadomo, co ona zrobi. I jak grała takie sceny, gdzie ona go opanowuje na korytarzu, gdy wracają do domu, to on przecież miał takie siniaki, podbite oko potąd [pokazuje], był jak ze skóry obdarty. To przekraczało normy zachowania uporządkowanego, ułożonego, grzecznego człowieka. Taką ją zobaczyłem i pomyślałem, że tylko ona może to grać. Absolutnie tylko ona. Gdyby była lepiej chroniona przed Ciemnogrodem, przed dewotkami, przed kretynami w tym kraju, to może na końcu lepiej by na tym wyszła albo wyjechała gdzieś. A tutaj spadły na nią wszystkie te hieny, że "Boże, pornografia! Czy ona to naprawdę robiła?". No skądże, ale my tak myślimy! Do dzisiaj bardzo żałuję, że nie umiała się temu oprzeć, że zachowywała się wyjątkowo nielojalnie. Niby zrozumiała, że nastąpiło jej piętnaście minut i pomyślała, że jeżeli ona w tych piętnastu minutach stanie po stronie tej ciemnej masy i powie, że jest pierwszą ofiarą tego straszliwego filmu i tego łotra, który nie wiem, co z nią zrobił, to będzie lepiej. Otóż nie było lepiej, i do dzisiaj ta dziewczyna nie istnieje, po prostu. To jest wielka szkoda. Bo gdyby takie zjawisko się pojawiło w Ameryce, to ona by grała w trzech filmach rocznie przez następnych dziesięć lat, bo oni tego właśnie szukają.
*** Rafał A. Ziemkiewicz - Homokariera Marka Hłaski
Rzeczpospolita - 09-01-2010
...Że Marek Hłasko kleił się do mężczyzn, nie miałbym mu za złe, bo jestem, wbrew pozorom, człowiekiem tolerancyjnym. Gdyby tylko kleił się, bo go naprawdę do nich ciągnęło, bo go tak akurat Pan Bóg poskręcał. Ale Hłasko homoseksualistą, by tak rzec, naturalnym, nie był; po ucieczce z Polski obraca się już wyłącznie wśród normalnych mężczyzn i uwodzi tylko kobiety. Jego związki z prominentnymi pederastami, jak ich w owych czasach prostolinijnie nazywano, służyły wyłącznie karierze. Co zabawne, idol i wzór Hłaski, James Dean, jak dopiero dziś się pisze, też zrobił karierę przez łóżka paru możnych hollywoodzkich perwersów - widać wyczuł swój swego, bo wiedzieć o tym wtedy Hłasko nie mógł.
Rzecz jasna, wszystko to ohyda, jawna podłość i haniebne oszczerstwa, jakby to skomentował każdy szanujący się autorytet moralny. Jednak Hłasko to nie pierwszy i nie ostatni literacki młodzieniec szukający przepustki do kariery przez łóżko homoseksualisty z pisarskiego Parnasu. Przypomnę legendarny już cytat z "Dziennika" Iwaszkiewicza:
Każda epoka ma swój styl nawet w drobiazgach i w innej epoce nie można pewnych rzeczy realizować. Mogłem w maju 1936 roku chędożyć Czesia Miłosza w mickiewiczowskiej celi Konrada u Bazylianów w Wilnie. Była cudowna noc z księżycem i słowikami. Rzecz nie do pomyślenia w roku 1824 ani 1954. Gdzie teraz Mickiewicz? Gdzie Miłosz, gdzie Iwaszkiewicz?
W 1936 Miłosz miał lat 25 i był nikim, Iwaszkiewicz zaś wszystkim.
*** Jerzy Urban - Cienias w teatrze cieni
NIE - 06/2010
...Jak wszyscy inni, ceniłem sobie bardzo towarzystwo Marka Hłaski. Cała Warszawa była w zalotach. Marek mógłby leniwie siedzieć, przyjmować hołdy i tylko robić losowanie, z kim spośród dziewczyn lub pisarzy i krytyków pójdzie dziś do łóżka. A jednak ten pieszczoch był w życiu towarzyskim pracowity. Po pierwsze słuchał ludzi i wszystko zapamiętywał. Jako pisarz karmił się bowiem opowiadanymi mu lekturami, przygodami, anegdotami. W knajpach uczył się też, jak mówią pijaczkowie, jak cipy, jak milicjanci. Po drugie Hłasko wiedział, że za kult swoim wyznawcom należy płacić. Każdego wieczoru urządzał z siebie teatr dla swojego towarzystwa i na ogół wystawiał spektakl premierowy. Jego nocną sceną była głównie tancbuda Kameralna. To zjadał szklankę. To policzkował dziewczyny kwiatem. Raz przyszedł z dużą forsą i rozrzucał banknoty po całej knajpie. Nie to, żeby czyniąc wrażenie już nieprzytomnego, potem nie chodzić od stolika do stolika, aby żądać zwrotu. Forsa i za socjalizmu wywoływała u pijaków ataki przytomności. Kiedy indziej, pamiętam, Hłasko przyprowadził do "Kamery" młodziutką sekretarkę z biur filmowych na Puławskiej. Do trzeciej flaszki opowiadał, jaka jest piękna i że rano wezmą ślub. Po kolejnych ćwiartkach pytał kumpli, skąd taka wstrętna kurwa mu się przypętała, i finał: - Wynoś się, szmato! Nie dam ci na taryfę. A ona łkała, że aż bolało nas w środku od śmiechu. Wszystko to było bardzo dla mnie rozrywkowe, ale jak długo można chodzić do jednego i tego samego teatru? Jako widz Hłaski począłem odczuwać nudę. A przy tym mam tę skazę, że będąc pijakiem, alkoholików nie znoszę.
*** Przesławne lanie! - Markowski kontra Libera!!
...Tuż przed napaścią Markowski miał powiedzieć do Libery: - Gdyby to było w innych czasach, to bym pana wyzwał na pojedynek i zabił. Wszystko zaczęło się od literackiej debaty na łamach Dziennika. Uczestniczyli w niej m.in. Libera oraz Anna Burzyńska, kierownik literacki krakowskiego Teatru im. Słowackiego, prywatnie żona Markowskiego. Czas przed odjazdem pociągu do Krakowa Burzyńska spędziła w towarzystwie Libery, który prezentował jej swoje poezje. Wrażeniami z wizyty u pisarza podzieliła się z mężem, ten zaś bez skrupułów wyszydził Liberę na łamach Tygodnika Powszechnego [w felietonie Rozmowa z Wielkim Pisarzem]. Gdy zaatakowany Libera dal odczuć Burzyńskiej swe niezadowolenie, wzburzony Markowski zapowiedział zemstę. Wtargnął na spotkanie zespołu z dyrekcją teatru i Liberą, by brutalnie raz jeszcze zaatakować pisarza. Tym razem jednak przeszedł od słów do czynów. Po gwałtownej wymianie zdań i Markowski podszedł do Libery i z całej siły uderzył go w twarz. Po czym wyszedł, pozostawiając osłupiały zespół teatru oraz mdlejącą małżonkę.
Naiwni tabloidowi dziennikarze "Faktu" sugerowali erotyczno-romansowy podtekst skandalu. Cóż za banalna interpretacja! W rzeczywistości było jeszcze gorzej. Któż bowiem w dzisiejszych czasach bije w mordę z powodu romansu żony! Rzecz w tym, że w Krakowie "problem lustracyjny" jest z tajemniczych powodów szczególnie nabrzmiały. W pięknym, królewskim niegdyś grodzie plotki "ten był, na tego nic nie ma" są powtarzane nawet przez kwiaciarki na Rynku. W tej atmosferze użycie specyficznej przenośni "oficer prowadzący i jego agent" może prowadzić do mordobicia w najwyższych sferach. A tak w ogóle, to już Gombrowicz w "Dziennikach" nawoływał intelektualistów, by porzucili jałowe debaty i dali sobie po gębie. A w ojczyźnie naszej to tak zwane życie publiczne obwarowane jest tak straszliwą hipokryzją i polityczną poprawnością, że może lepiej jest, by co jakiś czas "pękła mistyczna klamra" społecznej konwencji. Może czegoś się dowiemy więcej o naszych elitach i o nas samych?
...Z jednej więc strony mamy upojoną hukiem strzelaniny, zachłyśniętą litrami ekranowej krwi publiczność półanalfabetów, dla których doszukiwanie się przyczynowo-skutkowych związków między poszczególnymi masakrami jest stratą czasu, dobrą dla jajogłowych, żydowskich pedałów, a nie dla zwartej społeczności tych swoistych git-ludzi; z drugiej zaś - kipiącego żądzą robienia filmów Pasikowskiego, który, rozładowując jakieś własne ciężkie jak ołów kompleksy, już przy kręceniu pierwszej sadystycznej sceny doznaje szczytowania i traci kontrolę nad dalszym przebiegiem pracy na planie.
...To, co najbardziej irytuje w postawach artystów, to fałszowanie społecznych ról. Politycy nie mogą mieć udziałów w prywatnych firmach. Dziennikarze mają zakaz pozyskiwania reklam. Ci, co się szanują, nie występują w nich. Tymczasem aktorzy grają rolę podwójną. Zdobywają szacunek publiczności i mediów jako artyści i ludzie wrażliwi, po czym dyskontują popularność z precyzją księgowych - biorąc się do reklamy czy prowadzenia restauracji. W ciągu dnia są twarzami rynkowych marek, a wieczorem mówią ze sceny Szekspira czy Moliera. Dochodzi do schizofrenii. Pewna aktorka zgodziła się być twarzą wielu produktów. Tak wielu, że sonda miesięcznika "Press" udowodniła, iż mało kto pamięta, co reklamuje. Pewnie siebie i łatwość pozyskiwania pieniędzy. Spotkałem też aktora, który przy autoryzacji powiedział, bym nie przysyłał mu zapisu rozmowy na skrzynkę w sieci, którą promuje - bo rzadko kiedy działa.
...Film rozkoszny kończy się zawsze happy endem. To oczywiste - widzowie muszą wyjść z kina pokrzepieni. Dawka kinowego optymizmu powinna zostać zwieńczona zapewnieniem o trwałości ustalonego w filmie porządku, o wadze przyjętych pryncypiów, o możliwości szczęścia. Happy endy mają jednak czasem wydźwięk wyraźnie ironiczny, są jak kandyzowana wisienka na czubku tortu - konwencjonalne i nieprawdziwe, ale przy tym śliczne, pożądane i akceptowane. W filmie rozkosznym nie obowiązuje kategoria serio rozumianego prawdopodobieństwa, nie trzeba troszczyć się o wiarygodność prezentowanego świata i przedstawianych ludzi. Nie znaczy to, że wszystko jest w nim zmyśleniem, bajdą czy sennym fantazmatem. Wprost przeciwnie, filmy rozkoszne bywają mocno zakorzenione w tzw. realiach, jednak wypełniająca je dobrotliwa ironia pozwala i nadawcom, i widzom uzyskać przyjemny dystans do ekranowego świata, nasilić wrażenie iluzji z równoczesną wiarą w jej istnienie.
Wisława Szymborska
...Kot Iwan jako dziecko wcale nie przypominał koteczka z obrazkowych książeczek. I dziś, kiedy osiągnął wiek dojrzały, wcale nie jest podobny do normalnych kotów. Kot Iwan jest rodem z Leśnej Podkowy. Pytałem kilkakrotnie Marysię Iwaszkiewiczównę o jego rodowód. Bardzo zmieszana przyznawała się skwapliwie, że jego ojcem był słynny bandzior podwarszawski, kot Bazyli. Ale ja podejrzewam, że mama Wani, chowana w lasach, miała jakiś niedobry romans ze żbikiem albo nawet rysiem. Bo patrzcie, jak wygląda kot Wania. Przede wszystkim ma wcale nie okrągłą, ale mocno pociągłą i chudą twarz. Nad tą twarzą bardzo męską, bardzo surową, zupełnie wyzutą z kociej dobroci i wręcz okrutną, sterczą do góry uszy dość długie, spiczasto zakończone, bez mała z pędzelkami, co to sami wiecie, a ja rozumiem. Oczy ma Wańka jaskrawoseledynowe, może raczej jak siarka i w tych oczach nie uświadczysz współczucia ani serdeczności. Cała postać jest dość olbrzymia, raczej przerażająca, nogi tak grube, jak moje ręce w przegubach. W każdym razie kot Iwan najczęściej budzi podziw i grozę.
Nie chcę nikogo straszyć, ale coś mi podpowiada, że za lat powiedzmy 20 z obfitej twórczości literackiej Konwickiego w pamięci pozostanie "Mała Apokalipsa" i ...kot Iwan.
...Główny temat Babla, ekstatyczna aprobata życia, zderza się tu z surowym wymogiem prawdy. Pisząc o dramatycznych nawet zdarzeniach czasów pokoju, można kręcić, dobierać punkt widzenia, przedstawiać drobne epizody, stylizować. Realność wojny przygniata. Jej prawdą jest coś jeszcze bardziej nagiego od prawdy. To, co tak zachwycało Ernsta Juengera: "Zwierzęcość wznosi się z głębi duszy jak tajemnicze monstrum". ...W "Pamiętniku Teatralnym" można przeczytać, ze Irena Eichlerówna zrezygnowała z roli Pani Rollinsonowej, bo nie mogła wytrzymać szamotaniny Dejmka, który, nie wiedząc, jak zagrać część tekstu, do ostatniej chwili zwlekał z próbami.
- Zapamiętałem to zupełnie inaczej, a powód rezygnacji pani Eichlerówny nie najlepiej o niej świadczył. Przyszła na pierwszą próbę, otworzyła torebkę i wyjęła z niej kajecik. I z tego kajecika odczytała swoją rolę. Połowa tekstu nie była Mickiewicza. Dejmek wysłuchał tego z najwyższym zdumieniem i zapytał: "A co pani czyta, pani Leno, bo to nie jest tekst Mickiewicza?" Eichlerówna powiedziała, że jest, i dodała, że korzysta z wydania - dziś dokładnie już nie pamiętam - z połowy XIX wieku. Dejmek na to: "Proszę pani, ale ja dysponuję wydaniem Ossolineum, najbardziej wiarygodnym, w którym nie ma tego, co pani napisała w kajeciku". Po tej rozmówce ogłosił przerwę. Szedłem z panią Leną do bufetu, kiedy zapytała: "Co ten parobek ode mnie chciał?". Już było wiadomo, że następnego dnia nie przyjdzie na próbę. Tak się też stało. I to jest skomplikowany obraz naszej gwiazdy, która żyła przedwojenną sławą i zapachem ciała reżysera Aleksandra Węgierki. Na antypodach Dejmka.
...Wywiad z Adamem Hanuszkiewiczem, który we wrześniu tego roku nagrał na wideo Maciej Kowalewski i pokazał w ubiegłym tygodniu w Teatrze na Woli, jest z kilku powodów niezwykły. Reżyser od 2004 roku, kiedy utracił ostatecznie dyrekcję Teatru Nowego, nie udzielał wywiadów, nie pokazywał się w telewizji. Tą rozmową przerywa kilkuletnie milczenie. Można by się spodziewać, że będzie to jakiś artystyczny testament, rodzaj przesłania do potomnych. Ale nie. Podczas trwającego 50 minut filmu Hanuszkiewicz opowiada te same co zawsze anegdoty z sobą w roli głównej. Jak wprawił w podziw światowej sławy choreografów swoją choreografią do "Romea i Julii". Jak zadziwił Rosjan swoim komediowym odczytaniem "Trzech sióstr". Jednak sposób, w jaki mówi, i kontekst rozmowy nadają starym opowieściom nowy sens. Mówi z trudem, powoli dobierając słowa, robiąc pauzy na nabranie oddechu. Odczytuje fragmenty starych recenzji, pozytywnych i krytycznych. Pochwały Marii Janion i Krystiana Zimermana oraz złośliwości Jana Koniecpolskiego i Marty Fik. Tym razem nie są to już przechwałki starzejącego się narcyza, ale podszyta rozpaczą walka o przetrwanie w ludzkiej pamięci.
...Andrzej Łapicki: Można się zastanawiać, co by było, gdyby Elka została w Polsce. Grasowałaby jeszcze przez dziesięć lat. Potem byłaby starą aktorką. Pełno jest takich w Teatrze Polskim czy w Narodowym. Przechodzą przez scenę. Ona kiedyś mogła zagrać Holly Golightly ze "Śniadania u Tiffany'ego", jakiś małżeński dramat psychologiczny, ale nie Lady Makbet. Nikt nie uwierzyłby w Lady Makbet, która mówi dyszkantem.
...Ten Aktor był kiedyś sławny ogólnopolsko, dostawał najważniejsze nagrody. Zagrał w kilkudziesięciu filmach. Grał i reżyserował w najlepszych teatrach. Porfiry Pietrowicz ze "Zbrodni i kary" i Jurgen Stroop z "Rozmów z katem" to był on. Albo wrażliwiec, albo bandyta - dwie role stworzone dla niego. To przez moje niebieskie oczy - mówił znajomym w Mieście. Ale od lat jego sława to już było wspomnienie, jeszcze tylko kilka telewizyjnych seriali łączyło go z masową widownią. Przez ostatnie miesiące Aktor był na zwolnieniu lekarskim z posady Dyrektora Teatru, bardzo pił. Nie spał w ogóle albo tylko spał. Do znajomych z Miasta przychodził nocami. I było w nim coś niewypowiedzianego przy kuchennym stole nocą - mówią - jakby chciał rąbnąć w ten stół i zawołać: ja jeszcze, kurwa, żyję! I teraz wam pokażę!
...Oficjalna wiadomość w prasie, że zmarł 11 listopada 1988 roku ukazała się dopiero 15 listopada, a więc z czterodniowym opóźnieniem. Zmarł po prostu "na melinie", na kilkudniowej pijackiej imprezie, na której nikt długo nie zauważył, że nie żyje, myślano, że padł i śpi. W końcu jednak ktoś go trącił, poczęstował piwem. Jasiu, napijesz się? - spytał i dopiero wtedy zauważył, że nie żyje. Tak że podana oficjalnie data jego śmierci, 11 listopada 1988 czyli siedemdziesiąta rocznica odzyskania niepodległości, nie jest stuprocentowo pewna. Może stało się to dzień wcześniej lub później?
...Jednakże całkowicie ateistyczny i bez reszty "radziecki" kalendarz wprowadzono w ZSRR dopiero w latach trzydziestych. Między rokiem 1929 a 1940 reformowano kalendarz trzykrotnie. Oprócz "konieczności produkcyjnych" stały za tymi kalendarzami inne jeszcze motywacje. Chodziło o to, by ostatecznie zerwać z przeszłością, pokonać czas i natychmiastowo znaleźć się w przyszłości. Chodziło też o zniesienie niedzieli (albowiem swym miejscem w tygodniu i swoją nazwą woskreseńje wiązała się z religijnym Zmartwychwstaniem), o zlikwidowanie w ogóle (jako zbytecznych) lub ustanowienie (zamiast "przestarzałych") nowych nazw dni tygodnia (typu "Marks", "Lenin", "Międzynarodówka Komunistyczna", "Industrializacja", "Komuna"), o ustanowienie nowych radzieckich świąt (NB świętowanie Nowego Roku z jego choinką było wtedy zakazane - ponownie zezwolono na nie w przeddzień 1 stycznia 1936), a także chodziło o ogłoszenie nowej rachuby czasu, nowej ery - jej pierwszym dniem i pierwszym rokiem miał być dzień 7 listopada 1917, tj. dzień i rok Rewolucji Październikowej.
..."Naród-bogonośca". To naród rosyjski. Bóg wyznaczył mu "szczególną służbę" zawierającą się w jego historii i we wszystkich przejawach jego życia. Tylko on może zbawić świat dzięki temu, iż "niesie w sobie nieskażoną naukę Chrystusa". Pojęcia "rosyjski" i "prawosławny" są jednością (poglądy metropolity petersburskiego Ioanna, 1993).
...Czytanie w toalecie niektórym kojarzy się z zakazem. W domu pisarki Jeanette Winterson nie wolno było czytać niczego poza Biblią. Ubikacja była na zewnątrz i mała Jeanette wymykała się do niej czytać książki potajemnie. Z kolei Olga Tokarczuk opowiada, że u niej w domu czytało się i czyta się wszędzie: przy jedzeniu, w łóżku i w toalecie. Ona sama nie dość, że tego nie zabrania synowi, to wręcz go zachęca, żeby wykorzystywał na czytanie każdy wolny moment. Wiele osób przyznaje się do nałogu: "W pracy uciekam do toalety, żeby poczytać", "Wystarczy mi nawet ulotka na szamponie, byle co. Jestem uzależniona od czytania". Dla nałogowych czytaczy pożywką są wszelkie instrukcje obsługi, ulotki, spisy inwentarza, cokolwiek, byleby składało się ze słów. Jedni czytają reklamówki z Makro, inni komiksy własnych dzieci, jeszcze inni nie wyobrażają sobie toalety bez półki na książki i starannie kompletują jej zawartość.
...Do czego sprowadzała się idea sztuki nazistowskiej? Ścisłej recepty twórczej nie było, w czym także widać zbieżność ze sztuką realizmu socjalistycznego. Zalecenia zawarte w mowach polityków z trudem dawały się przełożyć na język sztuki, jak np. rada Hitlera podczas ceremonii otwarcia Domu Sztuki Niemieckiej, by w malarstwie używać tylko takich barw, jakie występują w naturze. O tym, co wolno, a czego nie wolno było malować, orzekali nazistowscy decydenci, a gust Hitlera miał tutaj spore znaczenie. Kiedy führer w czerwcu 1937 roku zobaczył to, co jury wybrało na "Wielką wystawę sztuki niemieckiej", wściekł się i wszystko pozmieniał wedle swego mniemania. O "wielkiej sztuce przyszłości" wypowiadał się bardzo ogólnie. Za to precyzyjnie potrafił powiedzieć, czego w niemieckiej sztuce nie chce. Na otwarciu wystawy 18 lipca 1937 roku wygłosił agresywne przemówienie - jedno z najbardziej zajadłych - przeciwko sztuce nowoczesnej. Zapowiedział walkę z pozostałościami po "kulturalnym rozkładzie", zaatakował "handlarzy i handelek". Realistyczną sztukę naśladowania natury przeciwstawił "zdegenerowanej" deformacji. Sztukę, która zrozumiała jest sama przez się - sztuce, która wymaga nadętej instrukcji obsługi, by usprawiedliwić swoje istnienie.
CZY POTRZEBNA NAM LITERATURA NARODOWA?
...Literatura polska to patos, nuda i troska. A więc po pierwsze - jest świętością, którą nieśliśmy przez dzieje, widząc w niej sens i szansę ocalenia narodowej tożsamości. Po drugie - są to utwory, których nikt nigdy by nie przeczytał, gdyby nie został do tego zmuszony oraz zastępy obsługujących je Bladaczek, mających zawsze na podorędziu jakieś ważkie pytania: "Jakiego koloru wstążki miała Jagna na weselu?" i "Dlaczego nie wzrusza, skoro wielkim poetą był?". I po trzecie - odkąd pamiętam, literatura polska przypomina chorego, nad którym pochylamy się z lękiem i troską, dopytując się: "Co ci dolega? Czy jeszcze żyjesz?"
...Głosiciele - jak exlibrisowa autorka - poglądów, że być może do prawdziwej kultury czy literatury Polaków w większej mierze należy obraz amerykańskiego farmera na tle pola kukurydzy w Kalifornii, niż obraz biegnącego przez polskie pole Boryny w śmiertelnym gieźle, są w jakiś sposób - nie wiem czy świadomie - kontynuatorami poglądów i haseł
internacjonalistycznych lansowanych w niedalekiej przeszłości przez komunistyczne partie, zmienili oni tylko barwę swych sztandarów i kierunek ze wschodniej na zachodnią adoracji.
...Dlatego też w polskich warunkach wyczerpanie się dawnego, romantycznego modelu literatury i rozpad inteligencji jako grupy społecznej stanowiącej naturalną jej publiczność, jest procesem o dużym stopniu ryzyka, niosącym ze sobą wiele zagrożeń. Zgoda - jest on nieuchronny, jego przyczyny nie leżą tylko w logice naszej własnej, narodowej historii, lecz w historii Europy i całej zachodniej cywilizacji. Jednak specyfika związku między kulturą narodową i kulturą wysoką oznacza, że załamanie się pierwszej w automatyczny sposób wystawia na niebezpieczeństwo drugą. Jeśli więc zbyt pochopnie, bez najmniejszego żalu i chwili refleksji odrzuca się przeszłość, to najzwyczajniej w świecie wylewa się dziecko z kąpielą.
...Z tekstu Odojewskiego wynika, że poczuł się osobiście dotknięty słowami Kingi Dunin. Stąd zapewne w jego artykule mało eleganckie uwagi ad personam, choć od niego właśnie można by oczekiwać więcej grzeczności w traktowaniu przeciwnika - co więcej, kobiety - w dyskusji dotyczącej bądź co bądź kultury. Stąd też, jak sądzę, atak nie tylko na sam artykuł, ale i na "Ex Libris", zarzucanie pismu zarówno reklamowanie ton zagranicznego chłamu, jak i nowomowy.
...Dziś, w sytuacji przełomu w kulturze, musi oczywiście dokonać się przeobrażenie owej tradycji, radykalne przekształcenie rodzimego kanonu. Ale to zadanie, z którego krytyk nie powinien wyłgiwać się, wołając po prostu - jak to czyni Kinga Dunin - że nie ma co zawracać sobie głowy Konopnicką. Konopnicką pewnie nie; ale Gombrowiczem, Witkacym?
Mit polskiego narodu, który raz wybrał i to zupełnie jednoznacznie, jest tak samo dobry jak mit narodowej literatury polskiej. Bardzo możliwe, że ta, jak twierdzi Gawin, powszechnie odrzucona asymilacja jednak zachodziła, tworząc podwaliny pod otwartą i uniwersalną kulturę. Dlatego też (jak wiadomo siła reakcji odpowiada sile akcji) kanon narodowy zawsze wymagał tak żarliwej obrony. Pawiem narodów byłaś i papugą! A teraz jesteś służebnicą... Ameryki?! Jak długo jeszcze będziemy to powtarzać?
...W tym drugim wypadku paradoks polega jednak na tym, że kultura masowa wchłania w siebie niczym czarna dziura wszelkie zjawiska pojawiające się na jej obrzeżach, anektując ich terytoria na rzecz "przemysłu kulturowego" w takiej czy innej postaci. To dzięki niemu właśnie w księgarniach Paryża, Londynu czy Amsterdamu paperbackowe wydania Platona i Joyce'a leżą obok Conan Doyle'a i Mastertona, modne staje się czytanie filozofów jak Derrida czy Foucault, wydawanych w masowych nakładach i tanich edycjach, a ostatnia powieść Camusa staje się natychmiast bestsellerem.
...Pisarze przeceniani Tych musi być siedmiokroć więcej niż niedocenianych, odpustowe imitacje z plastyku grają rolę wielkich ryb literatury, uchodzą za łososie, szczupaki, okonie, do sztucznych karasków nie ma co się dobierać, tego i owego wydmuchanego szczupaka warto wskazać palcem: Czesław Miłosz (sporadyczny poeta, mierny prozaik, biegły eseista, na Nobla może wystarczyć, na prawdziwą wielkość za mało), Kazimierz Brandys (beletryzujący publicysta, artysta eleganckich pozorów, literat na potrzeby magazynów kulturalnych), Tadeusz Konwicki (autor kilku ważnych książek po roku 1956, później konfesje czułych serc męskich dla dusz niewieścich, postsentymentalizm polski), Marek Nowakowski (świetny nowelista lat sześćdziesiątych, później tytan udawania, że pisze jak dawniej, niestety, tylko na ilość)
...Idzie jednak o to, że bez ludzi rodem z Żeromskiego, bez ośmieszanych tylekroć Siłaczek, Judymów i Gajowców, ta cała Polska okaże się przestrzenią nie do zniesienia, brudnym i chamskim targowiskiem, z którego niedobitki ludzi uczciwych i przyzwoitych będą musiały uciekać. Rzeczywista wartość Polski będzie proporcjonalna do tego, ilu się w niej okaże ludzi służby. Biznes cwaniacy będą w niej tylko ciężarem.
...Pozostają jednak niedobitki zbędnej już dziś społecznie grupy. Jak zawsze, w momentach wielkich historycznych przełomów, trafiają się ludzie zagubieni, niepogodzeni z nową rzeczywistością, w której nie potrafią znaleźć sobie miejsca. Ludzie ci rozpamiętują swoją niegdysiejszą rolę i mitologizują ją. Kultywują także nostalgię za minionymi czasami, kiedy to podobno rozkwitały wspaniałe cnoty i przeciwstawiają ją spodlonej teraźniejszości. Tak więc inteligencji nie ma, ale straszą jej upiory, które, jak to upiory, zachowały wyłącznie negatywne charakterystyki swojego minionego życia.
...Normalne społeczeństwo rozwiniętego Zachodu - to społeczeństwo klasy średniej. Pragnienie normalności i harmonijnego rozwoju dla polskiego społeczeństwa wymaga nie tylko afirmacji, ale także promocji klasy średniej. Dla większości polskich inteligentów teza taka brzmi jednak nie tylko obrazoburczo, ale prowokacyjnie.
...Polska inteligencja była zresztą nie tylko nośnikiem etosu służby, ale w mentalności znacznej części jej przedstawicieli występowały również wątki, które obecnie uznać można za szczególnie szkodliwe. Poczucie bycia depozytariuszem dziejowej misji rodziło skłonność do elitaryzmu owocującego często z trudem ukrywaną pogardą wobec reszty społeczeństwa. Ofiarności inteligentów w życiu publicznym towarzyszyła niekiedy swoista abnegacja w życiu prywatnym, z materialną kulturą życia codziennego włącznie. Pogarda dla spraw materialnych i szczególne skupienie na sprawach ducha, dawały wprawdzie odporność na skorumpowanie, ale również (jednak! - wbrew twierdzeniom części dyskutantów) podejrzliwość i niechęć wobec pieniądza, działalności gospodarczej i ludzi, którzy się tą działalnością trudnią. Inteligenckie zamiłowanie do dzielenia włosa na czworo było miłe podczas "nocnych Polaków rozmów", ale rodziło skłonność do tracenia czasu i nie ułatwiało energicznego działania. Najlepiej by więc było, by ta forma narodowej elity, którą była inteligencja, po prostu bez zbędnego hałasu stopniowo znikła jako społeczne zjawisko, przekazując to, co ma najlepszego do przekazania elicie nowej.
...Wielkie fortuny po 1989 roku powstawały często w wyniku uwłaszczenia nomenklatury, wykorzystywania luk prawnych - często specjalnie tworzonych, wyzyskiwania poufnych informacji o zmianach prawa celnego, walutowego, podatkowego czy zwyczajnego przemytu. Kolejny etap kreowania fortun, który potrwa jeszcze jakiś czas, to przepompowywanie pieniędzy podatników (via budżet, fundusze celowe i procesy prywatyzacyjne) do prywatnych kieszeni.
...Gdy kilka lat temu w niedocenionej książce "Gdańsk i Ateny" Bronisław Świderski zarzucił polskiej inteligencji antydemokratyczną postawę - poczułem się dotknięty. Autor dowodził, że kształtująca się po 1989 roku nowa elita solidarnościowa, szczególnie ta wywodząca się jeszcze z czasów demokratycznej opozycji, dziedziczy tradycję polskiej inteligencji. Jej charakterystyczną cechą jest swoisty patriarchalizm i antydemokratyczne nastawienie, negujące w praktyce przekonanie, że każdy obywatel ma równe prawo do udziału w rządach, a zwłaszcza prawo do zabiegania o poparcie społeczne i kandydowanie w wyborach. Gdy - na ogół niespodziewanie w polskiej historii - realizowało się wolne państwo, walcząca o równe prawa dla ludu inteligencja - dowodził Świderski - natychmiast zaczynała patrzeć z góry na wszystkich nie-inteligentów. Wszak była nauczycielem i przewodnikiem "ludu", i to jej należał się udział we władzy. I teraz też uważa, że rządzenie powinno przypaść w udziale zasłużonym w walce o wolność i niepodległość inteligentom. Inteligenckie myślenie zakładało, iż wyzwolony lud sam z siebie powinien powierzyć władzę zasłużonym autorytetom moralnym.
Poniżej niezwiązane z dyskusją teksty "twardego inteligenckiego" nurtu
...Polska inteligencja po 1989 roku znalazła się w sytuacji szczególnej próby. Uległo zachwianiu i zostało podane w wątpliwość miejsce w społeczeństwie, jej wiodąca rola i poczucie misji niesionej przez pokolenia. Coraz wyraźniej i ostrzej można dostrzec upadek autorytetu tej grupy, zmniejszenie prestiżu, minimalizowanie znaczenia.
...Dla inteligenta nie ma już miejsca nie tylko w wyniku katastrof i ustrojowego przemiału i wszystkich związanych z tym dyslokacji, których sobie nie życzył. Których nikt sobie nie życzył. Eliminuje go dodatkowo zły smak, histeria, ryk epoki. W tych warunkach nie miał żadnych możliwości zachowania autorytetu. Jego zmiennik przynależny do white collars z natury swej i samej definicji do żadnego autorytetu pretendować nie chce i nie może. ...Jedno jest pewne - inteligent z głodu nie umrze, bo zawsze coś wymyśli. Tylko jak inteligent może patrzeć na 40 mln Polaków, wiedzieć, że są wśród nich wybitni, spokojnie czerpać z cywilizacji europejskiej, jeśli TV i gazety upewniają go, że krajem rządzą ludzie z selekcji negatywnej? Nie tak miało być. "Drżyj o życie w kraju przemienienia/z wirusem: Bądź zdrowy, młody i bogaty,/ Albo idź się utop" - pisze w wierszu "Podróże do Polski" Elżbieta Juszczak, poetka z Koszalina, członek ZLP. "Alergia na polityków, zgranych/jak ostatnia dolarówka w tym samym westernie,/bezczelnych jak włoska mafia,/niedorozwiniętych jak wiosna w marcu" - dobija w "Alergiach". Syn poetki, maturzysta, uczy się za zamkniętymi drzwiami pokoju i czeka na Unię Europejską jak na szansę. Poetka uczy polskiego w szkole i przed studiami syna pewnie wyjadą do Warszawy. Koszalin jest za duszny dla studenta i dla poety.
...Ćwiczenia z antropologii kulturowej na jednym z największych uniwersytetów (tym razem nie w Warszawie). Mówi Marta, prowadząca zajęcia: - Przyzwyczaiłam się już, że w 30-osobowej grupie nikt nie potrafi znaleźć północy na mapie, a kiedy ktoś powie, że Inkowie mieszkali w Chinach, nikt go nie poprawi. Ostatnio jednak mnie zaskoczyli. Po kolokwium mieli wypełnić ankietę, w której mnie ocenią. Kiedy przeczytałam im pytania do kolokwium, jeden ze studentów powiedział: "Niech pani zmieni pytania na łatwiejsze, bo inaczej wystawimy pani bardzo złą ocenę".
...Wiem także, iż tak oklaskiwane przez niektórych naszych, związanych z centralnymi władzami ekonomistów, masowe wykupywanie różnych polskich zakładów często wcale nie wiąże się z podnoszeniem polskiej produkcji, ale jej zduszaniem, aby stwarzać rynek dla towaru przywożonego z zewnątrz. I że duża część wbudowującego się w nasz kraj przemysłu obcego, to zaledwie wszelkiego rodzaju montażownie (długo mógłbym wyliczać, czego to się w Polsce nie montuje), zatrudniające minimalną liczbę pracowników, gdy tymczasem w tej samej branży zduszonej przez obcy produkt, tysiące ludzi idzie na bruk.
...Co od debiutu do dziś jest dla pana najważniejsze w tym, co pan pisze? Myślę, że pisanie prawdy o ludziach i życiu. Książką, która w jakiś sposób ukształtowała całą moją tak zwaną drogę pisarską, jest "Cudowna melina". Jak wiadomo, w życiu piszącego są różne okresy. Tę krótką powieść łączę z okresem PRL-u. Wtedy była to dla mnie bardzo ważna książka. Podsumowałem w niej doświadczenia z pracy na budowach, wykorzystałem obserwacje z życia na prowincji. Pisałem o postawach ludzkich, o zakłamaniu, o zbudowanej przez propagandę fasadzie i o rozdźwięku między tą fasadą a rzeczywistością.
To jest dramat i tego pokolenia i Polski. Tacy pisarze jak Konwicki, Orłoś, Odojewski i wielu innych starszych artystów zamilkło, albo w wystąpieniach publicznych daje wyraz obrzydzeniu. Współczesna Polska zupełnie ich nie interesuje, pogrążeni są w sprawach cokolwiek artystycznie przebrzmiałych. Oczywiście sprawa przytulanek Michnika i Kiszczaka jest odrażająca, ale chyba pisarze powinni wreszcie zainteresować się czymś innym. ...Z czego się bierze obecne rozczarowanie? Moim zdaniem, w 1989 roku za dużo było ludzi zaślepionych, którym wydawało się, że dokonujemy skoku z królestwa konieczności do królestwa wolności. Niczego takiego nie może być w żadnej materii społeczno-ekonomicznej. W przypadku tak gwałtownych przełomów należy raczej czuwać nad bezpiecznym przejściem instytucjonalnym. Weźmy przykład polskiego życia kulturalnego. Perspektywa jego upadku po roku 1989 była całkiem realna. Do załamania dawnego modelu uczestnictwa w kulturze, które nastąpiło już pod koniec PRL-u, dołożyła się rewolucja technologiczna; mogła pomóc kulturze narodowej, ale mogła też ją pogrzebać. Jeszcze w 1990 roku nikt w Polsce poważnie nie myślał o internecie. I co się stało? Dzisiaj to jedno z podstawowych mediów służących kulturze. A Polska jest krajem kwitnącym rozmaitymi inicjatywami kulturalnymi.
...Gnidy zamieszkują głównie stolicę Polski oraz niektóre większe miasta wojewódzkie. Największymi skupiskami gnid są Warszawa i Kraków. Gnidy skupiają się na uniwersytetach oraz w innego typu wyższych uczelniach, w prezydiach, komitetach, sekretariatach wydziałów oraz instytutach Polskiej Akademii Nauk, w instytutach naukowych podległych poszczególnym ministerstwom, w związkach twórczych oraz w prasie, głównie w redakcjach tygodników oraz miesięczników literacko-społecznych. Gnidy występują wśród najmłodszych, średnich wiekiem i wśród najstarszych, wśród aryjczyków i wśród Żydów, wśród katolików i wśród ateistów. Gnidy - od pewnego poziomu intelektualnego wzwyż - występują wszędzie, rodzą się w każdym pokoleniu, w każdej grupie społecznej, rasowej i światopoglądowej. Stąd imponująca mnogość ich odmian.
...Oto Hugo Kołłątaj, którego słusznie dziś czcimy. Jeden z twórców Konstytucji 3 Maja, jeden z organizatorów powstania kościuszkowskiego, czołowy ideolog Obozu Reform, gorący patriota i niemal symbol niezniszczalnego dążenia Polaków do niepodległości, za które zapłacił ośmioletnim pobytem w austriackim więzieniu po klęsce insurekcji kościuszkowskiej. Kołłątaj miał w swej biografii fragmenty, które uprawniają historyka, by zaklasyfikował autora "Listów anonima" do gatunku protoplastów gnidy. I tak na przykład, kiedy w trakcie wojny polsko-rosyjskiej szala zwycięstwa przechylać się zaczęła zdecydowanie na rzecz Rosji, Kołłątaj nie tylko skutecznie skłaniał króla Stanisława Augusta do podpisania konfederacji targowickiej, ale i sam do Targowicy zgłosił akces. Wprawdzie dwa dni później wyjechał z Warszawy na emigrację, wprawdzie wnet przystąpił do organizowania sprzysiężenia patriotycznego, wprawdzie jego gest nie miał żadnego praktycznego znaczenia, a Targowica pozbawiła go i tak majątków i beneficjów - to jego podpisu pod dokumentem targowiczan nie da się z kart historii usunąć. Wielu - wśród nich Walerian Kalinka - osądziło Kołłątaja bardzo surowo. Aleksander Świętochowski w swej "Genealogii teraźniejszości" powiadał o Kołłątaju, że "dbał nade wszystko o swoją posadę, o swoje majątki i dochody. Gdy te zostały zagrożone, napisał tajemne przystąpienie do Targowicy i wyjechał za granicę w nadziei, że mu się uda przyjaciół oszukać, nieprzyjaciół przejednać i dobra odzyskać". Dalej cytuje Świętochowski opinię ambasadora rosyjskiego: "Kołłątaj wyjechał do Krakowa i stara się przyłączyć do naszego stronnictwa. Każdy może go kupić".
...Niańki mają wielkie skłonności futurologiczne. Uznały one, że już wszyscy tradycyjni przeciwnicy opozycji zostali pokonani i że szukając prawdziwych przeciwników, trzeba wybiegać wzrokiem w przyszłość. Komuniści już się w Polsce właściwie nie liczą. Gnidy to formacja na wymarciu. Naprawdę groźni są "narodowcy" i "niepodległościowcy" (ci z opozycji). Niańki już dzielą skórę na niedźwiedziu, martwią się o to, aby ona nie wpadła w niepowołane ręce.
"Salon" i "antysalon" w III RP
...Większość środowiskowych alternatyw dla inteligenckiego środowiska określanego trochę na wyrost - z ironiczną intencją - mianem salonu (uważam, że jedynym salonem, do którego uczęszczałem, były spotkania u Mariana Brandysa, ale tam się niczego nie załatwiało), tworzą jednak ludzie o ambicjach politycznych. Tymczasem tamta strona - inteligencka, uniwersytecka - skupiona jest na inteligenckich zainteresowaniach, zawodach i instytucjach. One mogą być przez kogoś od czasu do czasu mobilizowane dla jakiejś sprawy, ale w gruncie rzeczy to środowisko trwa w trochę innym wymiarze i na czym innym się koncentruje.
...Był taki numer "Pulsu" o zbrataniu się Adama z Jaruzelskim, do którego napisałem mocny tekst, krytyczny wobec Michnika, ale jednocześnie nadal jakoś tam serdeczny. W końcu ja widzę też jego zalety. I ta piękna przeszłość... I rzeczywiście po wydaniu tego numeru "Pulsu" podczas jakiejś wystawy Michnik dostrzegł mnie w tłumie. Nagle drgnął jak generał, który podejmuje ważną decyzję na polu bitwy. Podszedł w moją stronę i ostentacyjnie przywitał się z trzema osobami stojącymi obok, by pokazać, że mnie ręki nie poda. Ale teatr! Bardzo mnie to rozbawiło.
...Im bardziej nieudana demokracja, tym bujniej kwitnie antysystemowa myśl. Także w Polsce, na gruzach polityki realnej rozkwitła myśl antysystemowa, a przynajmniej antysystemowa poza. Trudno powiedzieć, kto jest winien modzie na antysystemowość. Być może Legutko, Krasnodębski, Rymkiewicz czy Burek woleliby na samym początku być krytykami wewnątrzsystemowymi, ale polski Weimar taką krytykę niespecjalnie tolerował. Choćby Legutko - na początku tylko trochę bardziej konserwatywny od przeciętnego polskiego liberała, tylko trochę bardziej od przeciętnego polskiego liberała skłonny do antypeerelowskich rozliczeń, ale za to znacznie bardziej od przeciętnego polskiego liberała zachodniocentryczny, lepiej znający zachodnie życie intelektualne, dyskusje ideowe, języki. A jednak został nazwany przez profesora Jacka Kurczewskiego, znanego socjologa, wicemarszałka Sejmu I kadencji z ramienia Kongresu Liberalno-Demoratycznego "filozofem skinów". I to na łamach miesięcznika "Res Publica Nowa". A jednak został oskarżony o antysemityzm - i to na publicznym forum rady naukowej Instytutu Filozofii i Socjologii PAN - tylko dlatego że polemizował wcześniej z Zygmuntem Baumanem, nie odnosząc się do jego pochodzenia czy nawet biografii, ale wyłącznie do jego jak najbardziej aktualnych filozoficznych poglądów.
...Pamiętam pewną odmowę pracy na wysokim stanowisku w administracji uzasadnianą tym, że osiągane na nim zarobki nie pozwalają utrzymać trzyosobowej rodziny. Ale gdyby dało się znaleźć jakąś spółkę Skarbu Państwa, to bardzo chętnie… Pamiętam stwierdzenia, że porządny dom pod Warszawą powinien mieć 300 - 400 metrów powierzchni, bo mniej to straszne dziadostwo. Albo prezentowanie przed kolegami swoich świeżo zakupionych zachodnich limuzyn w ten sposób, że to są "bezpieczne, rodzinne samochody". Prawicowy obóz "rodziny na swoim" to był koniec myślenia o społeczeństwie, to był koniec społeczeństwa. W AWS - i to w naszym, młodszym i średnim pokoleniu - koledzy, którzy wchodzili do polityki od strony środowisk i stowarzyszeń religijnych, natychmiast pytali, gdzie można zarobić więcej niż kilka tysięcy złotych, szukali dla siebie rad nadzorczych. To było parcie na lepsze fuchy ludzi, których przed rokiem 1997 w polityce i życiu publicznym nie było. Pamiętam, że byłem wtedy zapraszany przez moich prawicowych i religijnych kolegów na "robocze lunche" w Sheratonie. Nie chciałem wpadać do Sheratona, bo po pierwsze, źle się tam czułem, a po drugie, uważałem ostentacyjne bogactwo, ostentacyjną konsumpcję za obciach. Jeden z kolegów tłumaczył mi wówczas: "Należymy do elity i powinniśmy jadać w najbardziej ekskluzywnych lokalach". Dla mnie to było nie do przyjęcia.
...Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu! Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo? O to nas teraz pyta to spalone ciało I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie Niech się Pan trzyma - Drogi Panie Jarosławie
...Jarosław Marek Rymkiewicz jest enfant terrible "salonu", ale jednocześnie gwiazdą. Kiedy w roku 2003 otrzymuje nagrodę Nike za "Zachód słońca w Milanówku", finansową część sponsorowanej przez Agorę nagrody przyjmuje, jednak nie pojawia się na uroczystej gali, a jego dość pogardliwy manifest odczytują skrępowane szefowe wydawnictwa Sic! Sam Rymkiewicz publikuje natomiast wiersz, którego podmiot liryczny fantazjuje na temat skąpanego we krwi "trupa Michnika" i "trupa Rywina". Cała inteligencka Warszawa powtarza też sobie anegdotę, jak to po opublikowaniu przez "Gazetę Wyborczą" wywiadu, w którym Michał Głowiński, kolega Rymkiewicza z IBL, oburzał się na marzenia o "wieszaniu zdrajców", sam autor "Wieszania" witał wchodzących na radę naukową IBL kolegów, odbierając od nich płaszcze ze słowami: "Proszę o okrycie, boja tu wieszam komunistów".
...Stefan Staszewski, były politruk, a późniejszy dysydent, w rozmowie z Teresą Torańską ("Oni") swego zaangażowania w komunizm bronił posługując się właśnie przykładem Andrzejewskiego: "Taki - powiem brutalnie - intelektualista, humanista i katolik, to co, nie wiedział, co robi? Przez nikogo nie zmuszany, nie przynaglany, przyszedł do nas dobrowolnie, wstąpił do partii i nie dlatego, że ktoś go do tego nakłaniał, tylko dlatego, że akceptował racje tej partii, jej program. Mało tego, że wstąpił. On chciał w tej partii odgrywać aktywną rolę, chciał racje tej partii wyłożyć i przekonać innych, że ta partia ma słuszność. Nie wiem, jak pani odczytuje po latach jego 'Popiół i diament', ale jest powieścią, która - za przeproszeniem - miała między innymi przekonać naród do tego reżimu i powiedzieć, że strzelano z obydwu stron, a Maciek był ofiarą pomyłek, nieporozumień. Komu Andrzejewski przyznał w niej rację, historyczną rację? Maćkowi? Nie, Szczuce, proszę pani, komuniście. Andrzejewskiego o to nikt nie prosił, jak nie prosił o broszurę 'Partia i twórczość pisarza'. Więc pytam, czy pisarz, moralista i katolik, człowiek wyrosły z niepodległościowej tradycji polskiej, który przez całą okupację był związany - nie walczył, ale był związany - z obozem niepodległościowym, londyńskim i przeszedł do partii, a więc na drugą stronę, paląc za sobą mosty - bierze na siebie odpowiedzialność za błędy tej partii czy nie? I nie oszukujmy się, zastanawiając: wiedział czy nie wiedział. Wiedział".
...Niewątpliwie ogromny wpływ na Czesława Miłosza wywarł młody filozof Tadeusz Kroński. Przyszły noblista poznał go w latach 30. w domu Bolesława Micińskiego. W połowie okupacji - Miłosz pisze, że w 1943 r. - Kroński przekonał go, że nie ma i nie będzie powrotu do międzywojennej Rzeczypospolitej, że tamta Polska skończyła się raz na zawsze. A po wojnie ten "Tygrys" (tak nazywał go Miłosz) pisał do przyjaciela: "My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji (...) Poza tym - wylicza nadawca listu - zdławiony powinien być antyintelektualizm polski, romantyzm, sentymentalizm, ksenofobia, katolicyzm... ". No, zadania na lata całe!
...W lecie 1976 roku Słonimski zmarł w wyniku obrażeń, jakich doznał w wypadku samochodowym. Wśród ośmiuset osób, które przybyły na cmentarz katolicki w Laskach, byli i Jarosław Iwaszkiewicz, i Jakub Berman. SB przejęła później list do Pawła Hertza, w którym Iwaszkiewicz pisał: "Śmierć Antoniego była dla mnie czymś okropnym - i ten straszny pogrzeb. Szlochająca Marysia Brandysowa, Maryna i Jerzy Zagórscy przystępujący do komunii. Berman i Zabłudowski śpiewający »Jeszcze Polska nie zginęła« nad grobem, do którego nie chciała wejść trumna. I to, co potem wypisywał Czeszko, ten łotr Sandauer i Kijowski, jest raczej obrazą pamięci Antoniego. Chcę napisać tylko wspomnienie młodości, bardzo kochałem tego prawdziwego przyjaciela. A potem rozdzieliły nas najgorsze rzeczy, jakie mogą być: ideologia i doktryny". Na liście dopisane zostało esbecką ręką: "Ale z niego faryzeusz".
...Zamieszanie wokół "Kapuścińskiego non-fiction" i pozew sądowy Alicji Kapuścińskiej przypominają głośne w historii przypadki retuszowania dzienników pisarzy, niszczenia ich korespondencji czy pisania niemających nic wspólnego z faktami biografii, czy raczej hagiografii. Milan Kundera w "Nieśmiertelności" (wydanie polskie PIW, Warszawa 1995) przypomina fascynującą historię "poprawiania" listów Goethego przez ich adresatkę - żonę poety Bettinę von Arnim, z domu Brentano. W 1835 r. na nowo napisane listy twórcy "Fausta" (i swoje oczywiście też) wydała w książce pod tytułem "Korespondencja Goethego z dzieckiem". Przez prawie 100 lat nikt nie zakwestionował autentyczności tej korespondencji, a Anna Dostojewska zamazywała wszystkie te fragmenty dziennika męża, które - jej zdaniem - źle świadczyłyby o mężu. A Nikita Struve, wydając monografię Osipa Mandelsztama (Londyn, 1990), nie mógł się, widać, oprzeć poczuciu dumy, skoro poinformował czytelników, że jego tezy zyskały pełną aprobatę Nadieżdy Mandelsztam, która "do samej śmierci nie przestawała dzielić się z nami danymi archiwalnymi i radami". Artur Domosławski też pospieszył z podziękowaniami dla Alicji Kapuścińskiej, ale na nic mu się to nie zdało. Mleko zostało rozlane. A warszawka zatrzęsła się z oburzenia: "Rysiek dawał mu listy polecające, Alicja w dobrej wierze udostępniła mężowskie archiwum, a tu taki szpas". Ano szpas jest i niekoniecznie, a na pewno nie w pierwszym rzędzie, dotyczy on związków autora "Cesarza" ze służbami specjalnymi.
...Obrażał ludzi, wygadywał głupstwa i świństwa, wdawał się w bójki i karczemne awantury - także przed kamerami telewizyjnymi, za co nie ponosił niemal żadnych konsekwencji. W 1969 roku kandydował na stanowisko burmistrza Nowego Jorku, ale na ten pomysł wpadł grubo wcześniej, w listopadzie 1960 roku. Urządził z tej okazji przyjęcie, na którym spił się jak bela, pobił z dwoma zaproszonymi jajogłowymi, Jasonem Epsteinem i George’em Plimptonem, a gdy żona zwróciła mu uwagę na niestosowność zachowania, dwukrotnie uderzył ją scyzorykiem, w brzuch i plecy. Napisał potem wiersz, bo zdarzało mu się i poetyzować, ze słowami: "Dopóki posługujesz się nożem/ Pozostało w tobie trochę miłości".
...O tym, że w drugiej połowie lat 70. pił ostro, Capote przyznał się, ale dużo później. Dwukrotnie przeszedł wtedy kuracje odwykowe, nieskuteczne. W 1983 r. zatrzymała go policja za jazdę pod wpływem alkoholu. Przed sądem wystąpił gustownie ubrany: w bardzo eleganckiej koszuli i marynarce oraz szortach i sandałach. To wszystko było jeszcze, od biedy, śmieszne, bo wyzywające i drażniące opinię publiczną, niezwykle ciekawą tego, co Capote robi, co powiedział, jak się zachował, kogo znów obraził itd. Gorzej, że znajdowano go nieprzytomnego na korytarzach domu, gdzie mieszkał, że dostawał ataków padaczki, o których mówił, że to napady charakterystyczne dla... zapalenia opłucnej. Całkiem źle zrobiło się z nim, gdy zaczął rzucać się na ludzi, mieć ataki niepohamowanej agresji. 25 sierpnia 1984 roku zmarł w Los Angeles - na miesiąc przed swoimi 60. urodzinami. Christopher Isherwood był ostatnim mówcą podczas ceremonii pogrzebowej. Powiedział tylko kilka słów, po czym szczerze się roześmiał.
...Najsłynniejszy rysunek kontestacji zachodniej (ja poznałem go jako zdjęcie we francuskim magazynie z 1972 r.) - to dwa kopulujące nosorożce, a nad nimi hasło: MAKE LOVE NOT WAR. Tak zachodni kontestatorzy walczyli z militaryzmem. Nieco później Krauze zrobił obrazek-nalepkę na studencką FAMĘ-74: dwa ptaki kopulujące "twarzą w twarz", PTAKI JAK LUDZIE. To znowu, czy może jeszcze, zabawa formą. W maju '81 w "itd" dał Mleczko najlepszy rysunek z tej serii przedstawiający nosorożca na żyrafie: OBYWATELU, NIE PIEPRZ BEZ SENSU. Od tygodnia trzymam ten obrazek na biurku i przyznaję, zafascynowany pomysłem (kogo, nawiasem mówiąc, symbolizuje jedno zwierzę, a kogo drugie?) nie od razu spostrzegłem, że jest to także pierwszorzędnie narysowane. Żyrafa gwałcona przez nosorożca ma taki "wyraz twarzy", jaki powinna mieć: zaskoczony, zażenowany, przerażony i... trochę jednak erotyczny. Po nosorożcu także widać, że wpakował się w sytuację, która go, łagodnie mówiąc, przerasta. Czy wyobrażacie sobie państwo taką scenę narysowaną przez Lipińskiego? Albo Lengrena?
...Dawni znajomi opowiadają, że odwróciła się od nich, nie przyjmuje niezapowiedzianych wizyt. - Nawet nie wiem, gdzie mieszka - mówi Zbigniew Wodecki. - Pół świata z Ewką objechałem. Była fajna. Pogadała, pożartowała. Ostatnio rozmawialiśmy z 7 lat temu. Potem telefon odbierał jej impresario. Nie chciała rozmawiać z nikim. Poukładała sobie świat według własnych zasad. Zawsze była jedyna w swoim rodzaju. Grzegorz Miecugow w 2004 r. chciał ją zaprosić do programu: - Przez 45 minut żaliła się, że czuje się odrzucona przez środowisko, które rozsiewa plotki, jakoby kiedyś donosiła SB na kolegów. Mówiła, że nie może pracować jako artystka, czuje się zaszczuta jako człowiek. Narzekała, że nikt nie pozwala jej tego publicznie powiedzieć. "Ja to pani proponuję!", zripostowałem. Kazała zadzwonić za pół roku. Tak zrobiłem, ale usłyszałem zdecydowane "nie".
...Romuald Karaś: "Brycht mówił, że zazdrości mi, bo idę przez życie małymi kroczkami, on natomiast wielkimi szusami. Teraz właśnie robi szus kolejny - próbuje zakotwiczyć się w Polsce, ponieważ zakochał się w swojej synowej, odbił ją własnemu synowi. Chciał zdobyć jakieś mieszkanie, zaproponowałem mu więc, żeby wstąpił do spółdzielni, którą akurat zakładałem - byłem wówczas prezesem Oddziału Warszawskiego ZLP. Zapisał się, ale po tylu latach pobytu na Zachodzie nie miał nawet na wpisowe!" ...Jego śmierć nie zaskoczyła mnie, ale mimo to bardzo ją przeżyłam, brałam środki uspokajające, spałam całymi dniami, nie chciałam się obudzić. Żałowałam, że nie spoczął w Laskach, które tak lubił, miałby ciszę, spokój. Nie czytam "Zeszytów Literackich", ale pokazano mi jego przykry wiersz o mnie, którego jednak za życia nie wydrukował. Że tkam na zwęglonych krosnach, że to już pusty peron, że skończone. I to prawda, dlatego już nie boli. To pisał ktoś inny, kogo nie znałam, nie rozumiałam, o kim też czasem różnie myślałam, bo jednak źle się zestarzał - roztył, rozpił, obrażał po pijanemu ludzi. Ale już nie był mój. Mój Zbyszek był inny: młody, szczupły, uroczy, skromny, nie palił; pił, ale bez przesady. I dał mi to, co najlepsze - swoją pierwszą miłość.
...Od 17.30 do 18.10 przebywała u figuranta Monika. Porządkując mu bibliotekę, wspominała, że słyszała ostatnio o jego spotkaniu z Iwaszkiewiczem, który chwalił mu się kupionym właśnie małym fiatem z wieloma częściami zagranicznymi; angielskimi, włoskimi, francuskimi, co Słonimski miał skwitować stwierdzeniem: "Ale pedał jest jednak polski". Słysząc to, roześmiał się i nadmienił, że krążą różne jego dowcipy, przyznaje się jednak wyłącznie do dobrych.
...To Zosia rządziła finansami, obraził się więc na nią za śmieszne, jego zdaniem, honorarium, choć wiedział dobrze o sytuacji "Kultury". Wynajął już nawet adwokata. Po jego awanturze coś mu jeszcze dodała, uznał to jednak za zniewagę, odmówił przyjęcia, przekazał na szkołę ukraińską i wymusił, abyśmy odnotowali to na łamach! Od tego czasu dokuczał Zosi w sposób niewyszukany, skandaliczny, dzwonił np., opowiadał szmoncesy, a któregoś dnia, gdy się upił, po prostu ją kopnął i nawet nie próbował potem przepraszać, twierdził, że bardzo dobrze, powinna znać swoje miejsce! - Oczywiście - kontynuuje wzburzony Jerzy Giedroyc - przyzwyczailiśmy się do scen najróżniejszych, bo pił Hłasko, Kisiel, na drugi dzień wracaliśmy jednak do serdecznych stosunków, z zawziętym Herbertem było to jednak niemożliwe. Zerwaliśmy więc w końcu zupełnie. Mimo to przyjeżdżał nadal, wyłącznie jednak do Józia Czapskiego, "żołnierza i patrioty", jak pokrzykiwał. Wtaczał się hałaśliwie i demonstracyjnie "na pięterko", a gdy wychodził - oczywiście po alkoholu - zatrzymywał się jeszcze na werandzie, gdy siedziałem sam albo z Zosią, stawał w drzwiach i jeszcze nam wymyślał! Wolałbym jednak tego nie powtarzać, tak że to wszystko było bardzo przykre i nieprzyjemne. Musiało się skończyć.
...Dla mnie, podobnie jak dla wielu czytelników, najbardziej szokujące z pani ustaleń dotyczyło "kombatanckiej" przeszłości poety, której cały humbug ujawniło pismo z Londynu, ze Studium Polski Podziemnej: "Przykro nam, ale w naszych archiwach nie natrafiono na ślad informacji potwierdzającej przynależność Zb. Herberta do AK". Wcześniej odpisało mi podobnie Koło byłych Żołnierzy AK oddziału w Londynie. Oczywiście, nie mają wszystkiego, nie można więc wykluczyć, że - być może - Herbert otarł się o konspirację, przeniósł np. jakąś gazetkę. Nie znalazłam jednak cienia dowodu na to, że był w Armii Krajowej, skończył podchorążówkę, do której powoływano najlepszych, że był w Kedywie. Żaden z jego lwowskich rówieśników, szkolnych kolegów, uczestników najróżniejszych form i barw konspiracji, zupełnie go w tym świecie nie kojarzył. Podobnie jak i w podkrakowskich Proszowicach. Z jego nazwiskiem nie spotkał się też żaden z ekspertów lwowskiej i krakowskiej konspiracji, choćby legendarny prof. Jerzy Węgierski, któremu Herbert nie odpisał, gdy prosił go o informacje dla przygotowywanego "Słownika lwowskiej konspiracji".
Leszek Kołakowski
...Musieli zdobyć zaufanie partii, bo dostali broń. Niektórzy "nie ukrywali zatkniętych za pas naganów" - pamięta pisarz Tadeusz Drewnowski, wówczas student łódzkiej polonistyki i działacz Życia. Było to środowisko "bezwzględnie internacjonalistyczne, bojowe, a nawet terrorystyczne". Walczyło z "reakcją". Leszek Kołakowski: - Strzelano do nas. Strzelało się z obu stron. Ale nikogo nie zabiłem, nie korzystałem z pistoletu. Trudno się wcielić w tamte czasy... "Gdy szli w pochodzie pierwszomajowym, wykrzykiwali: zet-a-em-pe, zet-a-em-pe, zamp, zamp, zamp! i podnosili zaciśnięte pięści. Ich symbolem był dla mnie Jerzy Jedlicki, wybitnie inteligentny i głęboko ideowy. Intrygowało mnie, w co tacy inteligentni ludzie wierzą i dlaczego" - wspomina w "Karcie" (3/91) profesor socjologii Hanna Świda-Ziemba.
Alfa to Jerzy Andrzejewski, Beta to Tadeusz Borowski.
...Beta w swoich felietonach widział nowy, lepszy porządek też w zasięgu dłoni. Wierzył - i pożądał ziemskiego zbawienia. Do wrogów, którzy chcą przeszkodzić szczęściu ludzkości, odnosił się z nienawiścią. Wołał, że trzeba ich zniszczyć. Czyż nie są szkodnikami ci, którzy w chwili kiedy planeta ziemska wchodzi na nowe tory, ośmielają się twierdzić, że jednak nie bardzo' dobrze jest zamykać ludzi w obozach i zmuszać ich strachem do wyznań politycznej wiary? Kogo zamyka się w obozach? Wrogów klasowych, zdrajców, kanalie. A wiara, do której przyjęcia się zmusza, czyż nie jest prawdziwa? Oto Historia, Historia jest z nami! Oto widzimy jej buchający, żywy płomień! Zaiste mali i ślepi są ludzie, którzy zamiast ogarniać całość gigantycznego zadania trwonią czas na rozpamiętywanie mało znaczących szczegółów!
Gamma to Jerzy Putrament, Delta to Konstanty Ildefons Gałczyński.
...Delta zawsze potrzebował mecenasa. Teraz znalazł wreszcie mecenasa naprawdę hojnego: państwo. Cokolwiek teraz napisał, przynosiło mu obfite dochody. Jego pióro było zaiste złote: każdy ruch piórem na papierze - Delta pisał wielkimi zdobnymi literami na długich rulonach papieru - przymnażał mu większych niż kiedykolwiek dawniej korzyści. Entuzjazm słów, bez którego Delcie trudno było egzystować, również znajdował teraz dobre zastosowanie. Nie było już "falangi" ani podnieconego przeciwko mniejszościom narodowym tłumu. Ale była odbudowa kraju, którą pochwalili wszyscy, i było zaspokojenie pychy narodowej przez uzyskanie terytoriów na Zachodzie, które należały poprzednio do Niemiec. Tych elementów należało użyć w propagandzie, przy ich pomocy zwalczając powszechną nienawiść do narzuconego z zewnątrz rządu. Wiersze Delty były zawsze, z natury, pogodne, niezależnie od tego, co opisywał. To już było dobrze. Napełniał je teraz treścią optymistyczną: obrazami odbudowy i szczęśliwej przyszłości - to było jeszcze lepiej.
...Ketman napełnia dumą tego, kto go praktykuje. Wierzący dzięki temu osiąga stan trwałej wyższości nad tym, którego oszukał, chociażby ten ostatni był ministrem czy potężnym królem; dla człowieka, który stosuje wobec niego Ketman, jest on przede wszystkim biednym ślepcem; został pozbawiony dostępu do jedynie prawdziwej drogi i nawet tego nie podejrzewa; natomiast ty, obdarty i przymierający głodem, z pozoru drżący u stóp zręcznie zmylonej potęgi, masz oczy pełne światła; kroczysz w blasku przed twymi nieprzyjaciółmi. Szydzisz z nieinteligentnej istoty; rozbrajasz niebezpieczną bestię. Ileż uciech jednocześnie!"
...Mimo jednak antyakowskiego nachylenia "rozrachunków inteligenckich" (a także literatury partyjnej, na przykład Odwety Kruczkowskiego) nawet w projałtańskim Popiele i diamencie Armia Krajowa była traktowana z umiarkowanym szacunkiem i jeśli nawet mit AK został w latach pięćdziesiątych poddany brutalnej propagandowej degradacji, tylko go to wzmocniło. Po roku 1956, gdy mitologia kresowo-wileńska (Konwicki), a także - paradoksalnie - dwulicowa apoteoza podziemia w prozie Bratnego przydały mu nowych barw, legenda AK dla wielu pisarzy stała się jedną ze "stref chronionych". Nic zatem dziwnego, że Herbert - jak wspomina Giedroyc - zrobił Miłoszowi "dziką awanturę", "kiedy Miłosz użył, u siebie w domu, określenia >>bandyci z AK<<". Nie znaczyło to, że mit "świętego konspiratora" nie był poddawany rewizjom (na przykład Wakacje kata Gierałtowskiego, Koralowce Strzeleckiego). Nie osłabiało to jednak samej legendy, która odżyła z całą mocą w 1981 roku, wspierając mitologie "Solidarności" i oporu po 13 grudnia. W okresie powojennym miały jednak miejsce co najmniej trzy radykalne przekroczenia legendowej wizji AK: sprawa Butów Szczepańskiego, Do piachu Różewicza oraz Nie trzeba głośno mówić Mackiewicza.
...Pod tytułem "Żarłocy znakomici w Polsce" czytamy:
U ks. Świdrygiełły trwał obiad sześć godzin i najmniej sto trzydzieści potraw zawierał... Gamrat, biskup krakowski, później arcybiskup gnieźnieński zjadał na jeden raz 12 kapłonów... Niejaki Bohdan, rządca dóbr czudnowskich, zjadał na śniadanie skopową pieczeń, gęś, dwa koguty, pieczeń wołową, ser i trzy chleby, przytem wypijał dwie miary miodu; obiad zaś jego składał się z dziesięciu porcyj wołowiny i kilku porcyj cielęciny i baraniny; po nich spożywał kapłona, gęś, prosię, pieczeń wołową, skopową i wieprzową... Pewien szlachcic z województwa malborskiego, wstawszy od obiadu, zjadał kopę jaj twardych albo pięć kuropatw...
...Jeszcze przed śmiercią pisarza pogląd na jego działalność wyrabiały sobie kolejne osoby: Gustaw Herling-Grudziński widział w nim zdrajcę, Czesław Miłosz oportunistę, a Kot Jeleński Konrada Wallenroda. Natomiast Zygmunt Mycielski eksponował w swoich zapiskach kwestię łapczywości na wszelkie zaszczyty i funkcje: "Jarosławowi zawsze mało. Chciałby mieć Nagrodę Nobla. Chciałby być ekscelencją, ministrem, ambasadorem, dostać jeszcze dużo orderów. W końcu nie on jeden. Znałem wielu takich. Nie wystarczy mu, że napisał dużo bardzo pięknych wierszy, że JEST poetą" (30 VII 1978). Jednocześnie Iwaszkiewicz jest też polskim pisarzem najsilniej utożsamianym z homoseksualizmem, ta kwestia pojawiała się w związku z nim częściej niż w przypadku innych twórców. I to zarówno w międzywojniu, jak i później. Powstawały nawet na ten temat dowcipy, różne wersje jednego z nich przypominali sobie po latach Mieczysław Grydzewski i Jan Lechoń: "Historię z Jarosławem znam w innej wersji. Jadą samochodem. Szofer zatrzymuje się. Co się stało? - pyta Jarosław. Przejechało chłopca - odpowiada szofer. A czy ładny? - pyta Jarosław" (2 IX 1950).
...We wszystkich bez wyjątku ludzkich kulturach i cywilizacjach walka człowieka z człowiekiem odgrywała zasadniczą rolę. Jesteśmy jednak dostatecznie rozumni, żeby wiedzieć, że dla naszego okrucieństwa musimy mieć jakieś usprawiedliwienie i zawsze je sobie znajdujemy. Historia ludzkiej myśli aż się roi od takich usprawiedliwiających różne potworności wywodów. Aztekowie okrutnie mordujący swoje ofiary mówili sobie, że muszą to robić, by ugłaskać bogów i uchronić świat przed zawaleniem sklepienia niebieskiego. Z kolei mordujący Azteków Hiszpanie powoływali się na swoją ewangelizacyjną misję. Uprawiali ludobójstwo w imię Chrystusa.
O degrengoladzie materialnej i intelektualnej polskiej nauki i uczelni
Smutki pokolenia czterdziestolatków aktualnie kasujących forsę, ale z nostalgią wspominających lata młodzieńczej kontestacji
FRONDA - autorzy i historia pisma
Gdy sześć lat temu ukazał się pierwszy numer "Frondy" z podtytułem "kwartalnik poświęcony", nikt nie mógł przypuszczać, że oto powstaje wpływowe środowisko opiniotwórcze. Tym bardziej że twórcami pisma byli dwaj dwudziestokilkuletni ludzie.
*** Lech NIEDZIELSKI - Kabaret Pasikowskiego
Gazeta Wyborcza - 1994.29.06
*** KUBA WOJEWÓDZKI GRA W TEATRZE
*** Grażyna Stachówna - Odrobina przyjemności, czyli o filmach rozkosznych
KINO
*** ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA - Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny
Gazeta Wyborcza - 1997.18-19.01
*** Tadeusz Konwicki - Kot Iwan
*** Jan Gondowicz - Koń rydzy ("Dziennik 1920" Izaaka Babla)
"Nieszczęściem Babla jest, że to nie żołnierz. Trafiwszy między nas, poczuł się oszołomiony, przerażony - i to dziwne, chorobliwe wrażenie inteligenta znalazło odbicie w »Armii Konnej«" - klarował Gorkiemu, a więc licząc się ze słowami, autentyczny bolszewicki "swój człowiek" Wsiewołod Wiszniewski.
*** Kazimierz Dejmek i "Dziady"
*** Adam Hanuszkiewicz
*** ELŻBIETA CZYŻEWSKA
*** Marcin Kołodziejczyk - Śmierć Aktora Pokoleniowego
Polityka - 14 czerwca 2011
*** Joanna Siedlecka - Jan Himilsbach
*** Idee w Rosji - Słownik encyklopedyczny
Res Publica - kwiecień 1996
*** Mentalność rosyjska - Słownik
*** Justyna Sobolewska - A Ty co czytasz w toalecie?
Dziennik - 22 grudnia 2007
*** DOROTA JARECKA - Jak Hitler walczył ze "sztuką zdegenerowaną"
Mówią Wieki - 11/2003
*** Kinga Dunin - LITERATURA POLSKA CZY LITERATURA W POLSCE?
"Ex Libris" nr 48, marzec 1994
*** Włodzimierz Odojewski - CZY LITERATURA POLSKA JEST NIEPOTRZEBNA?
"Tygodnik Powszechny" nr 14 - 3.04.1994
*** Dariusz Gawin - KŁOPOTY Z LITERATURĄ
"Ex Libris" nr 49, marzec 1994
*** Henryk Dasko - CO SIE STAŁO Z PISARZAMI
"Ex Libris" nr 51, maj 1994
*** Jerzy Sosnowski - BLADACZKA W KRAINIE LEGUINÓW
"Ex Libris" nr 50, kwiecień 1994
*** Kinga Dunin - Polska krytyka literacka czy krytyka literacka w Polsce?
"Ex Libris" nr 53, czerwiec 1994
*** Maciej Swierkocki - KULTURA HOT DOGA, CZYLI KOMPLEKS POLSKI
"Ex Libris" nr 54, czerwiec 1994
*** Pisarze niedocenieni - pisarze przecenieni - ANKIETA "KULTURY"
Kultura, nr 7-8, 1992
Na łamach "Rzepy" toczyła się ważka dyskusja
Czy zmierzch inteligencji?
Pewnie za lat 10 nikt już nie będzie rozumiał o co szło dyskutantom, więc czas był najwyższy na pewne podsumowanie może bolesnego, ale przecież koniecznego zaniku "cywilizacji kompleksu polskiego".
*** Bohdan Cywiński - Inteligencji nekrologi przedwczesne
Rzeczpospolita - 2000.22.04
*** Bronisław Wildstein - Przeciw skansenowi
Rzeczpospolita - 2000.13.05
*** Janusz A. Majcherek - Nowe elity na nowe czasy
Rzeczpospolita - 2000.15.07
*** BOGUMIŁ LUFT - Perypetie etosu służby
Rzeczpospolita - 2000.26.08
*** Lesław M. Kula - Przekleństwo zwichniętej struktury społecznej
Rzeczpospolita - 2001.17.02
*** IRENEUSZ KRZEMIŃSKI - Odrzucona misja Unii Wolności
Rzeczpospolita - 2001.21.07
*** Anna Karoń-Ostrowska - Inteligencki rachunek sumienia
"Rzeczpospolita" - 1996.12.03
*** Zbigniew Florczak - Niby są, a jednak ich nie ma
"Rzeczpospolita" - 1995.11.04
*** MARCIN KOŁODZIEJCZYK - Dzień literata
Polityka - 45/2002
*** Adam Leszczyński - Tresowanie inteligenta
Gazeta Wyborcza - 2011-06-13
Cóż za obraz się wyłania z owych tekstów? Dokonał się faktyczny podział dawnej inteligencji na dwie chyba coraz odleglejsze sfery. Odleglejsze i materialnie i duchowo. Klasę średnią, pracującą w biznesie, strukturach publicznych, świecie mediów i kultury, ludzi aktywnie angażujących się w życie III RP. Sfera ta rzeczywiście już dawno nie pamięta nocnych Polaków rozmów, czy lektur Konwickiego.
"Świat prawdziwych inteligentów" to w roku 2001 sfera budżetowa. Dla inteligentów z tego świata właściwie nic się po 1989 r. nie zmieniło. Wymierają oni na naszych oczach przepełnieni goryczą, frustracją, roszczeniowością.
*** Włodzimierz Odojewski - Kraina spraw nie załatwionych
"Rzeczpospolita" - 1997.26.07
Piękny przykład tzw. wschodnio-EUROPEJSKIEGO intelektualizmu.
Nasz miejscowy europejski myśliciel nie jest, jak w USA dobrze opłacanym ekspertem, lecz demaskatorem, prorokiem wołającym, pryncypialnym i totalnym nonkonformistą. Zwykle to jakiś pisarzyna czy inny humanista, co to musi koniecznie wstrząsnąć maluczkimi - ukazując, a to katastrofalny stan opery narodowej, a to znowu braki w rządowym programie restrukturyzacji rolnictwa. Wiecznie marudny, wiecznie bredzący o problemach, o których nie ma pojęcia.
Na szczęście nie musimy już oglądać w TV rozżalonych poetów, którzy "bardzo są rozczarowani Niepodległością".
Poza naszym krajem podobne matołki są chyba tylko we Francji.
*** Kłopoty z cudem - wywiad z Kazimierzem Orłosiem
"Rzeczpospolita" - 2001.09.01
Ale oni umierają.
A zostają nam geniusze pisarscy - Gretkowska i Stasiuk. I oni wygrają, bo mają za sobą prawa biologii.
I za lat 20, kiedy już wymrą Miłosz, Szymborska, Różewicz... Gretkowska uznana zostanie za klasyka. "Podwójne łechtaczki" Gretkowskiej może nawet do szkół trafią.
O III RP można też mówić z optymizmem
*** Andrzej Mencwel - Bronię Trzeciej Rzeczypospolitej - wywiad
FAKT EUROPA - 29.09.2004
*** Piotr Wierzbicki - Traktat o gnidach
*** ADAM MICHNIK - Gnidy i anioły
*** Piotr Wierzbicki - Spór z niańkami
*** Tomasz Łubieński - Nowy salon bywa gorszy od starego - wywiad
"EUROPA" - Dziennik - 2007-06-30
*** Tomasz Jastrun - Rodzina pod presją - rozmowa
"EUROPA" - Dziennik - 6 grudnia 2008
*** Cezary Michalski - Złudny urok antysystemowości
"EUROPA" - Dziennik - 10 stycznia 2009
*** Rafał Matyja - Jak ideologia "rodziny na swoim" zabiła polską prawicę - wywiad
"EUROPA" - Dziennik - 7 marca 2009
*** Jarosław Marek Rymkiewicz - Do Jarosława Kaczyńskiego
Rzeczpospolita - 21-04-2010
*** CEZARY MICHALSKI - Rymkiewicza zemsta na Polakach
Wprost - 1 sierpnia 2010
*** KRZYSZTOF MASŁOŃ - Pisane w czyśćcu (JERZY ANDRZEJEWSKI)
Rzeczpospolita - 19.04.2003
*** Krzysztof Masłoń - Nie uciec nam od losu (Czesław Miłosz)
Rzeczpospolita - 21.08.2004
*** Krzysztof Masłoń - Upiory z kamienicy Johna
Rzeczpospolita - 05-12-2008
*** Krzysztof Masłoń - Zerwane przedstawienie "Króla Ryszarda"
Rzeczpospolita - 26-02-2010
*** Krzysztof Masłoń - Ekscentryczny Norman Mailer
Rzeczpospolita - 17.11.2007
*** KRZYSZTOF MASŁOŃ - Wzlot i upadek Trumana Capote'a
Rzeczpospolita - 18.02.2006
*** Maciej Parowski - Ostatni komik Peerelu (Andrzej Mleczko)
*** Ewa Demarczyk - Gdzie odleciał Czarny Anioł?
*** JOANNA SIEDLECKA - WYPOMINKÓW CIĄG DALSZY
Próbował zarabiać, grając w karty na pieniądze, pisząc szybkie, sensacyjne książki pod pseudonimami, między innymi dla Władysława Huzika, który miał własne wydawnictwo, dla "Roju". Chciał robić "szmal" i o tym tylko mówił, co było jeszcze wtedy niepopularne, rzadkie. Książki przeszły bez echa, nie miał grosza, mieszkania, po kilku wywiadach zainteresowanie jego powrotem wygasło. Były nowe czasy, nowi ludzie, mało kogo już interesował. Każdy come back pisarski jest bardzo trudny i rzadko się udaje. Wielki, zwalisty, woził swą malutką, filigranową synową starym, rozklekotanym "maluchem", gruchotem. Najczęściej do Himilsbacha, na jego działkę w Karolinie. Basica była wściekła, bo oczywiście pili. Bardzo przybity, załamany, już tylko wspominał. Miał co. Nie udało się zakotwiczyć, wrócił do Kanady.
*** Joanna Siedlecka - Halina Misiołkowa i Zbigniew Herbert
*** Joanna Siedlecka - Kryptonim "Liryka" - Słonimski, Dygat, Konwicki
*** Joanna Siedlecka - Pan od poezji. o Zbigniewie Herbercie
*** Krzysztof Masłoń - Pomniki lubią tylko gołębie - rozmowa z Joanną Siedlecką, autorką książki o Zbigniewie Herbercie
Rzeczpospolita - 21.12.2002
*** Lidia Ostałowska - Mord w oranżerii
Gazeta Wyborcza - 1996/12/31
*** Czesław Miłosz - Zniewolony Umysł
(ALFA - CZYLI MORALISTA, BETA - CZYLI NIESZCZĘŚLIWY KOCHANEK)
*** Czesław Miłosz - Zniewolony Umysł
(GAMMA - CZYLI NIEWOLNIK DZIEJÓW, DELTA - CZYLI TRUBADUR)
*** Stefan Chwin - Strefy chronione - Literatura i tabu w epoce pojałtańskiej
Res Publica - październik 1995
*** JULIAN TUWIM - CICER cum CAULE CZYLI groch z kapustą - PANOPTICUM I ARCHIWUM KULTURY
*** Krzysztof Tomasik - PIERWSZY HOMOSEKSUALISTA PRL-U (Jarosław Iwaszkiewicz)
*** "Drapieżna małpa" - ze Stanisławem Lemem rozmawia Jacek Żakowski
Gazeta Wyborcza - 1994.19-20.02
*** Anna Bikont - "Szczęściarz na pięciu etatach"
Gazeta Wyborcza - 1998.06-07.06
*** Piotr Bratkowski - "Skowyt po Ginsbergu"
Gazeta Wyborcza - 1997.12-13.04
*** O dwóch takich z... - Grzegorz Górny, Rafał Smoczyński
"Życie" - 2000-12-15
Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zjawisko powyższe można już uznać za niebyłe. Skoro tak, to pozwalam sobie zamieścić cokolwiek chaotyczny wybór źródłowy.
Moje cytaty i notatki z przeczytanych książek
*** Szumy, zlepy, ciągi...
Zagłada australijskiej Lekkiej Brygady Kawalerii pod Galipoli, kilka cytatów z "Paragrafu 22",
straty ZSRR w II wojnie światowej, sprawa Nieczajewa, pogrzeb Dostojewskiego, czy Niemcy chcieli
utworzenia polskiego rządu kolaboracyjnego w 1939 r., "Sztuka i Naród" - pismo i polityka
*** Szumy, zlepy, ciągi - cz.II
Dane nt. produkcji uzbrojenia dla państw walczących w II wojnie św., jak wzrastał poziom picia wódy w Polsce
od 1925 r., dlaczego polscy żołnierze kochają Stalina i Hitlera, dlaczego autorytaryści wierzą w Boga, Kozły Ofiarne - dlaczego?
*** Szumy, zlepy, ciągi - cz.III
Sprawa polska a Noc Kryształowa, kalendarium dziejów Żydów w Polsce od 1876 r., stosunek ugrupowań politycznych Polski
XX wieku do mniejszości narodowych, obóz pracy w Jaworznie
*** Szumy, zlepy, ciągi - cz.IV
Co myślał przedwojenny redaktor Giedroyc o Żydach, Góralski Legion SS (!), stosunki polsko - żydowskie w USA w latach 1918 - 1921, antysemityzm międzywojenny w II RP
*** Szumy, zlepy, ciągi - cz.V
Marek Hłasko - buntownik czy grymaśny maminsynek, Fryderyk Nietzsche
nawołuje do masakry garbusów i mieszczan, "List filozoficzny" Piotra Czaadajewa,
stalinowskie wiersze Jana Brzechwy, prawdziwe fakty z życia Janosika, wzięcie w Emilcinie,
Kacper Hauser, kurlandzkie imperium kolonialne w XVII w., czy III Rzesza mogła zwyciężyć?
*** SPOŁECZNE KRYTERIA POLSKOŚCI - 1988-1998
OBOP Warszawa, lipiec 1998 rok
z pozytywów - wysokie pozycje kryteriów psychologiczno-kulturowych i dość niska pozycja kryterium religijnego
z negatywów - wciąż wysoka pozycja kryterium biologicznego
*** Andrzej Friszke "Nasz wiek. Bilans otwarcia"
"Więź"
...Procesy budowania świadomości narodowej, słabo dawniej zaawansowane, znacznie
nasiliły się w ciągu XIX wieku, ale około 1870 r. tylko 30-35% ludności mówiącej
po polsku czuło się i uważało za Polaków. Można przypuszczać, że następnych 40
lat przyniosło podwojenie tej liczby.
Ex Libris
Legendarny Paweł Jędrzejewski pisze o Aniołach i szczególnie ciekawej ich kategorii - Aniołach Upadłych
- kiedyś w Sieci, dziś już nie.
Za samo umieszczenie na witrynie artykułów o literaturze narodowej należy mi się Krzyż Grunwaldu od Kwaśniewskiego.
*** Piotr Siemion - MAŁY KSIĄŻĘ (o "Madame" Antoniego Libery)
Ex Libris 12/1998
...Madame, jakże pani jest sentymentalna. Jakże się pani wspina na paluszki, by dorównać Czarodziejskiej górze, tej starszej opowieści o inicjacji w dorosłość i historię. Z jakim zaparciem usiłuje pani przy tym stać się historycznym freskiem o niedawnych lecz dawnych latach, które upływały pod badawczym wzrokiem sekretarza Gomułki i premiera Cyrankiewicza z portretów po obu stronach państwowego godła nad tablicą szkolną.
*** Piotr Siemion - BOSKIE BUENOS (o "Światowidzu" Manueli Gretkowskiej)
Ex Libris 10/1998
...Cały zbiór nosi tytuł Światowidz, ale mógłby się nazywać jakoś inaczej, i też by było dobrze, jako że jest Światowidz książką niezobowiązującą. Więcej tam o zgubionej kosmetyczce i śmierdzącym słoniu na rynku w Figo-Fago niż o febrze, polach minowych i skorpionach. Autorka, trochę nastolatka z plecakiem, ale trochę już czterdziestka w białych dżinsach, z biletem powrotnym w kieszeni stąpa przez bazar pełen egzotycznych bulw i niezrozumiałej kląskającej mowy albo zagląda do przedsionka świątyni, gdzie Budda, jak porządny Budda, uśmiecha się do niej tajemniczo.
*** Piotr Siemion - PERSPEKTYWY ROZWOJU MAŁYCH MIASTECZEK (Andrzej Stasiuk - Dukla)
Ex Libris 5/1998
...Czego Stasiuk nie mówi, to tego, że Dukla jest cmentarzyskiem. Czyta się Duklę jak Sklepy cynamonowe po Shoah - na tyle długo po Shoah, że zatarły się ślady Demiurga i Księgi nad wzgórzami i chałupinkami, i jest tylko to, co jest, zima, odpust, wino w sklepie, las stoi tam, gdzie stał. Po miejscowych Żydach został popiół i mur synagogi, po banderowcach fundamenty chałup i osmolone belki cerkiewki. Po nich, nieobecnych, przyszedł inny świat.
![]()
*** Kinga Dunin krytykuje
Ex Libris
Kilka tekstów i recenzji Kingi Dunin. Bez ładu i składu to skomponowałem.
Recenzje przenikliwe, ostre, piękne. Szczególnie uderzająca jest recenzyjka (!) tomu Naszej świętej Krowy z Berkeley.
Swoją drogą nie mogę się powstrzymać, by czegoś nie zauważyć. W "Wysokich Obcasach" p. Dunin zamieszcza brutalne, antymęskie felietony. Tekstom tym towarzyszy malutkie, acz smaczne zdjęcie autorki.
Widziałem Kingę Dunin niedawno w TVP. To zdjęcie chyba zrobiono 40 lat temu, jeszcze w czasach wczesnego Gomułki, kiedy p. Dunin wraz z p. Janion, pod opiekuńczymi skrzydłami premiera Ochaba niszczyły recenzjami pierwsze wydane tomiki Herberta. Nie ma co udawać.
*** Manuela Gretkowska - KABARET METAFIZYCZNY, fragment
Wydawnictwo WAB
...- Beba, będąc cudem natury - bezlitośnie kontynuował Giugiu - czyli mając dwie łechtaczki, pragnie poślubić mężczyznę o dwu członkach. Skoro w Paryżu żyje Beba o dwóch łechtaczkach, czemu by nie miał gdzieś żyć upragniony przez nią mężczyzna. Tym bardziej że natura stworzyła już kangura - zwierzę obdarzone dwoma pokaźnymi narządami kopulacyjnymi.
Całkiem nie z Ex Librisu, ale to Odkrycie Kingi
Czytaj młodzieży polska, takie dzieła zachwalano koło ROKU 1989 przerażonej NOWYMI CZASY publiczności.
Ech, gdzie te czasy, kiedy Gretkowską przedstawiano jako bluźnierczynię i czołową pisarkę
feministyczną. Pozostała z tej legendy tylko cena - 13 złotych!!!
![]()
*** Włodek Goldkorn - DZIĘKUJĘ GEN. MOCZAROWI
Ex Libris 02/1998
...Tak się też ma sprawa z polską kulturą po Marcu. I z pokoleniem ludzi (wówczas młodych), którzy mieli szczęście być z Polski wyrzuceni. Generał Moczar i jego ludzie chcieli odizolować kulturę polską i Polskę od Zachodu, tymczasem zbudowali most na Zachód. A także sprawili, że mogłem żyć normalnie.
...Centralna postać, pani Seidenman, jest uosobieniem tego typu Żyda, który jest najdroższy sercu znacznej liczby polskich liberałów. ...ani nie wygląda, ani nie zachowuje się jak Żydowka, ani nawet specjalnie się za nią nie uważa. "Złotowłosa piękność o błękitnych oczach i szczupłej figurze" (...) Jej serce "przepełnia wdzięczność dla losu, że uczynił ją Polką".
...Jest to kosmopolita, który postanowił uczestniczyć swoim pisarstwem w budowie nowej Europy, postanowił jakoś budować mosty. Wiec powyciągał i świństewka Żydom i Polakom, pokazał paru dobrych Niemców, a nawet napisał wyjątkowo hołdowniczy i duszoszczipatielnyj artykuł na temat von Stauffenberga, któremu kiedyś w Polsce jakąś tablicę odsłonięto dzięki inicjatywie lokalnej mniejszości niemieckiej.
Pretensje poety Śliwonika. O poecie tym po raz pierwszy i ostatni usłyszano na przełomie lat 50/60. Redaktorzył w pisemku "Współczesność" i drukował zamordystyczną poezję. Dziś powraca by wymierzyć sprawiedliwość światu widzialnemu.
Jakiś czas temu usłyszałem w TOK FM, iż rycerze politycznej poprawności w USA wzięli pod lupę Massachusetts Institute of Technology, 6 uczelnię amerykańską w rankingu. Okazało się, że na tej jakby nie było politechnice studiuje 5% kobiet. Nie zważając, że Wilson opublikował swoją "Socjobiologię" już w 1975 r. rozpoczęto akcję afirmatywną. Owa akcja, jak wiadomo polega na przyjmowaniu kandydatów z kiepskimi wynikami egzaminów SAT, ale posiadającymi "pochodzenie" etniczne, rasowe, płciowe.
Po pewnym czasie wskaźnik studiujących kobiet doszedł do... 45%.
Czujecie ten klimat kochani, tu jakiś pajac wykłada teorię superstrun, a na sali siedzą same dyskryminowane kobitki i robią sobie pazurki lakierem.
Tak giną imperia...
...Nie wiem dokładnie, jakie zajęcia odbywają się na warszawskim wydziale "Gender Studies"; na wszystkich jednak wydziałach o tej nazwie, jakie znam, polegają one, po pierwsze, na pełnym oburzenia oskarżaniu kultury zachodniej, w tym nauk ścisłych, o systematyczne, zakodowane nawet w języku, jakim się posługujemy, poniżanie, wykluczanie, zniewalanie, lekceważenie i prześladowanie kobiet; po drugie, na próbach zmieniania języka przez fiat, by dopasować go do ideologii "nowego oświecenia"; po trzecie, na wykładaniu postmodernistycznej feministycznej teorii literackiej, która z kolei polega na reinterpretacji ludzkich działań według tezy, że płeć tłumaczy wszystko.
...Lecz patriarchat trzyma się mocno. W Ameryce tylko 11,4% profesorów zwyczajnych z dożywotnio zapewnionym stanowiskiem (tenure) to kobiety; czy wiedziała Pani o tym? Jedenaście procent! To zdumiewające. Moim zdaniem jest to wynik oddziaływania patriarchatu. Dopóki powszechnie uważa się za oczywiste, że w dziedzinie intelektualnej najwyższe pozycje przypadają mężczyznom, dopóty mężczyźni, którzy pragną zniesienia patriarchatu, powinni unikać obejmowania eksponowanych stanowisk w dziedzinie feminizmu. W przeciwnym razie znaczyłoby to, że nie rozumieją, o co w feminizmie chodzi.
...Ja naprawdę zazdroszczę Andrzejowi Stasiukowi, który mógł powiedzieć, że zmarszczki na jego twarzy oznaczają dojrzałość, bo jego doświadczenie zostało wypisane na twarzy. Moje zmarszczki będą najwyżej oznaczać, że się zużyłam. Tego, że mógł napisać opowiadanie, w którym stara kobieta krzyczy: "Bóg jest chłopem". Tego, że może przedstawiać wizję erotyzmu taką, jaka mu się podoba, gdzie mężczyźni są hiperseksualni, a kobiety pijane albo milczące. Nie musi się tłumaczyć, dlaczego jego bohaterowie, mężczyźni, jakby to rzec, uprzedmiotawiają kobiety.
...Julia Kristeva np. mówi o ujawnieniu się języka matriarchalnego (przedlogicznego). Językiem matriarchalnym mówią: dziecko, wariat, eksperymentator, awangardowy poeta. Sugeruje się, że racjonalność (logocentryzm) to żywioł męski, pojawienie się zatem takich zjawisk literackich, jak strumień świadomości, pisanie automatyczne, wyczulona na szczegół proza poetycka, kryzys fabuły itp. oznacza wzrost żywiołu kobiecego w literaturze.
Swoją drogą jakie to straszne, że o XIX-wiecznych trendach feministycznych i antyfeministycznych w polskiej literaturze mają świadczyć jakieś przerażające powieścidła Orzeszkowej i Kraszewskiego.
...Na poznańskiej historii sztuki około dziewięćdziesiąt procent studentów to kobiety, niemalże odwrotnie jest wśród wykładowców, wśród których znajduje się tylko jedna kobieta. Struktura ta odzwierciedla podział na mistrzów i uczennice. Mistrzowie bowiem potrzebują kobiecego zwierciadła, zachwytu, cichego uwielbienia. Także wśród doktorantów dominują mężczyźni. Panuje pogląd, że lepiej ich przyjmować, bo kobiety rodzą dziecko i nie kończą doktoratu, albo przedłużają jego pisanie. Wychowaniem dziecka wciąż jeszcze w naszym społeczeństwie obciążona jest kobieta. Niestety, problem radzenia sobie jednocześnie z domem i karierą nie dotyka lub dotyka w małym stopniu mężczyzn mających dzieci. Kobietom, które próbują łączyć rolę matki z rolą naukowca, wyraźnie daje się do zrozumienia, że tych rzeczy połączyć się nie da. Sama, starając się o urlop macierzyński przy drugim dziecku, usłyszałam: "albo nauka, albo dzieci, na coś trzeba się zdecydować." O podobnych reakcjach pisze w swym tekście Anna Kohli i zwraca uwagę, jak często kobiety, mające dzieci, muszą zrezygnować z kariery. W ten sposób macierzyństwo staje się czynnikiem hamującym lub uniemożliwiającym karierę kobiet na wyższych uczelniach. Jedna z moich znajomych, po doktoracie, nie została zatrudniona na uniwersytecie. Stwierdziła, że i tak nie mogłaby podjąć tej pracy, bo ktoś musi utrzymać rodzinę i męża naukowca. Przerwa innej, spowodowana dłuższym okresem zajmowania się dzieckiem, poskutkowała utratą zainteresowania ze strony promotora oraz w efekcie nieobronioną pracę doktorską.
...Jutta Brückner proklamując kino pornograficzne związków "współzależności pomiędzy seksualnością a językiem, seksualnością a wiedzą, seksualnością a spojrzeniem" postuluje pokazanie "cielesnego szczęścia i zmysłowości, choćby zniekształconej, całego ciała". Rezygnując przy tym z wymiaru czysto wzrokowego, feministyczna estetyka porno powinna być nastawiona na inne, bogatsze formy percepcji. Pamiętając, że "zmysłowość, o której tu mowa, tkwi bardziej w przestrzeniach między obrazami, aniżeli w nich samych", spełniając postulat "somnambulizmu", o którym mówi Irigaray, pornograficzne filmy robione przez kobiety uchylają zamknięte dotąd przed nami drzwi, abyśmy mogły "nie tylko czuć, lecz także widzieć". Kobiecy język filmu pornograficznego, jak i język przeżywania kobiecej seksualności w ogóle, pozostaje w sferze projektów. Jedną z podstaw jego tekstualnych wyznaczników są stosowane dzisiaj w analizach filmowych teorie pisania kobiecym ciałem, jak ecriture feminine. Feministyczne koncepcje przerywają obieg wymiany i akumulacji "towarów" (takie rozumienie pornografii formułuje Jutta Brückner i Luce Irigaray), który odbywa się w tradycyjnej pornografii i pokazują twórczą rolę kobiecego libido, obecną w kulturze i przekształcającą jej paradygmat.
...Wariatki trudno poważnie traktować. W tej roli obsadziły się zresztą same. Nie można przecież brać na serio publicznych zapewnień Kazimiery Szczuki, że prowadziła teleturniej "Ostatnie ogniwo", by obalać patriarchalną strukturę w programie. Ten przerost formy nad treścią w wypowiedziach polskich feministek stał się już anegdotyczny. Wśród studentów socjologii Uniwersytetu Warszawskiego krąży dowcip, że profesor Magdalena Środa nawet w kształcie paczki papierosów potrafi zobaczyć objawy dyskryminacji kobiet. O Manueli Gretkowskiej, pisarce i założycielce Partii Kobiet, opowiada się natomiast w Warszawie, że kiedy jechała samochodem i mijające ją "szowinistyczne świnie" błyskały do niej światłami, była przekonana, że to zemsta za głoszone poglądy. Do głowy jej nie przyszło, że po prostu zapomniała włączyć świateł. Do historii polskiego feminizmu przejdzie anegdota o społecznym wyobcowaniu Kazimiery Szczuki. Na jednej z imprez zorganizowanej w domu naczelnego "Krytyki Politycznej" Sławomira Sierakowskiego krążyła ponoć kilka minut naokoło dwóch lesbijek z popegeerowskiej wsi, aż w końcu mocno podekscytowana wypaliła: - Boże, wy naprawdę mieszkacie w pegeerze?
Feministki polskie narzekają na patriarchat, seksizm, ale fakty są takie, że problemem nie jest brak zrozumienia ze strony mężczyzn, ale samych kobiet
nie-feministek. Kobieta polska jest istotą do bólu konkretną (w tak trudnym kraju jak Polska kobiety nie mogą sobie pozwolić na niekonkretność,
hi, hi). Zaś feministki polskie to grupka paniuś intelektualistek, które pochłonięte są zwykle abstrakcyjnymi zagadnieniami, a nie konkretną "społeczną robotą".
Ileż kobiet w Polsce jest zainteresowanych rozważaniami na temat mistycyzmu
krwi miesięcznej, mitu Bogini Matki czy damskiej pornografii? Ileż ośrodków pomocy dla kobiet ofiar gwałtu czy przemocy
(tak jak w USA) założyły polskie feministki? Właściwie czym konkretnie zajmują się
feministki polskie, prócz organizowania manif i konferencji?
Feministki salonowe czyli intelektualistki-skandalistki z show-biznesu
...Życie ją mocno wtedy doświadczyło. Przyjechałam do Paryża, gdy Manuela już wróciła do Polski, ale wśród emigracji nadal krążyły legendy o tym, w jakiej nędzy żyła - mówi zaprzyjaźniona z nią Jolanta Kilian z poznańskiego Teatru Ósmego Dnia - po tym, jak zostawił ją mąż, nie miała w nikim oparcia. Sprzątanie w tanich hotelach, podmywanie staruszek, dziwne i krótkotrwałe zajęcia. Wyjeżdżając z Polski pod koniec PRL z hasłem "strzelaj lub emigruj", absolwentka filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego nie miała pojęcia, że w Paryżu przeżyje tak ciężkie chwile.
Gretkowska to niewątpliwie kobieta po przejściach. Można zrozumieć jej skandale i parcie na szkło. Gdyby nie odniosła "sukcesu" mogłaby całe życie podmywać staruszki w Paryżu.
...W nobliwej instytucji naukowej, jaką jest IBL, doktorantka Kazimiera Szczuka spotyka się z dość powszechną krytyką. - Przynosi mierne referaty, które sprawiają wrażenie wypracowań pisanych na kolanie i nie spełniają rygorów naukowości - mówi jeden z pracowników naukowych, prosząc o zachowanie anonimowości. - Jej zainteresowania odbiegają od typowej aktywności badacza literatury. A jednak do sprawozdania rocznego IBL wpisano jako osiągnięcie jej książkę o aborcji "Milczenie owieczek". - Delikatnie mówiąc, jako pracownik naukowy Szczuka jest kompletną pomyłką - uważa docent Borkowska. - Kazia potrafi być dowcipną, miłą, uroczą koleżanką, jednak w życiu naukowym instytutu jest nieobecna. Blokuje etat i nie bardzo wiemy, do czego jej to potrzebne.
Podobno wielkim marzeniem Kazi jest to, by opinia
publiczna uznała ją za następczynię Marii Janion. Jak na razie się na to
nie zanosi.
Fragmenty 27, 29, 30. Co się stało z odcinkiem 28, pojęcia nie mam.
...W Polsce trwa obecnie nagonka na jednego z najwybitniejszych pisarzy polskich - Łysiaka. O tym, iż Łysiak jest jednym z najwybitniejszych pisarzy polskich, można dowiedzieć się z wywiadu z Łysiakiem, który opublikowała "Gazeta Polska". Z tego samego źródła pochodzą informacje o nagonce na Łysiaka. "Od kilku miesięcy nie było prawie tygodnia - powiada w wywiadzie Łysiak - żebym nie oberwał w którymś z mediów. Myślę, że potrwa to jeszcze długo". Istotnie. Wystarczy wziąć do ręki jakąkolwiek gazetę, by zorientować się, że nie ma tam ani słowa o Łysiaku. Łysiak jest w każdej gazecie i na każdej stronie przemilczany. Nagonka ta powtarza się w każdym numerze każdego dziennika, tygodnika i miesięcznika. Nie nagonka, a prawdziwa obława na Łysiaka trwa w radiu i telewizji. W Łysiaka wymierzone są wszystkie audycje muzyczne i sportowe. Łysiaka nie przypadkiem nie ma w Randce, w ciemno i nie ślepym trafem nie zwycięża on w Kole fortuny. O Łysiaku z premedytacją nie mówi się w Wiadomościach, a prognoza pogody jest zawsze nie dla niego. Spikerki specjalnie robią miny prześladujące Łysiaka, a reklamy blokują przeznaczony dla Łysiaka czas antenowy.
...Jak powstaje krytyk literacki? Podstawowe i rzecz jasna stare pytanie brzmi: czy w ogóle istnieje ktoś taki, kto został krytykiem literackim, ponieważ marzył o tym od dziecka? Czy jest ktoś taki, kto od urodzenia pragnął zostać krytykiem teatralnym? Czy w ogóle można celem życia uczynić pragnienie bycia recenzentem sztuki obojętnie jakiej? Zapewne nie, ale to, że nie, nie musi być źle. Rozumowanie moje w żadnym wypadku nie zmierza w sławetnie trywialnym kierunku, wedle którego krytycy literaccy są niespełnionymi pisarzami, krytycy teatralni niespełnionymi reżyserami, krytycy filmowi niespełnionymi filmowcami. Rozumowanie moje nie zmierza w tym jałowym kierunku, tym bardziej że - bez żadnych wątpliwości - krytykiem zostaje się - tak jest - z niespełnienia. A rzecz w tym, jak niespełnienie to zostaje użyte, sfunkcjonalizowane, zwaloryzowane, przekute i przetopione w prawdziwe pisarstwo krytycznoliterackie. (W końcu spełnionym pisarzem też się zostaje głównie z niespełnienia). Osobiście bardziej mnie ciekawi "krytyk z niespełnienia" niż "krytyk z urodzenia". Tym bardziej że ten drugi w przyrodzie nie występuje wcale.
...Buła jest śmierdzielem. Wszystko, co nosi, jest za ciasne, bez koloru i wybłyszczone. Ciągnie się za nim smród stęchłego tłuszczu i niemytych organów. ...Czas po wojnie wyrzucił Jurka na margines. Uczył się w gimnazjum ojców marianów na Bielanach, szkole z internatem, stanowiącej azyl dla młodzieży z wydziedziczonego ziemiaństwa, miejskiego patrycjatu. Potem było, jak było. Siedział w więzieniu za jakiś wyskok, junak w hufcach Służby Polsce, trzyletnia służba w marynarce wojennej. Mieszkał w sublokatorskich pokoikach. Żył z dnia na dzień. Karmił wyobraźnię przeszłością. Zagończykami z Dzikich Pól, rębajłami ze szlacheckich sejmików, hulankami i oryginałami z albeńskiego kręgu księcia Karola Radziwiłła "Panie Kochanku", bohaterami powstań narodowych, po wojnie walczącymi z komuną, Młotem, Zaporą, Szarym, Nurtem. Nabrał cech człowieka podziemia, wojny. Nosił się w andersowskich battledressach i oficerkach, trzaskał obcasami jak zawodowy rotmistrz, nogi miał nieco pałąkowate, co stwarzało pozory wieloletniego zespolenia z wierzchowcem.
...Duda-Gracz lubi się powoływać na polskość (arte-polskość?)
swoich obrazów, a nowobogacka publika najwyraźniej uważa, iż malowane olejnymi
farbami karykatury to absolutnie coś najlepszego, na co stać polskich malarzy.
Beksiński - zainspirowany zachodnimi okładkami książek science-fiction - mozolnie,
z dbałością o iluzję, maluje infantylne wizje zjawisk nadprzyrodzonych, fantastycznych
ruin, potworów. Jego ambicją jest dostarczenie widzowi emocji pokrewnych tym,
jakich doznaje się oglądając kasety video z amerykańskimi horrorami. Pretensjonalny
typ artystowski (czyli "Jestem Wielkim Artystą") w ramach ARTE POLO prezentuje
Franciszek Starowieyski. Już sam strój mistrza - szyja opleciona kolorową chustką
- wywołuje piorunujące wrażenie na widzach...
Tak się właśnie dzisiaj buntuje młodzież, pisząc manifesty oskarżające kurator X o to, że jest psita, a krytyk Y to wał.
Dobrze odrobili lekcję "bruLionu".
...Gitowcy nie są jednak po prostu tylko grupą przestępczą. Można mówić raczej o tym, że świat przestępczy służy im inspiracją i dostarcza wzoru dla rytuału i języka. Subkultura gitów pojawiła się jako odrębne i rozpoznawalne zjawisko na początku lat 70-ych. Głównie w dużych miastach i gł. w środowiskach robotniczych. Stosunkowo najwięcej gitów rekrutowało się spośród uczniów szkół zawodowych, przyzakładowych. Chcąc podkreślić swoją grupową tożsamość gitowcy ubierali się w ortalionowe, lekkie kurtki z kołnierzem z włóczkowego ściągacza (tzw. szwedki) oraz spodnie zaprasowane na kant. Nosili krótkie włosy lub fryzury "na małpę". Ważną rolę (podobnie jak u skinheadów) odgrywał tatuaż, zwł. kropki na dłoniach i palcach oraz na twarzy. Najważniejszym znakiem rozpoznawczym była kropka przy lewym oku (tzw. cyngwajs). Inne to np. kropka na zewnętrznej stronie dłoni między kciukiem i palcem wskazującym, która oznaczała związek nosiciela ze środowiskiem złodziei, czy kropka na czole między brwiami, która oznaczała, że nosiciel jest "świrem" (wariatem), czyli kimś, kto nie cofnie się przed żadnym czynem. Gitowcy tworzyli niewielkie, kilkunastoosobowe społeczności, akcentujące silny związek ze swoim miejscem zamieszkania. Im węższy krąg i bliższa okolica, tym ściślejsza więź.
Kto przeczytał do samego końca może śmiało nazwać się prawdziwym postmodernistą.
Ale znowuż na mieście mówią, że postmodernizm dawno niemodny.
My Polacy zawsze 10 lat za Murzynami...
Ezry Pounda przygoda z faszyzmem
...Henry Ford to jeden z tych amerykańskich antysemitów, z którymi Pounda łączy coś więcej nie tylko powierzchowne podobieństwo. Pound zawsze wyrażał się o nim pochlebnie, a w "Canto LXXIV" na półce zacnego burmistrza miasta Wörgl obok Dantego i Heinego pojawia się autobiografia Forda. W latach 1920-1922 na łamach "The Dearborn Independent", tygodnika Henry'ego Forda, ukazała się seria artykułów antyżydowskich. Biografowie Forda tak oto scharakteryzowali tę serię: "Główną tezą artykułów jest istnienie międzynarodowego spisku Żydów, których tajne przywództwo dąży do rozpętania wojny, rewolty i chaosu i zniszczenia wszystkich poza wyznawcami Mojżesza w celu przejęcia kontroli nad światową polityką, handlem i finansami". Kiedy czytamy o "tajnym przywództwie" rasy, przypomina się stosunek Pounda do "Wielkich Żydów" i Meyera Anselma. Podobnie jak Pound, redaktorzy "The Dearborn Independent" twierdzili, że nie występują przeciw Żydom
...Włodzimierz Majakowski, Louis Aragon, Pablo Neruda, Jean Paul Sartre, Zygmunt Bauman, Mieczysław Jastrun, Władysław Broniewski, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Adam Schaff, Tadeusz Kroński... Ta lista naprawdę nie jest listą proskrypcyjną, to raczej lista chwały, znajdują się przecież na niej tuziny noblistów i setki rektorów wyższych uczelni (a nie jedynie Heidegger, znany wszystkim studentom filozofii i omijany w uliczkach Hadesu).
Ale co tam Bangladesz! Ostatnio Zanussi przechwala się (!) zaproszeniem do jury na festiwalu filmowym w Kazachstanie!
*** KRZYSZTOF ZANUSSI - O KRYTYCE FILMOWEJ
Niezwykły popis artystycznego narcyzmu reżysera Zanudzi. O jednym z
najciekawszych krytyków filmowych mówi: Kałużyński, krytyk na usługach partii... był
człowiekiem wszetecznym i dziennikarzem wszetecznym... Kałużyński miał
wielkie pragnienie destrukcji, on chciał świata, w którym wszystko by było
rozrywką, w którym nie ma żadnych wartości. Słodka jest zemsta po
latach... O negatywnych recenzjach w czasach PRL mówi: Władza już nie
chciała bronić pewnej hierarchii w sztuce, której dawniej broniła nawet
wtedy, kiedy ta sztuka nie służyła jej bezpośrednio. Prawdziwa kampania
nienawiści przeciw Boskiemu zaczęła się jednak za demokracji: wolna prasa
na całym świecie uprawia zwalanie z piedestału, deptanie autorytetów. Komuno
wróć?
Jakoś tak się przyjęło, że kino polskie to Wajda i Zanussi. Wajda, wiadomo. To człowiek
na miarę Mickiewicza, Prusa, Miłosza, tyle że z innej branży. Ale czemu
Zanussi? Zrobił kilka dobrych filmów lata temu, wykreował się na autorytet
moralny i zamęcza nas wszystkich dobrymi radami.
Narzekanie na to, że tak go w Polsce nie lubią to wielka przesada. Bo gdzie poza Polską
można znaleźć kraj, w którym wieczorami chadza się na Dworzec Centralny a
za dnia bryluje w telewizji i tłumaczy czym są prawdziwe wartości?
...Spotykali się najczęściej w mieszkaniach Za Żelazną Bramą. To były małe mieszkania, stali więc stłoczeni, a na podłodze, między nogami dorosłych, przeciskały się na czworakach dzieci. Pewnego dnia ja też zeszłam na czworaki pomiędzy dzieci i w pewnym sensie tam zostałam. Rozumiałam już, o czym mówią, ale przeszkadzały mi kombatanckie żale po roku 1968, który stanowił dla nich, jak to nazywają socjologowie, przeżycie pokoleniowe. Wtedy, w roku 1972, 1973, 1974 o Komitecie Obrony Robotników nie było jeszcze mowy. Nie mieli nadziei na nic. Stali więc w tym ścisku, wymieniając poglądy, wyobrażenia, nadzieje, prognozy. I żony. Rodziły się potem dzieci, właśnie te, które na początku wieczoru plątały się między nogami stojących, a później zasypiały gdzie popadło. Nikt się nimi nie zajmował. Zaczęło mnie to wreszcie oburzać. Któregoś wieczoru zdałam sobie sprawę, że już nie akceptuję tego stylu życia. Wzięłam się za opróżnianie popielniczek, uprzątanie stert brudnych talerzy, mycie szklanek. Przestałam słuchać, miałam za złe. Po prostu - Wdowa Mozart.
...Pewnego wieczoru wróciłam do domu jak zwykle zmęczona, zła, niechętna do rozmów, po jakimś niepowodzeniu. Ona: - Był tu ten twój kolega, ten Józuś. Ale on dziwny chłop. Żony nie ma, dzieciów nie ma. A już starawy. Dziwny jakiś, gotować umie. Ja (zła): - Pani Honorato, niech mi pani da spokój, to pedał. Ona: - A co to pedał? Ja: - O matko! No, taki chłop, co z chłopem śpi!
...Kazio Kutz poszedł własną drogą, wyjechał na Śląsk. I co ja obserwowałem. Moczarowcy potrzebowali jakiegoś symbolu w filmie, jakiegoś chrześcijanina skrzywdzonego przez Żydów. Człowieka z ludu, którego wykończyła czy uniemożliwiła mu karierę "warszawka". Kazio został wyniesiony przez nich na rękach, prezydował jakimś gremiom, jakimś konwentyklom, zjazdom etc. I stał się, pewnie nie z własnej woli, przywódcą tych ruchów, które miały uwolnić naszych artystów chrześcijan od tzw. żydków, szeroko rozumianych, nie tylko rasowo, ale jako formacja kulturalna.
...Tak więc treścią Linii jest, czy raczej wypadłoby powiedzieć, ma być ocena działalności Michała Gorczyna, pierwszego sekretarza w okolicy niewymienionej z nazwy: "wszędzie w Polsce". Oto, co mu się zarzuca: sprowadza skądinąd dobrych specjalistów, zamiast posłużyć się miejscowymi partaczami; zmusza współpracowników, by się dokształcali, mimo że są już w wieku dojrzałym; nie liczy się z tutejszymi układami towarzyskimi i nie brata się na salonach. Poza tym jego metody samowolne: wybiera się niespodziewanie w teren i zaskakuje urzędników gminnych, że zamiast siedzieć w biurze, zaprawiają się w gospodzie. I wreszcie - sprawa osobista! Tak jest. Ten Katon, żonaty od lat trzynastu, zakochał się w lekarce tutejszego szpitala, ona zaś w nim i oto, co powiada on na ten temat: "dzięki tej miłości dojrzałem, nie jestem już gburem przebranym za dygnitarza, lecz stałem się człowiekiem".
Kałużyński, krytyk zawsze oskarżany o proreżimowość ocenia z niesmakiem właśnie proreżimową tendencyjność filmów Kutza.
Wajda wstrzymuje katyński projekt Glińskiego
Filmu nie udało się zrealizować.
...Okazało się, że głównym pirotechnikiem będzie brat pana Urbonasa, który właśnie zaczynał się uczyć tego fachu. Wybuchy w filmie wojennym są ważne, a kolejność odpalania ładunków kluczowa dla zdrowia aktorów. Niestety, ładunki wybuchały przypadkowo. Na przykład zamiast za plecami, to przed nosem kaskadera Tomasza Krzemienieckiego. Dużo szczęścia mieli aktor Mirosław Baka oraz operator Waldemar Szmidt: scenę strzelaniny mieli przetrwać dzięki tzw. szybom cukrowym, które bezpiecznie eksplodują, kiedy się do nich strzela. Ponieważ producent zamontował w oknach zwykłe szyby, po odpaleniu ładunków w powietrzu bryzgały kawałki szkła. Aktor został tylko niegroźnie draśnięty. Już dziesiątego dnia ekipa zaczęła wątpić, czy producent superprodukcji, szczególnie ze strony litewskiej, traktuje ją zupełnie serio. Zwłaszcza gdy rozeszła się plotka, że za pieniądze filmowe kupił sobie autobus, który wykorzystywał komercyjnie. Trwogę wzbudziły informacje, że na Litwie ma zobowiązania finansowe i agresywnych wierzycieli.
...Słowiński tłumaczył aktorom, że nie może zapłacić, bo nie dostał pieniędzy z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Ale w piśmie PISF-u do "Gazety" czytamy, że pierwsza rata dotacji - prawie 3 mln złotych - trafiła na konto jego firmy w grudniu 2010 r. Co się z nimi stało? W PISF-ie nie wiedzą, bo Słowiński nie rozliczył się z wydatków. Powinien przedstawić umowy, rachunki i zapłacone faktury. Jeszcze tego nie zrobił. Po kilku miesiącach zdjęć zrezygnował z pracy w "Syberiadzie" ceniony w środowisku kierownik produkcji Jerzy Rutowicz. - Nie mogłem znieść pogardliwego stosunku Słowińskiego do ludzi. Powtarzał, że film to biznes, a w biznesie czeka się na pieniądze. Pamiętam taki moment podczas pracy w Sanoku, że Zaorski wyjął własne pieniądze, bo brakowało na dokończenie zdjęć - opowiada Rutowicz.
Tajemnicą poliszynela jest modus operandi tzw. "polskich producentów", który polega na tym, że na statystyczny polski film PISF daje 5 milionów PLN,
z której to sumy tzw. polski producent kradnie połowę, a za pozostałe drobniaki produkuje film. Często się zdarza, że po produkcji film w ogóle nie ma premiery, albowiem im mniej osób widzi film, tym lepiej dla tzw. polskiego producenta. Nikt bowiem nie zadaje głupich pytań. Np. jakim cudem superkameralny film Skolimowskiego "Cztery noce z Anną" z udziałem dosłownie kilku aktorów kosztował 7 milionów PLN? Gdzie się podziały te pieniądze? Skandaliczność produkcji "Tajemnicy Westerplatte" i "Syberiady polskiej" polega na tym, że tzw. producenci polscy zamiast kraść tylko połowę dotacji poszli na całość - ukradli wszystko.
Przypominam, że budżet PISF to rocznie 151 milionów PLN [2010 r.]. Niezwykle jest, że instytucja ta do tej pory nie została skontrolowana przez NIK i CBA na okoliczność defraudacji funduszy publicznych.
Zastrzeżenie (by nie było nieporozumień) - oczywiście, wielkie
są zasługi Herberta w tym, że:
* Kazimierz Brandys w latach 90-tych nie był postrzegany jako niezłomny bojownik o wolność i demokrację
* Michnik nie mógł popijać wódeczki z ubekami w aureoli Świętego Franciszka
* itd.
ale nie ma cienia wątpliwości, że wiele z tego co mówił i pisał było efektem
zawłaszczenia Go przez nasze polskie, żenujące środowisko prawicowe. Motorem
konfliktu Herbert-Miłosz ("zabójca intelektualny") ewidentnie byli
prawicowcy - Wołek, Trznadel, a nawet W. Łysiak (!!! - i z nim się przyjaźnił
pod koniec życia Herbert !! ). W archiwum "Życia" brak tekstów dotyczących
POEZJI, wszystkie interpretują Poetę politycznie. Stał się politycznym
argumentem w walce z "demoliberalizmem-postępowolewicowym" co
dobitnie zaświadcza o poziomie umysłowym tych ludzi i ich zaczadzeniu
ideologicznym ...Zbyszek nigdy nie zmienił języka swojej poezji. Nawet wiersze z "Raportu...", powstające w najgorszym okresie stanu wojennego, mówiły o rzeczywistości nie wprost, także włączały tamte wydarzenia w rozumienie przez niego całej historii, stosunku człowieka do losu, naszych zobowiązań. Ale w pewnym momencie zaczęło się używanie Herberta do bezpośrednich celów politycznych i upraszczanie jego poezji. Najwyraźniej to widać we wstępie do wywiadu Adama Michnika z Herbertem, przeprowadzonego w roku 1980. Później Michnik napisał esej o poezji Herberta, zamieszczony w "Dziejach honoru w Polsce", w którym sprowadzał tę poezję niemal wyłącznie do funkcji politycznej, do patriotycznego i politycznego świadectwa. Pamiętam, jak dostałem - w Wolnej Europie - do recenzji książkę Michnika. Nie chciałem jej pisać, bo byłaby to recenzja krytyczna, a Michnik był przecież wówczas prześladowany przez władze. Najbardziej uderzyła mnie w tym eseju naciągana interpretacja Herberta jako pisarza jednowymiarowego, politycznego.
...W jednym z późniejszych wywiadów telewizyjnych komentował swoją wypowiedź dla "Hańby domowej": "Ja swoją sławę czy niesławę zawdzięczam Jackowi Trznadlowi, który zrobił ze mną wywiad... Dlaczego ja napisałem tę brutalną w końcu wypowiedź? W tym wywiadzie powiedziałem to, czego przedtem nie mówiłem. Dlaczego nie mówiłem? Z pewnej taktyki życiowej. Miałem małą nadzieję, że wywołam jakąś dyskusję" (te słowa Herberta można znaleźć w ostatnim filmie Zalewskiego). Jeszcze w liście do Stanisława Barańczaka, napisanym w sierpniu i ogłoszonym we wrześniu 1990 w "Gazecie Wyborczej", pisał: "Jackowi Trznadlowi powiedziałem w wywiadzie, który dość pochopnie nazywasz niesprawiedliwym, a jest tylko brutalnym... ". Przez następnych kilkanaście lat nie miał Herbert ani jednej wypowiedzi w rodzaju: "żałuję tego wywiadu".
...Pamiętam, w latach dziewięćdziesiątych, kiedy przyszedłem do niego do domu, pokazał mi wiersz w maszynopisie pod tytułem "Chodasiewicz". Przeczytałem do połowy i zaskoczony powiedziałem: "Ależ Zbyszku, to nie jest wiersz o Chodasiewiczu, lecz o Miłoszu". Na co on rozjaśnił się, tak jak rozjaśnia się autor, który widzi, że czytelnik odgadł jego intencję twórczą.
...Czyli około 4 milionów obywateli żyło w warunkach dobrych, bardzo dobrych, choć nie luksusowych jak na Zachodzie. Była to przede wszystkim nomenklatura, ale także wolne zawody, lekarze, adwokaci, inżynierowie oraz ponad wszystko ustanowiona przez reżim elita pisarzy, artystów, plastyków, muzyków. Zarabiali oni więcej niż nomenklatura i do tego towarzyszyły im liczne przywileje w postaci wyjazdów zagranicznych, willi etc., nie mówiąc już o odznaczeniach w rodzaju Budowniczy Polski Ludowej, które wpływały na i tak już świetne emerytury. Pogrzeb zwykle na koszt państwa. Reszta, znakomita reszta, rzędu 33 milionów, żyła w niedostatku i nędzy. Chłopi mieszkali w przedpotopowych chałupach, poziom ich higieny był zatrważający. Często (ale nikt nie pokwapił się z ankietą, ostatecznie zwalczono tę plagę społeczną za pomocą setek tysięcy kursów) - byli i są to analfabeci. Ten szczegół należy wziąć pod uwagę w dyskusjach o poezji. Robotnicy mieszkali w osławianych hotelach, które tak zdumiały Ważyka, że rąbnął poemat. Warunki życia w tych prymitywnych jaskiniach były nieludzkie, lub może, aż nadto ludzkie - alkoholizm, prostytucja, kradzieże i morderstwa. Wyczerpanych fizycznie, upokorzonych moralnie pchano do różnych akcji współzawodnictwa i obdarzano odznaczeniami i pseudogodnościami. Byli to synowie rolników, nie wykształceni, ani zawodowo, ani ogólnie. Nadzieja mieszkania w większości przypadków była fikcyjna, a ich zarobki poniżej zaspokojenia prymitywnych potrzeb.
...Nie ulega wątpliwości, że to właśnie Herbert był w stanie wojennym poetą najważniejszym. Mimo że jak sam zauważył potem: "Jeśli dobrze pamiętam, nie napisałem niczego o generale, bo to nie mój genre". Jednak podstawowy zarzut wobec Herberta pod koniec lat 80. brzmiał: autor "Raportu z oblężonego miasta" to poeta nieznośnej patriotycznej pozy. Krytyk literacki Tadeusz Komendant, promujący z ogromną zawziętością pseudoawangardowych prozaików związanych z miesięcznikiem "Twórczość", powołał w roku 1988 "Ligę Obrony Poezji Polskiej przed Herbertem". Inicjatywa ta spodobała się redaktorom pisma "brulion", podziemnego pisma pokolenia dwudziestoparolatków. Zaprosili Komendanta na dyskusję o Herbercie ("Kamienny posąg komandora", "brulion" nr 10, wiosna 1989). Komendant oświadczał, że Herbert jest odpowiedzialny za konformizm poezji polskiej lat 60. (nie sposób powiedzieć, na czym, poza własną niechęcią do Herberta, opierał to przekonanie), z kolei reprezentanci "brulionu", przybrani w pseudonimy X i Y twierdzili, że Herbert to rzetelny poeta środka, choć często "ociera się o grafomanię". Y-grekowi najbardziej nie podobał się "Raport z oblężonego miasta": "To jest próba przekształcenia gówna w marmur" (kiedy Herbert wyda "Elegię na odejście" jeden z "brulionowych" poetów napisze: "Obojętne, z jakiego punktu zadawałoby się tej książce pytania, odpowiedzi będą tak samo mało interesujące i - ostatecznie zbliżone do banału").
...Najbardziej symptomatyczne i jednocześnie kompromitujące dla polskiego środowiska jest to, że nawet nie próbowano z Herbertem polemizować, ale unieszkodliwiano go rozpowiadaniem o nich rozmaitych okropnych rzeczy, które miały dowodzić, że z nim rozmawiać nie warto. Wedle tych opinii Herbert nie do końca wiedział, co mówi. A nie wiedział, bo albo wpadł w złe towarzystwo prawicowców, którzy namieszali mu w głowie, albo był nieżyciowym dziwakiem, albo nie rozumiał nowych czasów i logiki demokracji, albo był pięknoduchem odizolowanym od rzeczywistości, albo wreszcie po prostu zwariował. Jedno zresztą łączyło się z drugim. Skoro zwariował, to oczywiście staje się zrozumiałe, że przestawał w niestosownym towarzystwie ludzi z prawicy; a skoro przestawał w niestosownym towarzystwie ludzi z prawicy, to wynikało stąd ponad wszelką wątpliwość, że zwariował. Jeśli zaś czepiał się Miłosza, to też oznaczało, że musiał być wariatem, bo przecież tylko wariat może się czepiać Miłosza. Mechanizmy rządzące środowiskiem inteligenckim są groźne, i nie ma ludzi, którzy byliby przez nimi bezpieczni. Pewien mój znajomy słusznie zauważył, że Herbert wydawał się być postacią, której zmarginalizować nie sposób, a jednak i jemu dano radę - oczywiście nie całkowicie, ale w stopniu i tak zdumiewającym.
...Zbigniew Herbert: "Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca. Oszust intelektualny. Ideologia tych panów, to jest to, żeby w Polsce zapanował 'socjalizm z ludzką twarzą' . To jest widmo dla mnie zupełnie nie do zniesienia. Jak jest potwór, to powinien mieć twarz potwora. Ja nie wytrzymuję (...), ja uciekam przez okno z krzykiem".
...Sporą część tych lat Adam Michnik przesiedział w więzieniu. W przeciągu niemal dwu dekad był jedną z osób najczęściej i najdłużej represjonowanych przez komunistyczną władzę. Zawsze siedział za sprawę dobrą i słuszną; za swoje przekonania i działalność. Był czołową postacią opozycji demokratycznej. Świadomie wybrał taki los, ponosząc konsekwencje wielkiej odwagi, która w tamtych czasach miała rys zgoła straceńczy. Ryzykował wiele i za tę niezłomną postawę płacił cenę niemałą. Takiego właśnie Michnika darzył szczerą przyjaźnią i szacunkiem Zbigniew Herbert. To jego tytułował "moim najukochańszym przyjacielem". Dopiero późniejsza, tak poetę gorsząca ewolucja poglądów redaktora "Gazety Wyborczej", doprowadziła do dramatycznego i definitywnego rozejścia się niegdysiejszych, serdecznych druhów.
...Ja widziałem, jak malowano kolektywnie obraz (szkoła sopocka), na którym było bardzo dużo postaci, i to się nazywało Rok 1905. Nie malowali Świerczewskiego i nie malowali Bieruta, słowem mniejsze zło. Jeden z nich w czasie pracy mówił: Julek, skończyłeś już z tą mordą? To przesuń się, bo buty będę malował. - Tak właśnie było, i u Tyrmanda znajdzie się więcej anegdot. Andrzejewski starał się kiedyś wytłumaczyć, że dla niego komunizm był nocą pascalowską... Nie bardzo wiem, czy on wtedy pamiętał Pascala, czy tak był pod wpływem Żdanowa, że zapomniał, kim był Pascal. No, nie podszywajmy się pod metafizykę, nie nadymajmy się, mówmy o rzeczach prymitywnych językiem prymitywnym. Stare konie świetnie wiedziały. Pani, która napisała Noce i dnie, uważana za najlepszą polską pisarkę, mówiła zatroskana, że to nowe dziecko (prl) coraz bardziej podobne jest do sąsiada. Ale byłem na takim jubileuszu, kiedy przyszli do niej ludzie, przebrani za górników, i słyszałem, jak powiedziała, że dzięki Polsce Ludowej doznała radości wielkich nakładów.
...Dlaczego pan wystąpił w 1948 roku ze Związku Literatów?
Z powodu kłamstwa. Zatrąbiono na socrealizm. Nie miałem żadnych szans wydania tego, co pisałem w tym czasie, i prawdopodobnie uprzedziłem tylko wyrzucenie mnie ze Związku. Było tak: zabrano mnie na akcję niszczenia "kułaków" Przychodziły po prostu bojówki tak zwanych robotników, którzy nie byli robotnikami, i rabowały dobytek wrogów klasowych. Zabierano wszystko. Zboże ładowano na furmanki, które stały potem na śniegu i deszczu, zboże niszczało, to była ekonomiczna cena historycznego eksperymentu. Ja jako literat chodziłem z taką bojówką, bo chciałem zobaczyć i wiedzieć, jak to jest naprawdę, nie w gazetach. Chciałem się przekonać, kto ma rację. Duch dziejów czy zdrowy ludzki rozsądek. I sumienie.
...Poszli we trójkę na kolację do państwa Carpenterów, którzy między innymi tłumaczyli Herberta. Tam bardzo mocno pili. I oczywiście rozmawiali o Polsce. Bo wtedy ciągle się rozmawiało o Polsce. Wreszcie, kiedy już byli mocno pijani, Miłosz zaczął te swoje prowokacje o przyłączeniu Polski. Myślę, że dla żartu drażnił się ze Zbyszkiem. Ubóstwiał żartować, a wiedział, że Zbyszek jest w takich sprawach bardzo pryncypialny. Nieskończenie poważnie przeżywał cały dramat Polski od wybuchu wojny. Wszystko, co jakkolwiek godziło w jego uczucia do kraju, w jego oczach przybierało specjalne rozmiary. I wtedy nastąpił wybuch. Zbyszek eksplodował. Nie wiem, co Czesławowi powiedział, ale kiedy od Carpenterów wyszli, Janka nie chciała już więcej Zbyszka u siebie gościć. Zrobił wtedy jakieś straszne faux pas. Chyba dokładnie żaden z nich tego nie pamiętał, bo byli pijani. Ale zadra została i po latach zaczęto z niej robić polityczny użytek.
...Sam wybór "Wyborczej", a więc gazety, którą Herbert pryncypialnie odrzucał przez lata i deklarował, że nie chce mieć z nią nic do czynienia, na miejsce zwierzeń jego żony o nim właśnie, budzić musi co najmniej wątpliwość. Sytuacja ta prowokuje wrażenie, że skoro poeta nie dał się przełknąć za życia, to najbardziej wpływowe medium w naszym kraju próbuje uczynić to po jego śmierci, jako nieświadomy instrument wykorzystując wdowę po nim. Jednak to ci, którzy mieli wątpliwości na temat tego typu zabiegów wobec zmarłego, odsądzeni zostali od czci i wiary. W liście do redakcji "Rzeczpospolitej" Józefa Hennelowa z "Tygodnika Powszechnego" oburza się na Zdorta uznając krytykę zachowania wdowy za brak szacunku wobec jej męża. Zgodnie z tą interpretacją żona ma pełne prawo do decydowania nie tylko o tym, co i jak można czytać z dorobku jej męża, ale i o tym, jakie jego postawy mają być uznane za niebyłe. Tego podobno wymaga szacunek dla poety. Bardzo specyficznie pojęty to szacunek.
...A gdyby "Przesłanie Pana Cogito" nazwać "Pan Cogito nadyma się wielkimi słowami"? Czemu nie? Pan Cogito często bywał postacią pełną dystansu wobec siebie. I taki tytuł dla kultowego tekstu korespondowałby dobrze z wymową "Pana Cogito o cnocie" czy "Potwora Pana Cogito", gdzie doskonale ukazano bezsilność wobec bezkształtnego wroga i śmieszność osobników starających się walczyć o sens. Wszelkie Bądź wierny. Idź; masz mało czasu trzeba dać świadectwo; idź wyprostowany wśród tych co na kolanach - stałyby się przykładem podniosłych wezwań, nic nieznaczących wobec pustki codzienności, przykładem napuszenia i egzaltacji. Ale przecież patos graniczący z tromtadracją, wspięcie się na najwyższy diapazon w finale tomiku "Pan Cogito" były najwyraźniej celem Herberta, który miał talent i zamiłowanie do różnych na wpół aforystycznych zbitek słownych. I tym talentem szczodrze szafował. Ludzie chcą pieśni, motta dla swych działań, ruch społeczny potrzebuje haseł, człowiek musi wzruszać się swoimi szlachetnymi dążeniami. I temu służą niektóre nieudane modlitwy, okołokościelne pieśni, fragmenty wierszy, finały powieści, hymny.
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę idź wyprostowany wśród tych co na kolanach wśród odwróconych plecami i obalonych w proch ...Bądź wierny Idź
Dwa poetyckie życiorysy artystyczno-polityczne
...1951 rok. Czesław Miłosz, poeta i dyplomata PRL, wybiera wolność. Przyszłego noblistę atakuje reżimowa prasa. 4 listopada najostrzejszy atak w "Trybunie Ludu" przypuszcza Antoni Słonimski. Zarzuca Miłoszowi: "Godzisz w budowę fabryk, uniwersytetów i szpitali, wrogiem jesteś robotników, inteligentów i chłopów (...) Cieszy cię każde zło, bo to twój żer, bo płatny jesteś, aby je odszukiwać i rozgłaszać. Wrogiem jesteś naszej teraźniejszości, ale co cię przeraża najbardziej, to nasza przyszłość. Wiesz, że wykonanie planu sześcioletniego uczyni z Polski wielki i silny kraj socjalistyczny".
...Po śmierci Tuwima od napisania epitafium uchylił się nie tylko Wierzyński. Hemar napisał, że poeta "Sławił swoimi strofami Stalina, w plugawym pendant do swoich dawnych wierszy o Piłsudskim". A Grydzewski spierał się z tymi, którzy rozpaczali nad nagłą utratą przyjaciela. "Ja tego przyjaciela utraciłem osiem lat wcześniej" - mówił ze łzami w oczach. Poza wszystkim Tuwim umarł w nieodpowiednim momencie. Tuż po śmierci Stalina. Nad jego grobem przemawiał premier Cyrankiewicz, a ciało wystawiono w sali Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Mariusz Urbanek: "Umarł w najgorszym okresie i na długo zapamiętany został właśnie z tego okresu".
*** Marcin Świetlicki - zapis czatu
- Za chwileczkę. Po prostu więzienie jest jednak w twoim życiu, a więc i pisaniu, bardzo ważne.
- W tej chwili już nie jest aż tak ważne, ale wtedy, oczywiście, zmieniło moją osobowość. Utwardziło mnie. Zdecydowanie nabrałem cech mężczyzny. Wcześniej byłem chłopakiem, chciałem mieć długie włosy i chciałem być ładny. Patrzyłem w lusterko i podobałem się sam sobie. A jak już wyszedłem, to byłem zupełnie kimś innym. Właściwie dopiero wtedy stałem się tym chuliganem, do czego predestynowało mnie całe moje życie.
m.in. Rodzina Poszepszyńskich, kabarety Elita, Dudek, Tey, Egida, Jacek Fedorowicz
*** Kinga Dunin - KILKA SKOŚNYCH REFLEKSJI NA MARGINESIE DWÓCH TEKSTÓW WŁODKA GOLDKORNA, OBCHODÓW TRZYDZIESTEJ ROCZNICY WYDARZEŃ MARCOWYCH ORAZ ARTYKUŁU ANDRZEJA SZCZYPIORSKIEGO "MARZEC I POLACY"
Ex Libris 03/1998
*** Dyskusja internetowa o Szczypiorskim i "Początku"
Ex Libris 04/1998
*** Roman Śliwonik - "O terroryzmie literackim"
Magazyn Literacki
FEMINIZM !!!
oczywiście w takiej wersji, jak mi odpowiada
*** Agnieszka Kołakowska - "Brygady politycznej poprawności"
Rzeczpospolita - 2000.01.29
*** FEMINIZM JEST POLITYCZNY
Teksty Drugie
*** "Literatura jest rodzaju męskiego" - wywiad z Izabelą Filipiak
Magazyn Literacki
*** Jerzy Sosnowski - Joyce była kobietą, czyli dlaczego nie lubię pojęcia "literatura kobieca"
Magazyn Literacki
No nie mamy Dostojewskiego. No mamy podrzędną kulturę.
*** Agata Araszkiewicz - Kobieta w pornografii: feministyczne sprzeczności
OŚKa - Biuletyn
*** Luiza Łuniewska, Jolanta Molińska - Skandalistkom dziękujemy
Newsweek - 14/2008
*** Maja Narbutt - Manuela się wciela (Manuela Gretkowska)
Rzeczpospolita - 23.12.2006
*** Maja Narbutt - Kobieta upadła, wydanie poprawione (Kazimiera Szczuka)
Rzeczpospolita - 25.03.2006
*** Jerzy Pilch - "Bezpowrotnie utracona leworęczność"
Tygodnik Powszechny
*** Felietony (niektóre) Jerzego Pilcha z "Polityki"
*** Maria Nowakowska-Majcher - Robaki
Rzeczpospolita - 2002.02.16
Buła jest świntuchem. Wiesię klepał codziennie w pupę. Ja jestem za chuda, więc Buła paluchuje mój biust.
- Przyjąłem, bo chodziła i narzekała - punktuje paluchem moją pierś. - Ale najmniejsza awantura i wont.
- Ależ nigdy w życiu, panie dyrektorze - zarzekam się.
Ktoś doniósł mu, że każde z nas ma wyższe wykształcenie. Mamy w tym swój interes, więc przyjmujemy, że on się na swój sposób stara. Klepanie i paluchowanie jest na razie jedynym tego wyrazem.
Dwa miesiące nienawidziłam Buły. Było tak do dnia, w którym poznałam kawałek jego prawdy. Przechodziłam akurat Aleją Róż, kiedy Buła lokował w samochodzie swoją rodzinę. Najmłodsze z trojga jego dzieci cierpi na zespół Downa.
*** Marek Nowakowski - Nekropolis 2
*** SŁOWNICZEK ARTYSTYCZNY "RASTRA"
"Raster"
Bardzo śmieszny tekst. "Raster" to takie pisemko, którego autorzy chłoszcząc biczem satyry złapali środowisko artystyczne za pysk.
*** Mirosław Pęczak - Mały słownik subkultur młodzieżowych
*** Rafał Księżyk - Thomas Pynchon "Tęcza Grawitacji"
*** CHARLES BEREZIN - "Ezra Pound - poezja i polityka"
LITERATURA NA ŚWIECIE, nr 1 (162), 1985
*** Cezary Michalski - Klatka Ezry
"ARCANA", NR 6/1999
Żaden z nich nie znalazł się jednak, ani na chwilę, w klatce Ezry. W klatce Ezry znaleźli się jedynie Céline, Hamsun, Brasillach, Drieu la Rochelle; intelektualiści kolaborujący z nazizmem lub faszyzmem. Znaleźli się tam wyłącznie dlatego, że nazizm i faszyzm przegrały. Zatem, czy wydane na nich wyroki mają cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością? Czy nie stają się tylko odwróceniem zbrodni nazizmu, z którym współpracowali, dokonywanych w czasie, kiedy siła znajdowała się po jego stronie?
Tak sobie myślę, że w tym globalnym pośpiechu i zalewie intelektualnej tandety umykają nam prawdziwe skarby duchowej refleksji. Prezentuję garść cennych przemyśleń znanego obieżyświata i bywalca festiwali filmowych Krzysztofa Zanussiego, powstałych z okazji odniesienia zasłużonego sukcesu w egzotycznym Bangladeszu.
*** KRZYSZTOF ZANUSSI - Odpowiedź Matki Teresy
Polityka - nr 09/1999
*** KRZYSZTOF ZANUSSI - Podróż, do której nie doszło
Polityka - nr 06/2004
*** Krystyna Janda - Eliza i profesor Higgins
*** Krystyna Janda - Ona się za nas modli, czyli pani Honorata
*** Kazimierz Kutz - MARZEC 1968
*** Zygmunt Kałużyński - "Znikąd donikąd", "Linia" - reż. Kazimierz Kutz
Mamy oto kolejny dowód na to że tzw. "życie publiczne" jest w Polsce przede wszystkim sztuką robienia dobrego wrażenia i ustawiania się w odpowiednim układzie towarzysko-politycznym. Prawie wszyscy zapomnieli, że Kutz w latach 1968-80 był artystą proreżimowym i to do tego stopnia pro, że film Znikąd donikąd o oddziale akowskim walczącym z komunistami po 1945 r. określić można śmiało jako ostatnie dzieło stalinowskie, powstałe 20 lat po upadku socrealizmu. Siedlecka w Kryptonimie "Liryka" daje cytat z podsłuchanej w 1974 rozmowy Konwickiego i Dygata: Kutz jest cwaniakiem i karierowiczem. Jego bierna postawa nie wynikała z tego, że nie chciał się nigdzie pchać, co było sympatyczne, ale nie potrafił po prostu się przebić. Gdy znalazła się ku temu okazja, natychmiast zmienił skórę i ubrał się w mundurek filmowca prześladowanego przez Żydów, samorodnego talenciku, którego Hager, Kawalerowicz, gnoili przez 20 lat, i runął do boju. Zapomniał, że to ja (Konwicki) biłem go młotkiem w głowę, żeby nie robił rzeczy, których nie rozumie, tylko film o Śląsku, swojej ojczyźnie. Oczywiście nie wiedziałem, że będą to rządowe torty, bo "Sól ziemi czarnej" zrobił jak powinien, ale "Perła w koronie" już była na obstalunek.
*** Wywiad z Robertem Glińskim, reżyserem filmu "Cześć, Tereska"
Stopklatka - 18 października 2000
Słyszałem w TV opowieść Wajdy o jego pomyśle filmowym z czasów, gdy był wybrańcem bogów i nie musiał nikomu kraść projektów. Miała to być nowa wersja "Jądra ciemności" Conrada. Rzecz zaczyna się w niemieckim Heidelbergu. Sfery uniwersyteckie, najwyższa niemiecka kultura. Dwaj przyjaciele, studenci, bodaj filozofii. Potem nadejście Hitlera. Akcja przenosi się w czas II wojny, do Rosji. Jeden z bohaterów odnajduje drugiego jako zbrodniarza, ludobójcę. Ten ginie zabity przez sowieckich partyzantów. Bohater wraca do ojczyzny, odnajduje narzeczoną potwora i opowiada z litości zmyśloną historyjkę o "misji cywilizacyjnej", jaką prowadził zabity. Stara się podtrzymać przedwojenny mit o wysokiej kulturze niemieckiej.
*** Ewa Winnicka - Westerplajta - Jak nie udało się nakręcić "Westerplatte"
Polityka - 31 maja 2011
*** Iwona Torbicka, Piotr Żytnicki - Czy powstanie "Syberiada polska"?
Gazeta Wyborcza - 2011-04-11
Sprawa "prawicowego uprowadzenia Herberta w latach 90-ych"
*** Zawsze z tymi, których biją - rozmowa ze Zdzisławem Najderem i Krzysztofem Karaskiem o Zbigniewie Herbercie
"Życie" - 2001.20.01
*** Jacek Trznadel - Zbigniew Herbert na miarę "Wyborczej"
"Życie" - 2001.11.01
*** ZAPAMIĘTAŁEM HERBERTA UŚMIECHNIĘTEGO - rozmowa z prof. Jackiem Trznadlem, pisarzem i literatem, o spotkaniach ze Zbigniewem Herbertem w trzecią rocznicę śmierci poety
"Życie" - 2001.13.07
*** Spór o Herberta - Jak brutalna była Herbertowska diagnoza PRL-u i w jaki sposób ją unieważniano
"Życie" - 2001.11.01
*** Prawdziwy "kaskader literatury" - Zbigniew Herbert zasługuje na to miano bardziej niż obdarzani nim w PRL-u Stachura czy Bruno-Milczewski
"Życie" - 2000.23.11
*** Ryszard Legutko - Herbert pokonany
"Życie" - 2000.12.08
*** Obywatel poeta - Film dokumentalny Jerzego Zalewskiego o Zbigniewie Herbercie
"Życie" - 2001.27.01
*** Herbert i Michnik - Po emisji filmu Jerzego Zalewskiego "Obywatel Poeta"
"Życie" - 2001.30.01
HERBERT...
*** "Hańba domowa" - Jacek Trznadel
WYPLUĆ Z SIEBIE WSZYSTKO - rozmowa ze Zbigniewem Herbertem (9 lipca 1985)
Jednej z kobiet pracujących "u kułaka", Malcowej, również zabrano zboże. Ona strasznie rozpaczała. Co można począć w takiej sytuacji? Dać tej Malcowej cetnar zboża, bo zima, ona z dzieckiem, bez tego zginie. Zgłosiłem się do organizatora akcji i chciałem napisać reportaż, żeby tylko jej dali ten worek zboża. Wytłumaczono mi, że nie rozumiem dialektyki historii. Potem doszła do mnie wiadomość, że Malcowa się powiesiła.
Odkleiłem fotografię. Odesłałem legitymację do Związku. Poszedłem na dno.
*** PANI HERBERT - z Katarzyną Herbert rozmawia Jacek Żakowski
Gazeta Wyborcza - 30/12/2000 - 01/01/2001
*** BRONISŁAW WILDSTEIN - POŚMIERTNE UBEZWŁASNOWOLNIENIE
Rzeczpospolita - 16.03.2001
*** Andrzej Horubała - Czytając Herberta nieodświętnie
Rzeczpospolita - 19-07-2008
*** HERBERT - wiersze - "Przesłanie Pana Cogito", "Potęga smaku", "Raport z oblężonego Miasta"
...Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
*** PIOTR LISIEWICZ - FALSET PROROKA (Antoni Słonimski)
"Niezależna Gazeta Polska" - 2 czerwca 2006 r.
*** PIOTR LISIEWICZ - STWORZONY LEWĄ RĘKĄ (Julian Tuwim)
"Niezależna Gazeta Polska" - 5 maja 2006 r.
*** Hodujmy róże! - rozmowa z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem o zdrowych i zatrutych źródłach XX-wiecznej polskiej literatury
"Życie" - 2001.18.01
...Gdzieś na początku XX wieku młody poeta, Bolesław Leśmian, napisał wiersz
"Róża" (drugi wiersz "Sadu rozstajnego") ze słynnym
wersem - "Ja nigdy nie zakwitam". Gdzie jest ten młody poeta, który
mógłby teraz uzyskać taką perspektywę i napisać taki wiersz - pytający,
czy świat istnieje i jak istnieje. Może gdzieś jest, może gdzieś się przed
nami ukrywa. Ale to, co naocznie tutaj widzimy - to jest przerażająca pustka.
W Polsce od wielu lat nie pojawiła się nowa i płodna myśl w dziedzinie
krytyki literackiej. Co tu mówić o dziełach, kiedy myśli nie ma.
Ależ Mistrzu! jest taki poeta, zapraszam na:
Gazeta.pl
Podobnież aktualnie turyści licznie odwiedzający królewskie
miasto Kraków mogą sobie zrobić na Rynku zdjęcie z poetą Świetlickim, występującym
w roli Znanej Postaci. Takie zdjęcie kosztuje tylko dwa złote.
*** Jestem z marginesu - wywiad z Maciejem Maleńczukiem
Robert Capa - Normandia - 1944 r.
Timothy O'Sullivan - Bitwa pod Gettysburgiem - 1863 r.
*** Kabaret polski - nagrania w formacie mp3