Stanisław Cat Mackiewicz
Dostojewski - cz. 1
II
DZIECIŃSTWO
Dostojewskiego dzieciństwo, młodość, a nawet wiek męski upłynęły w czasach, kiedy w Rosji chłop był niewolnikiem, rzeczą swego pana, przedmiotem kupna i sprzedaży, podobnie jak Murzyn w amerykańskich stanach południowych. Teodor Michajłowicz Dostojewski urodził się 30 października 1821 r., umarł 28 stycznia 1881 r., czyli w chwili dekretu Aleksandra II z 18 lutego 1861 r., uwalniającego włościan i nadającego im ziemię, miał już lat czterdzieści, przeżył dwie trzecie swego żywota. Chociażby na podstawie pamiętników i listów przyjaciół i literackich rówieśników Dostojewskiego możemy sobie wyobrazić, jak ta niewola wyglądała. Dopiero w 1833 r. wydany został ukaz Mikołaja I zabraniający sprzedawania chłopów pojedynczo, rozbijania rodzin. Przedtem możliwe były rzeczy następujące: Ciotka jednego ze znakomitych literatów rosyjskich wybiera się na karnawał do Moskwy, prosi męża o pieniądze. "Mój drogi - mówi mąż, właściciel dużego majątku ziemskiego, do swego oficjalisty - pani potrzebne są pieniądze, a widziałem nowy przypłodek na wsi." Oficjalista jedzie saniami na wieś, chwyta dziesięcioro schwytanych przed chatami dzieci do sanek i bez żadnych innych formalności czy pożegnań z rodzicami odwozi na sprzedaż. (Grigorowicz: Wspomnienia.) Cena zdrowej, wyrośniętej dziewczyny nie była wtedy większa aniżeli 50 rubli; kiedy ktoś zapłacił za dziewczynę, w której się zakochał, 700 rubli, sąsiedzi uważali go za wariata. Aby zważyć, jak mało warte było wtedy życie ludzkie, trzeba dodać, że dobry wierzchowiec kosztował kilkaset rubli, a obiad w eleganckiej restauracji stołecznej półtora rubla. Pewien ziemianin-esteta posiadający piękny park zamierzał ozdobić go posągami, ale zabrakło mu pieniędzy. Wobec tego poustawiał na piedestałach nagich młodych ludzi i nagie dziewczęta. Ludzie ci, z dębowymi żywymi liśćmi, na wzór posągowy stać musieli nieruchomo, w pozach starożytnych bogów i bogiń przez cały dzień, także w czasie deszczu. (Baron Wrangel: Wspomnienia) Tego rodzaju anegdoty nie były jakimiś wyjątkami; możność dowolnego rozporządzania się człowiekiem wpływała pobudzająco na dziwaczność wszelkiego rodzaju pomysłów. Kilkadziesiąt tysięcy małych Neronów i Neroników używało swej władzy nad chłopami w Rosji. Matka współczesnego Dostojewskiemu wielkiego pisarza rosyjskiego Iwana Siergiejewicza Turgieniewa była damą utalentowaną i oczytaną, należała do najlepszego towarzystwa. Jakże okrutnie traktowała swych chłopów. Oto dziewczyna, która za zerwanie tulipana w cieplarni zbita została prawie na śmierć. Oto chłop, który piechotą chodzi 70 kilometrów tylko dlatego, aby z jakiegoś odległego folwarku przynosić garnuszek kaszy gryczanej. Kasza gryczana w Rosji jest potrawą pospolitą i niewybredną, lecz pani Turgieniew ubzdurała sobie, że na tym właśnie folwarku kaszę gryczaną umieją lepiej przyrządzać niż gdzie indziej. Gdy do pani Turgieniew przychodził list z poczty, specjalny flecista grał przed drzwiami jej gabinetu na flecie; gdy list był z czarną żałobną pieczęcią łąkową, flecista grał marsza pogrzebowego. Tragizm losów nieszczęśliwych chłopów był tym większy, że niektórzy z nich zaznali słodyczy wykształcenia. Pani Turgieniew wysłała małego chłopca ze swej wsi na naukę do miasta, ponieważ ujawnił talent do rysunków. Z chłopca wyrósł rzetelny malarz, proszono go nawet o malowanie plafonu w moskiewskim Teatrze Wielkim. Pani Turgieniew odwołała go na wieś i kazała malować kwiaty. Turgieniew wspomina o tym: "Malował je tysiącami - ogrodowe i leśne - malował ze złością, z nienawiścią, ze łzami... kwiaty te obrzydły także i mnie. Biedak zgrzytał zębami, rozpił się i umarł."
Nie należy przypuszczać, aby zły stosunek do chłopów by i udziałem tylko bogatych panów, przeciwnie, im mniej bogaty był właściciel chłopów, tym los ich był cięższy. Najbardziej okrutnymi zaś byli ekonomowie i inni nadzorcy, sami będący chłopami pańszczyźnianymi. Dostojewski z czasów dzieciństwa zapamiętał sobie taki obrazek: Feldjegier, to znaczy żołnierz-goniec jadący z rozkazu samego cesarza, dla którego konie pocztowe zawsze musiały być przygotowane - wsiadłszy do sanek, ot tak sobie, bez powodu zaczyna bić furmana. Pochylony z bólu furman z całej siły bije konia. I w ten sposób jazda trwała od stacji do stacji: feldjegier bijący furmana, furman bijący konia. Ludzie bici a bezbronni wyżywali się w biciu istot bardziej bezbronnych od siebie. Bity chłop bił swą żonę, bita chłopska żona biła swe dziecko. Życie rodzinne w Rosji było okrutne, bolesne.
Zresztą za czasów dzieciństwa Dostojewskiego bito wszystkich od góry do dołu państwa. Bito chłopów, bito żołnierzy, bito dzieci, uczni, studentów, kadetów. Bito ze wściekłości, z gniewu, pod wpływem pijaństwa, bito tytułem wyrzeczonej przez sąd kary, wtedy nawet mordowano biciem okrutnie: 3000 pałek, 1000 rózeg; bito dyscyplinarnie, bito pedagogicznie, bito dla żartu. Wyżej cytowany baron Wrangel miał cztery lata za czasów wojny krymskiej. Ubrano malca w mundur żołnierza pospolitego ruszenia. Idąc w towarzystwie swej niańki po desce rzuconej na topniejący śnieg w Ogrodzie Letnim w Petersburgu spotkał nadspodziewanie Mikołaja I. Malec wlazł w mokry śnieg, wyprostował się i oddał zręcznie honory wojskowe.
Piękny jak Apollo cesarz był już wtedy stary, ale wciąż wysmukły, olbrzymi, w złocistym hełmie na głowie.
- Pospolitak? - zapytał chłopca.
- Tak jest, Wasza Cesarska Mość - krzyknął ten służbiście.
- Kto twój ojciec? - zapytał cesarz, ubóstwiający musztrę wojskową i ubawiony żołnierską sprawnością malutkiego jegomościa.
Chłopczyk wymienił tytuły i stanowisko swego ojca.
- Aa... pamiętam... powiedz tatusiowi, żeby bił cię częściej... czik, czik, czik, to pożyteczne dla takich jak ty.
Dostojewski urodził się jako drugi syn sztab-lekarza, będącego ordynatorem wojskowego szpitala w Moskwie. Miał starszego o rok brata Michała, młodszą o rok siostrę Barbarę oraz czworo jeszcze młodszego rodzeństwa: Andrzeja, Wierę, Mikołaja i Aleksandrę. Cała ta liczna rodzina mieściła się w dwóch pokojach, w jednym za drewnianą przegrodą stało łoże małżeńskie lekarza i jego żony, w drugim za takąż przegrodą spała liczna dziatwa z częścią służby. Reszta służby mieściła się w kuchni, w stajni, wozowni i w składach. Służby tej było bardzo niewiele, zaledwie... siedem osób. W owych czasach była to nędza. Aleksander Herzen, później jeden z najwybitniejszych rewolucjonistów europejskich, był rówieśnikiem Dostojewskiego i także mieszkańcem Moskwy. W domu jego bogatego ojca usługiwało mu aż sześćdziesiąt osób służby: kamerdynerów, lokai, kredensarzy, panien służących, pokojówek, stangretów, forysiów, stajennych, kucharzy, kuchcików, pomywaczek. Nie było wodociągów, centralnego ogrzewania, tramwai, nawet dorożek. Nadmiar służby znajdował zajęcie. Lekarz Dostojewski musiał mieć konie, bo miał praktykę na mieście, ale Dostojewscy byli biedni, nie mieli nawet lokaja. Gdy pani Dostojewska składała wizyty żonom przełożonych swego męża, stróż pp. Dostojewskich myl jako tako gębę i ręce, na zmierzwiony łeb wkładał trójgraniasty kapelusz, a na śmierdzące ciało płaszcz ze świecącymi guzikami i szedł ze swą panią, względnie stawał z tyłu za karetą.
Dostojewski, już pod koniec swego życia, oświadczył w jakiejś notatce autobiograficznej: "Rodzina moja była rodziną rosyjską i bogobojną." W tychże czasach w rozmowie z bratem Andrzejem wspominał rodziców jako wzór ludzi przywiązanych do ogniska rodzinnego. Tenże brat Andrzej napisał pamiętniki, dość zresztą nudziarskie i głupawe, w których polemizuje ze słuchami o swoim ojcu. Według bowiem powszechnej opinii publicznej, ojciec Dostojewskich, lekarz Michał Andrzejewicz Dostojewski, był pijakiem, rozpustnikiem i tyranem.
Twierdzenia Dostojewskiego o "bogobojności" jego rodziny wypływały zapewne ze zrozumiałej i naturalnej niechęci do skarżenia się na swoje dzieciństwo, z idealizacji ojca i matki. Ale literacka twórczość Dostojewskiego obnaża nam prawdę o jego dzieciństwie. Obnaża nam mimo woli, nie rozumiejąc, że ją zrozumiemy. Oto przede wszystkim w całej tej twórczości, począwszy od nowel Dostojewskiego, pisarza początkującego, a skończywszy na arcydziełach powieściowych dojrzałego geniusza, zawsze i wszędzie słychać płacz upokarzanego dziecka, skrytego, dumnego, lecz nad wyraz nieszczęśliwego, krzywdzonego przez ojca lub dziadka, lub w ogóle osoby bliskie z rodziny. Płacz ten nie ucichł nigdy. Prawie w każdym utworze Dostojewskiego, zwłaszcza w młodszych latach, figuruje dziecko krzywdzone. Natomiast dzieci szczęśliwe zdarzają się rzadko, prawie nigdy. To coś chyba jeszcze znaczy.
Według twierdzeń wielu osób, plugawą postać starego Karamazowa z Braci Karamazow, wzorował Dostojewski na postaci własnego ojca. W pewnym liście prywatnym przyznaje się Dostojewski, że znany jest mu typ starca "lubieżnego i sentymentalnego". Właśnie Karamazow był taki lubieżny - i sentymentalny i czytał synom poezje Karamzina. Stary Dostojewski również czytał dzieciom poezje Karamzina. Starego Karamazowa morduje jego syn nieprawy we wsi Czeremosznia. Wieś tego imienia należała do ojca Dostojewskiego i on także w niej został zamordowany, jakkolwiek nie przez syna, lecz przez chłopów. Rzecz tak się miała: ojciec Dostojewskiego kupił dwie wioszczyny, bardzo zresztą mizerne, z domkiem o dwóch izbach, tak że wszystkie jego dzieci nie mogły jednocześnie przyjeżdżać na lato. Po śmierci żony zamieszkał na wsi stale, tylko z najmłodszymi dziećmi, i mimo skąpstwa i niedostatku założył sobie mały haremik. Jednocześnie pijany był od rana do nocy i okrutnie tyranizował chłopów. Ci ostatni wreszcie go zamordowali. Rzecz charakterystyczna: spadkobiercy Dostojewskiego, a raczej opieka, która zastępowała interesy jego nieletnich dzieci, nie wszczęła procesu o morderstwo, gdyż w razie ujawnienia morderstwa wszyscy mężczyźni z wioski Czeremosznia poszliby na Sybir, czyli byliby straceni jako własność i dochód. Wioski starego Dostojewskiego nazywały się Darowoje i Czeremosznia, wszystkiego tam było sto pięćdziesiąt dusz ludzkich, w tym robotników mężczyzn zaledwie trzydziestu, reszta kobiety, starcy i dzieci. Wartość tego wynosiła około 12000 rubli bez potrącenia długów.
Szkoła średnia. Dostojewski oddany był do pensjonatu dla chłopców, w którym spędził lat kilka. W powieściach jego figurują chłopcy upokarzani w szkole z powodu swego pochodzenia, biedy, aluzji do rodziców. Bohater powieści Wyrostek, tak bardzo nam przypominający młodego Dostojewskiego, wciąż słyszy od swoich pedagogów. "Jesteś podłego pochodzenia, prawie lokajskiego." Andrzej Dostojewski był oddany do podobnego pensjonatu, jeszcze bardziej wzorowego i bogobojnego, i wspomina, że w klasie wstępnej wszyscy nieletni chłopcy zmuszani byli do pederastii.
Niania-piastunka w rodzinie Dostojewskich nazywała się Alena. Imieniem tym nazwał Dostojewski potworną ropuchę-lichwiarkę, którą student Raskolnikow dość słusznie morduje, a która za życia znęca się nad swoją dobrą siostrą. Natomiast do innego swego wspomnienia z dzieciństwa nawraca Dostojewski dość często, aż wreszcie w 1876 r. szczegółowo je opisuje pt. Chłop Marej. Miał wówczas lat dziewięć i cierpiał na halucynacje. Był bardzo jasny, bardzo słoneczny, gorący, duszny, bezwietrzny dzień. Mały Dostojewski bawił się w zagajniku i wycinał sobie witkę z brzózki, gdy raptem usłyszał okrzyk: "Wilk biegnie!" Jak wariat, przestraszony i nieszczęśliwy, zaczął uciekać i wpadł na chłopa, który orał, a on uśmiechnął się do niego, pogładził go po twarzy, uspokoił.
Przy czytaniu tego opowiadania nasuwa się pytanie, czy wszyscy inni także głaskali i uspokajali to dziecko, gdy miało halucynacje?
Jeszcze jedno wspomnienie. Dostojewski pamięta, jak przystępował do komunii. W kościele prawosławnym do komunii przystępują dzieci nieletnie, nawet niemowlęta. Dostojewski pamięta, jak w chwili komunii w okno cerkwi wleciał gołąbek i innym oknem wyleciał.
Dalszymi wstępnymi Dostojewskiego byli jego dziad ojczysty, Andrzej Dostojewski, duchowny prawosławny w Bracławiu, mieście przed rozbiorami Rzeczypospolitej Polskiej należącym do Polski, oraz dziad ze strony matki, Teodor Nieczajew, kupiec moskiewski.
Do jakiego stanu należał Dostojewski? Ludność ówczesnej Rosji dzieliła się na stany: szlachtę, duchowieństwo, kupców, mieszczan, chłopów i kilka grup innych, pośrednich. Matka Dostojewskiego wyraźnie należała do stanu kupieckiego. Rodzina jej była dość zamożna i dość znana. Ale za czasów dzieciństwa Dostojewskiego kupcy jeszcze w ogóle do społeczeństwa nie należeli. Inteligencja rosyjska składała się ze szlachty i urzędników, względnie oficerów. Zresztą specjalnością rosyjskiego układu społecznego było, że w nim każdy szlachcic musiał być albo urzędnikiem, albo oficerem, a każdy oficer lub urzędnik był szlachcicem. Nie znaczy to jednak, aby nie było towarzyskich różnic pomiędzy tymi grupami. Od czasów Piotra Wielkiego każdy szlachcic musiał "służyć", tzn. być albo oficerem, albo urzędnikiem. Mógł zresztą "służyć" krótko, poprzestać na uzyskaniu rang najniższych, podać się do dymisji i resztę życia spędzić poza ambicjami państwowymi. Urzędnicy rosyjscy dzielili się na czternaście rang o nazwach dziwacznych o brzmieniu niemieckim. Najniższą rangą był koleżski registrator, najwyższą - rzeczywisty radca tajny. Urzędnik, względnie oficer nie-szlachcic, gdy otrzymywał rangę najniższą, zyskiwał jednocześnie szlachectwo osobiste, a po kilku rangach w górę otrzymywał szlachectwo dziedziczne dla siebie i dla potomstwa. W związku z systemem powyższym każdy szlachcic wpisywany był do gubernialnych ksiąg szlacheckich. Ksiąg takich było sześć. Do pierwszej i szóstej wpisywana była szlachta właściwa, przy czym księga szósta zwała się "aksamitną" i przeznaczona była dla rodzin starożytnych. Do księgi czwartej wpisywana była szlachta cudzoziemska, do piątej szlachta utytułowana: książęta, hrabiowie i baronowie, a do księgi drugiej i trzeciej właśnie ci oficerowie i urzędnicy, którzy swe szlachectwo nabyli przez nabycie odpowiedniej rangi urzędniczej czy oficerskiej, oraz ich potomstwo. Jak widzimy, różnica pomiędzy szlachcicem z pochodzenia a szlachcicem z urzędu zalegalizowana była w sposób dyskretny, ale tym niemniej stanowczy.
Córka wielkiego Dostojewskiego napisała wspomnienia o swoim ojcu, w których wspominając o szlachcie dziedzicznej rosyjskiej powiada, że z pisarzy rosyjskich należały do tej szlachty rodziny Turgieniewów i Dostojewskich.
Otóż Turgieniewów tak, ale Dostojewskich nie. Turgieniew, jak i wielu innych współczesnych Dostojewskiemu pisarzy rosyjskich, pochodził zarówno po mieczu, jak i po kądzieli ze szlachty rosyjskiej herbowej, uposażonej majętnościami. Natomiast Dostojewski tylko dlatego był szlachcicem, że jego ojciec, jako lekarz wojskowy, otrzymał odpowiednią rangę.
Należy tu jeszcze wyjaśnić, że niektórzy Rosjanie owych czasów powoływali się na swe pochodzenie ze starożytnego rodu nie przez snobizm, lecz pod wpływem... uczuć demokratycznych. Za czasów Mussoliniego za ochronę demokracji uchodził włoski senat, pomimo swego dość arystokratycznego charakteru, ponieważ była to jedyna w ówczesnym państwie włoskim instytucja, która nie uległa faszyzacji. Podobnie było z instytucją starej szlachty w dyktatorialno-biurokratycznym ustroju Rosji mikołajowskiej. Przecież była to jedyna legalnie uznana instytucja niezależna od cesarskiej nominacji. Przecież szlachectwo nabywało się przez urodzenie, a więc bez udziału biurokracji. Toteż w demokratycznych powieściach rosyjskich zdarzają się ludzie wydający okrzyk: "Jestem szlachcicem dziedzicznym", i demokratyczni czytelnicy czytali to bez uczucia potępienia, lecz z sympatią. Otóż Dostojewscy do tej szlachty dziedzicznej nie należeli.
Córka Dostojewskiego jest, co prawda, innego zdania. Całe jej pamiętniki - wyraźnie maniackie i bezsensowne (Dostojewski w grobie by się wywrócił, gdyby je czytał) - oparte są na założeniu, iż Dostojewski pochodził z litewsko-szlacheckiej rodziny Dostojewskich, i stąd Lubow Dostojewska swego ojca, tego ultra-Rosjanina, wciąż nazywa Litwinem i w każdym jego geście, nawet w kupowaniu cukierków dla dzieci, widzi atawistyczne cechy litewskich przodków.
Rodzina szlachecka Dostojewskich herbu Radwan istniała rzeczywiście w województwie poleskim Rzeczypospolitej Polskiej. Istnieje też po dziś dzień w Polsce wieś Dostojewo, która do tej rodziny należała. W herbarzach polskich czytamy o tych Dostojewskich noszących wybitnie polskie imiona chrzestne, jak Stanisław, Bogumił, Leon, Szczęsny, etc. Byli to katoliccy fundatorzy kościołów i klasztorów katolickich, piastowali oni różne urzędy ziemskie w Rzeczypospolitej. Skąd skromny duchowny prawosławny w Bracławiu miałby mieć coś z nimi wspólnego? Zbieg nazwisk nie mówi tu zbyt wiele. Jednodźwiękowość nazwisk zdarza się w Polsce bardzo często i wcale nie jest dowodem pokrewieństwa. Czasami nawet chłopi nosili nazwisko swego pana. Natomiast trzeba wiedzieć, że katolicyzm rzymski był w Polsce nie tylko wyznaniem panującym, lecz także religią wyższych klas społecznych. Porzucenie go oznaczało wtedy, w XVII i XVIII wieku, dobrowolną degradację społeczną i było mało prawdopodobne. Zresztą gdyby bracławski duchowny prawosławny istotnie był Dostojewskim herbu Radwan, to zważywszy, że Bracław za jego życia należał do Polski, miałby niewątpliwie zaznaczone to w papierach i ojciec Dostojewskiego nie byłby wpisany do trzeciej, lecz do pierwszej księgi szlacheckiej. Przykro mi, ale nie wierzę, aby szlachta litewska mogła się upominać o genialnego Rosjanina jako o jednego ze swoich.
Dostojewski zarówno w życiu, jak w swej twórczości ma kompleks człowieka upokarzanego, drażliwego, dbającego o podkreślanie, że jest równy innym, a jednak wciąż ujawniającego jakiś niepokój w tej sprawie. Jego bohaterzy wciąż są upokarzani i wciąż biorą przesadnie to do serca. Dane biograficzne, którymi dziś rozporządzamy, tłumaczą nam źródła tej drażliwości. Dostojewski miał smutne, nieprzyjemne dzieciństwo. W ówczesnej hierarchii społeczno-towarzyskiej miał lokatę również nieprzyjemną, niby legalnie był szlachcicem, ale wciąż się stykał ze szlachtą w lepszym gatunku. Zapytajcie Balzaca, fałszującego swe nazwisko na de Balzac, jaką rolę w tamtych czasach odgrywały owe cierpienia snobistyczne. Dostojewski ultra-Rosjanin, Dostojewski nienawidzący katolicyzmu i Polaków powołuje się na tych Dostojewskich herbu Radwan, aby choć trochę pozłocić sobie kołyskę.
Na zakończenie tego rozdziału zapytajmy się o seksualne pierwiosnki Dostojewskiego za czasów jego dzieciństwa. Wiemy, że ulega halucynacjom, słyszy urojone krzyki wśród zupełnej ciszy, że później stanie się epileptykiem, że w swych pierwszych utworach literackich widzi siebie w jakiejś umęczonej, masochistycznej roli. Poświęca się zawsze dla kobiety, która albo kocha kogoś innego, albo oddaje się komuś innemu. Mamy prawo przypuszczać, że pobudliwość seksualna ocknęła się w Dostojewskim dość wcześnie. Doszedł do nas opis jego i jego braci zabawy w koniki. W Rosji jeżdżono trójkami, zaprzęgano silnego konia pośrodku, dwa słabsze po bokach. Mali chłopcy Dostojewscy na wsi u swego ojca bawili się w trójki. Każdy z nich miał swoją trójkę, zaprzęgając jako środkowego konia małych chłopców, synów poddanych swego ojca (tych poddanych, którzy tego ojca później zabili), a po dwie małe dziewczynki jako kobyłki po bokach. Przy tym bawiono się także w kupno i sprzedaż tych koników, naśladując zachowanie się kupujących i ich gesty, zaobserwowane na końskim jarmarku. Oglądano małym kobyłkom zęby, ściskano muskuły na nogach, zadzierano nogi w górę, aby sprawdzić, czy kopyta nie pęknięte. Ludzie zrodzeni w Anglii nie znają tych podmuchów świeżego wiatru, które u nas wieją, gdy śniegi tają, i tego zapachu ziemi mokrej od świeżo stajanego śniegu.
III
SŁAWA I KOPNIĘCIE
W lutym 1837 roku umiera matka Dostojewskiego. Wiosną tego roku Dostojewski zachorował na gardło i stracił głos. Choroba ta zostawiła ślad na zawsze, do końca życia będzie mówił gardłowym, cichym głosem. W maju Dostojewski wraz ze swym starszym bratem Michałem wyjeżdżają do Petersburga celem wstąpienia do szkoły inżynierów wojskowych. Na razie umieszczeni są w prywatnym zakładzie Kostomarowa, przygotowującym do tej szkoły. Od tego czasu Dostojewski staje się i pozostaje petersburszczaninem. Będzie później mieszkał po różnych kątach świata, w Syberii, w środkowej Azji, w niemieckim Dreźnie, nad Jeziorem Genewskim, we Florencji, ale genius loci Petersburga towarzyszyć mu będzie zawsze, będzie mu zapalał świece lub lampę naftową przy jego stole do pisania i będzie mu je gasił dopiero nad ranem, gdyż Dostojewski pracował nocami. Jedyny krajobraz, który będzie do Dostojewskiego przemawiał i będzie go wzruszał, to krajobraz prostych, szerokich ulic Petersburga, wiosenną i letnią nocą białych od białego, bezsennego nieba, jesienią i zimą mglistych, ciemnych, z ogniskami palącymi się w śniegu na rogach ulic. Ulice te mają swój specyficzny zapach, będący mieszaniną zapachu dziegciu, zgniłego błota i powrozów. Petersburg jak magnes pociąga ku sobie mózg Dostojewskiego, białe noce Petersburga wciąż są przedmiotem jego słodkich marzeń. Dostojewski to poeta, pisarz Petersburga.
Oto jest przykład stosunku Dostojewskiego do miasta, którego był synem adoptowanym:
"...uważam petersburski ranek, ten, zdawałoby się, najbardziej prozaiczny ranek na kuli ziemskiej, za nieomal najbardziej fantastyczny na całym świecie. To jest mój osobisty pogląd lub raczej - moje wrażenie, lecz obstaję przy nim. W taki to petersburski ranek, zgniły, wilgotny, mglisty, dziki pomysł jakiegoś Puszkinowskiego Hermana z Damy Pikowej powinien się jeszcze wzmóc. Ten Herman, cóż to za typ kolosalny, całkowicie i niesłychanie petersburski, z petersburskiego okresu. Do mnie ze sto razy podczas tej mgły powracało dziwaczne, lecz dokuczliwe i natrętne pytanie: No i cóż, jeśli rozejdzie się cała ta mgła i pójdzie do góry, czy nie pójdzie z nią razem to zgniłe i oślizłe miasto, czy nie rozejdzie się z mgłą i nie-zniknie jak dym, pozostawiając na swoim miejscu dawne fińskie błoto i tylko pośrodku, dla ozdoby, jeźdźca z brązu na gorąco dyszącym, zagnanym koniu? Jednym słowem, nie mogę wyrazić właściwie swoich wrażeń, wszystko to fantazje czy też poezje, to znaczy bzdurstwo, a jednak często zadawałem sobie i wciąż jeszcze zadaję bezmyślne pytanie: Oto wszyscy kręcą się, miotają się, a kto wie, może to wszystko sen i w ogóle nie ma żadnego człowieka prawdziwego, żadnego czynu rzeczywistego? Ktoś się obudzi, komu się to wszystko śni, i wszystko zniknie..."
Z zakładu Kostomarowa dostaje się Dostojewski w styczniu 1838 r. do szkoły inżynierów wojennych, mieszczącej się w Michajłowskim Zamku, w którym trzydzieści siedem lat przedtem zamordowany został cesarz Paweł I, gmachu posępnym, mrocznym, pełnym legend i wszędzie włóczących się duchów, których wypłoszyć nie potrafiły krzykliwe komendy wojskowe i gwar młodzieży. Wychowankowie szkoły nie nosili nazwy "junkra", jak wychowankowie innych szkół podobnych, lecz "konduktorów". Późnymi wieczorami siadywał Dostojewski w wykuszu okiennym, w rogowej sali, która "konduktorom" służyła za dortuar, i tu, stłoczony pomiędzy dwoma grubymi ścianami ogromnego zamczyska i oknem, za którym było albo biało, gdy to była wiosna, albo czarno i zimno, kilkanaście stopni poniżej zera, gdy to była zima, Dostojewski pracował. Sawieljew, oficer-dozorca, sądził, że przygotowuje lekcje. Ale on już rozpoczął swą pracę literacką.
Poza tym Dostojewski w tej szkole czuł się samotny, los go rozłączył z bratem Michałem, który studiował w Rewlu, był odosobniony od innych, milczący, zamyślony, karny i posłuszny. Jak w innych szkołach wojskowych w Rosji, istniał tu zwyczaj znęcania się starszych kolegów nad młodszymi. Według "tradycji" tych szkół starszy kolega ma nieograniczoną władzę nad młodszym. Jeszcze osiemdziesiąt lat później od czasów opisywanych, bo w 1914 r., mój znajomy, student uniwersytetu, z powodu wojny znajdujący się w szkole oficerów kawalerii, budzony był w nocy przez starszego kolegę, który kazał mu stawać na czworaki, brać papier klozetowy w zęby, siadał na niego konno i kazał się wieźć do wychodka. Przeciw tego rodzaju prostactwom zbuntował się raz kolega Dostojewskiego, "konduktor" Radecki, późniejszy bohater Szipki, jeden z najwybitniejszych generałów wojny rosyjsko-tureckiej w 1878 r. Wielu z kolegów Dostojewskiego zrobiło duże kariery w wojsku. Starszymi od niego byli: Totleben, obrońca Sewastopola, i Kaufman, zdobywca Azji Środkowej Na twórczość Dostojewskiego pobyt w tej szkole nie wywarł większego wpływu.
Zaprzyjaźnił się tylko z Szydłowskim, z którym mógł rozmawiać o literaturze, romantyzmie, Byronie; który sam pisywał piękne wiersze. Szydłowski to pierwsza postać z dostojewszczyzny w życiorysie Dostojewskiego. Utalentowany, rokujący jak największe pod każdym względem nadzieje, po skończeniu szkoły zerwał nie tylko ze służbą wojskową, ale także ze stolicą i z miastem, przeniósł się do swego majątku na wieś i zajmował się po kolei albo pijaństwem w towarzystwie oficerów stacjonującego niedaleko pułku dragonów, których ugaszczał i którym deklamował swoje utwory pornograficzne, albo, przeciwnie, nakładał szatę mnicha i szedł do klasztoru, w którym się modlił i wykonywał usługi poniżające. Bies rozpusty budził się w nim jednak niespodziewanie i nagle, toteż miejscowy biskup zabronił wpuszczać Szydłowskiego za bramę monasteru. W końcu Szydłowski rozpił się zupełnie i czytał chłopom Ewangelię przed drzwiami szynków.
W czerwcu 1839 r. ojciec Dostojewskiego zostaje zamordowany przez chłopów. Siostra jego Barbara w roku następnym wychodzi za mąż za pana Kariepina, który zostaje opiekunem majątku nieletniego rodzeństwa. W sierpniu 1840 Dostojewski zostaje polowym chorążym, a jesienią następnego inżynierem-podporucznikiem. Ma już własne mieszkanie, a raczej mieszkania, bo je ciągle zmienia. Cierpi biedę, głoduje. Przeglądając odpowiednie dokumenty i listy przekonujemy się, że przykre te okoliczności wynikają z własnej jego winy. Oto przykład charakterystyczny. Dnia 1 lutego 1847 otrzymuje Dostojewski 1000 rubli od Kariepina jako spieniężoną część spadku. Kwota ta wystarczała wówczas na utrzymanie całoroczne. Dostojewski wydaje ją w ciągu jednego wieczora na bilard, grę w domino i wystawną kolację w restauracji Dominika. Dostojewski rozpoczyna już swoje życie wypełnione pisaniem listów błagających o pożyczkę, ciągłego wyczekiwania pieniędzy i prędkiego ich marnotrawienia, gdy wreszcie nadejdą. Życie to uporządkuje i uzdrowi dopiero Ania. W październiku 1844 otrzymuje Dostojewski nareszcie upragnioną dymisję z wojska wraz z awansem z inżyniera-podporucznika na inżyniera-porucznika.
Pierwsza poważna praca Dostojewskiego nazywa się Biedni ludzie. Przedtem pisywał tylko tłumaczenia z francuskiego i wpółdziecinne jakieś dramaty historyczne. Biedni ludzie zrodzili się z noweli pt. Płaszcz wielkiego Gogola. Ten tytan literatury rosyjskiej, słowiańskiej, pomiędzy innymi rzeczami swego olśniewającego dorobku pozostawił i tę nowelę o małym urzędniczku, którego życie, los i ustrój społeczno-państwowy tak przycisnęły do ziemi, jak można sobie wyobrazić, że noga jakiegoś ciężkiego mebla, stołu jadalnego czy szafy, przycisnąć może do ziemi ćmę, pluskwę czy pająka. Współczucie dla urzędniczka zmiażdżonego, a przecież mającego jakieś tam ludzkie ambicje, stanowi treść noweli Płaszcz i z tej noweli wyszła cała twórczość Dostojewskiego, od Biednych ludzi, po raz pierwszy wydrukowanych w styczniu 1846, aż do Skrzywdzonych i poniżonych w 1861. W tym okresie Dostojewski jeszcze przeważnie wcale nie jest Dostojewskim, a tylko kontynuatorem Płaszcza, uczniem Płaszcza i kopiałem Płaszcza, i to tylko Płaszcza, a bynajmniej nie całego Gogola! Przez te kilkanaście lat Dostojewski tylko kilka razy rozwierał swe nietoperze skrzydła i próbował wzlecieć nie jako Płaszcz Gogola, lecz jako późniejszy Dostojewski, i to mu się jednak nie udaje, po kilku rozpaczliwych uderzeniach skrzydeł upada na ziemię. Ale i w płaszczowo-gogolowskim repertuarze Dostojewski Gogolowi nie dorównuje. Później, w ostatnich dziesiątkach lat XIX wieku, Antoni Czechów stanie się także kontynuatorem Płaszcza, ale ileż do tej kontynuacji wniesie własnego geniuszu.
Powyższe nie oznacza, by Dostojewski był naśladowcą. Nie! Po prostu Gogol w Płaszczu uderzył w klawisz, który w Dostojewskim wywołał niesłychanie silny rezonans, tak nawet silny, że przytłumił w nim zdolność do oryginalnej twórczości. Już poniekąd wiemy, dlaczego Dostojewski był tak czuły na wizję człowieka upokarzanego. To przewrażliwienie Dostojewskiego w tej dziedzinie, będące niewątpliwie skutkiem tego, że sam Dostojewski czuje się stale upokarzany przez wszystkich, odbija się ujemnie na jego twórczości. Nawet najlepsze z jego "płaszczowych" nowel, jak Biedni ludzie, Białe noce i Skrzywdzeni i poniżeni, są przesentymentalnione i jednocześnie przesłodzone męką ludzką. Używam wyrazu: przesłodzone, ponieważ rozpamiętywanie cierpień ludzkich ma wówczas dla Dostojewskiego wartość narkotyku.
Dostojewski czyta swoich Biednych ludzi Grigorowiczowi, także literatowi, swemu byłemu koledze ze szkoły inżynierów, z którym obecnie mieszka razem w jednym mieszkaniu. Teraz następują rozkosze pierwszego tryumfu. Grigorowicz jest zachwycony, biegnie do poety Niekrasowa i u Niekrasowa wobec kilku osób odczytuje rękopis Dostojewskiego. Wszyscy są zachwyceni, olśnieni. Grigorowicz przybiegł do Niekrasowa wieczorem, teraz jest już późna noc, koniec maja czy początek czerwca, czyli że noc jest biała, czytać w pokoju można nie zapalając światła. Grigorowicz powiada: "Dobrych uczynków nie należy odkładać, chodźmy zaraz powinszować Dostojewskiemu." Niekrasow Dostojewskiego nie zna, lecz wraz z Grigorowiczem idą do niego, budzą go, a gdy zmieszany, zdziwiony, zaskoczony siada na łóżku, winszują mu arcydzieła. Potem Niekrasow poszedł do domu, Grigorowicz do łóżka, ale Dostojewski za to wstał z łóżka i długo, długo, do samego ranka chodził po pokoju od ściany do ściany. Przeżywał chwilę powinszowań - od pierwszych słów swoich gości, od chwili, w której zrozumiał, o co chodzi, aż do wyjścia Niekrasowa z pokoju. Gdy kończył to sobie wspominać, to zaczynał od początku. Już dzwoniły na ulicach różne dzwonki, już hałasował ruch uliczny, darli się przekupnie, rozpoczynał się skwar, a Dostojewski wciąż chodził, nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia.
Niekrasow pobiegł do krytyka Bielińskiego z okrzykiem: "Nowy Gogol pojawił się!" - U pana Gogolowie jak grzyby rosną - sceptycznie odpowiedział Bieliński.
Ale już kilka dni później Bieliński ściskał rękę Dostojewskiego i wołał:
- Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co pan napisał? Czy pan wie, że stworzył pan arcydzieło?
Teraz przedstawić musimy czytelnikowi to koło osób, w które wchodzi Dostojewski po sukcesie odczytania Biednych ludzi. Wymieńmy na razie tylko kilku, mianowicie Panajewa, Niekrasowa, Turgieniewa i Herzena.
Nazwisko Panajewa niewiele mówi czytelnikowi. Panajew był dziennikarzem, felietonistą, pisywał rzeczy dobre, lecz zbyt zaktualizowane, więc umarły one razem z nim. Pochodził z bogatej i arystokratycznej rodziny, która zawsze miała inklinację do literatury. Jego wujaszek, dyrektor kancelarii cesarskiej, pisywał idylliczne poezje o pasterkach, z których siostrzeniec się natrząsał. Jak już wspomniałem, każdy szlachcic musiał w Rosji służyć, ale Panajew tak zirytował swoich zwierzchników niesłychaną szerokością swoich pasiastych modnych spodni, że z łatwością otrzymał dymisję, zwłaszcza że do biura zjawiał się raz na pół roku. Panajew kochał literaturę i snobizował się do wybitnych literatów. Był to człowiek dobry, nienawidzony za zły język. Lubił zwracać na siebie uwagę, dlatego też ożenił się z córką aktora, jedną z najszykowniejszych kobiet w Petersburgu, miał wspaniały zaprzęg, ubierał się z przesadną elegancją, aklimatyzując w Petersburgu nowinki mody paryskiej. Był oczywiście radykałem społecznym, z góry się pisał na wszystko, co było najradykalniejsze, a nawet chłopów swoich uwalniał, jak tylko mógł, co zresztą dopomogło mu do marnotrawienia olbrzymiego majątku, czym się głównie zajmował. Kochał i ubóstwiał Bielińskiego, jak wszyscy zresztą, i aby Bieliński mógł pisywać we własnym piśmie, kupił dla niego miesięcznik "Sowriemiennik", założony niegdyś przez samego Puszkina, a od chwili jego śmierci niezdarnie redagowany przez Pletniewa. Stroną praktyczną wydawnictwa Panajew sam chciał się zająć, licząc na pomoc swego przyjaciela Niekrasowa i na jego zdolności handlowe. Niekrasow zamieszkał nawet u Panajewa. Tak się jednak w ciągu kilku lat złożyło, że mieszkanie Panajewa stało się mieszkaniem Niekrasowa, zaprzęg Panajewa stał się zaprzęgiem Niekrasowa, a nawet żona Panajewa, aczkolwiek wciąż oficjalnie pozostawała jego żoną, stała się niemniej oficjalną kochanką Niekrasowa. Panajew nadal był gorącym i wiernym przyjacielem Niekrasowa, mieszkał dalej w swym dawnym mieszkaniu, teraz już jako gość Niekrasowa, co zresztą znakomicie pewne rzeczy ułatwiało i upraszczało, wreszcie wciąż na okładce "Sowriemiennika" figurował jako redaktor, ale redaktorem ani wydawcą już nie był i zarabiał na życie pisywaniem artykułów, czasami doskonałych. Wszystkie powyższe przejścia odbiły się na jego humorze, ale umiał to maskować i wciąż był w siódmym niebie, gdy coś takiego usłyszał, o czym inni nie wiedzieli.
Mikołaj Aleksiejewicz Niekrasow, wybitny poeta rosyjski, poeta ludu, żalu i pomsty, jak go nazywano. Jest on rówieśnikiem Dostojewskiego i losy jego życia będą się wciąż krzyżować z drogami Dostojewskiego; zresztą absolutnie to samo można powiedzieć o wszystkich innych, których tu wymieniamy. Kto chce poznać i zrozumieć muzę Niekrasowa, ten nie powinien jego wierszy deklamować, lecz podkładać pod nie ludowe melodie rosyjskie i śpiewać je. Wspaniałe to odkrycie zawdzięczamy Korniejowi Czukowskiemu. Muza Niekrasowa była więc muzą śpiewną, ludową, jak szum wiatru zlewa się Niekrasow z szumem deszczu, tak zlewała się z niedolą ludu rosyjskiego. Jak świst wiatru mieści w sobie groźby, tak mieściła w sobie gniew i zapowiedź zemsty i kary. "Złości, złości więcej" - wołał Niekrasow jako redaktor do satyryka, który mu przyniósł opowiadania z życia kupców. Niekrasow był synem rosyjskiego szlachcica i polskiej szlachcianki, ojciec jego miał majątek ziemski w guberni jarosławskiej, ale syn pokłócił się z ojcem, który chciał kierować go na oficera, on zaś chciał wstąpić na uniwersytet. Pozostawiony skutkiem tej kłótni własnym siłom na petersburskim bruku, długo cierpiał nędzę. Zachorowawszy ciężko, słyszał, jak właściciele mieszkania, u których odnajmował pokój, rozmawiali przez ścianę żaląc się, że marne rzeczy lokatora, gdy się je sprzeda po jego śmierci, nie zwrócą im zaległego komornego. Gdy trochę ozdrowiał, ciż gospodarze namówili go, by poszedł do kolegi medyka o poradę. Było to zimą. Niekrasow powlókł się na piechotę na drugi brzeg Newy, kolegi nie zastał, gdy wrócił, było już ciemno, a gospodyni przez zamknięte drzwi oświadczyła mu, że rzeczy jego zatrzymuje na pokrycie komornego i że w pokoju jego śpi już nowy lokator. Niekrasow polazł z powrotem w kierunku Newy, usiadł na ławce wyrąbanej w granicie jej obramowania i postanowił zamarznąć, gdy raptem zjawił się jakiś litościwy żebrak, który go zaciągnął do legowiska żebraków na krańcu miasta. Na drugi dzień Niekrasow zaczął pisywać żebrakom podania do władz policyjnych, biorąc po 15 kopiejek od podania, co jak na żebraków nie było mało. Potem zjawił się jakiś Daneberg, który zaprosił go do swego mieszkania, a raczej do swej nory. Z tym Danebergiem miał Niekrasow wspólny płaszcz i wspólną parę butów. Kiedy jeden wychodził, drugi pozostawał w domu. Niekrasow potem pisywał libretta do wodewili, układał wierszowane ogłoszenia dla kupców. Wydał wreszcie swoje wiersze pt. Marzenia i dźwięki, ale nikt książeczki tej kupować nie chciał, a recenzje były drwiące i nieprzychylne. Warto zacytować kilka epizodów z okresu tej biedy Niekrasowa. Raz z kolegą wybrał się na maskaradę. Niekrasow wynalazł sobie w wypożyczalni kostiumów strój weneckiego doży, a jego kolega hiszpańskiego granda. Na maskaradzie wydali resztkę swych pieniędzy, nie mieli już za co wykupić swych ubrań zastawionych w kostiumerii. Powrócili do domu i nie mogli ani drew do pieca narąbać, ani wody ze studni przynieść, gdyż nie mogli się za dnia pokazać w idiotycznych trykotach. Z tej sytuacji uratował ich jakiś kolega. Inna anegdota ma odmienny charakter. Niekrasow poznał młodą guwernantkę, zamieszkał z nią razem, później jednak zatruł życie dziewczynie i rozstał się z nią. Spotkał ją po roku w luksusowych saniach, była nauczycielką domową w jakiejś rodzinie arystokratycznej. Niekrasow zaczął za nią łazić, wyciągnął ją do siebie z powrotem, potem znów wypędził. Spotkał ją w życiu po raz trzeci, ale była już prostytutką.
Pewnego dnia przed domem, w którym mieszkał Niekrasow, zatrzymały się konie w angielskich szorach i Panajew podreptał do jego sutereny, wyciągnął go z niej i wprowadził do towarzystwa literatów. Bieliński zachwycał się wierszami Niekrasowa i jego praktycznością. W Rosji mieszkańcy guberni jarosławskiej, skąd Niekrasow pochodził, mają opinię ludzi obrotnych, sprytnych, o zdolnościach kupieckich. Niekrasow redagował "Sowriemiennik" kupiony przez Panajewa dla Bielińskiego, przy tym tak sprawami pokierował, że nie tylko Panajew, ale także Bieliński musieli go słuchać. Niekrasow później zrobił duży majątek na swoich wierszach i na grze w karty. Jeden z jego współczesnych przekazał nam taki obrazek: w mieszkaniu Niekrasowa był nieład, talerze z niedojadkami, puste butelki. Kilka osób zajętych grą w karty z młodym ziemianinem, który świeżo odziedziczył dobra ziemskie i zastawił je w radzie opiekuńczej. Gra w karty z tym ziemianinem trwała już w mieszkaniu Niekrasowa kilka dni. Wywołany Niekrasow na pytanie: "Co się tu dzieje" - odpowiedział: "Ano nic, oświeżamy młodzieniaszka." - "Jak to oświeżacie" - "A to bardzo dobre wyrażenie, nauczyłem się go od mego kucharza, który gdy patroszy jarząbka, to powiada, że oświeża ptaka." W kilka tygodni później Niekrasowowi przypomniano zgranego ziemianina. "Ach - krzyknął - ten drań ukradł nam siedem tysięcy!" - "Jak to ukradł?" - "Pilnowaliśmy go dzień i noc, ale on potrafił się nam wyśliznąć i przegrał siedem tysięcy w innym miejscu."
Niekrasow w życiu czynił wszystko to, co potępiał w swoich poezjach. Jeden z jego pięknych wierszy wzywa: Nie wbijaj gwoździ za karetą, bo może się o nie pokaleczyć dziecko. Właśnie kareta Niekrasowa miała z tyłu gwoździe, aby dzieci z ulicy nie mogły się jej chwytać. Niekrasow piętnował w swych wierszach luksusowe polowania z nagonką opisując te właśnie polowania, w których sam brał udział, gdyż był zawołanym myśliwym; potępiał uczty obżartuchów opisując bankiety na których zasiadał jako smakosz pierwszorzędny. Do epizodu z odą na cześć Murawiewa wygłoszoną przez niego jeszcze powrócimy.
Wissarion Bieliński był filozofem, publicystą i krytykiem literackim. Poglądy swe zmieniał w miarę zdobywanej wiedzy i pod wpływem filozofii niemieckiej. W ostatnich latach życia, a umarł względnie młodo, bo w 1848 r., był niechętnie usposobiony do haseł słowianofilskich, był zwolennikiem cywilizacji europejskiej, tzw. "zachodowcem", przeciwnikiem Cerkwi, cara i całego ustroju rosyjskiego. Na razie interesuje nas nie Bieliński-teoretyk, lecz Bieliński-człowiek, a zwłaszcza te tajemnicze w nim siły, które sprawiały, że miał taki wpływ na ludzi, z którymi się stykał, tak olbrzymi wśród nich autorytet i budził tyle do siebie miłości. Pochodzenie Bielińskiego podobne jest do pochodzenia Dostojewskiego, tak samo był synem wojskowego lekarza, wnukiem biednego popa, dzieciństwo miał jeszcze cięższe od dzieciństwa Dostojewskiego. Dostał się do uniwersytetu moskiewskiego jako stypendysta, bo nikt nie mógł za niego płacić, ale prędko go stamtąd wypędzono z powodu "niedostatecznego rozgarnięcia", jak głosiło wyjaśnienie oficjalne. Bieliński dużo w życiu zniósł biedy i upokorzeń, był wciąż chory, ale to bynajmniej nie wyrobiło w nim jakiegoś kompleksu człowieka upokarzanego i skrzywdzonego, na który tak cierpiał Dostojewski. Bieliński był biedniejszy od Dostojewskiego, ale nikogo nigdy o pożyczkę nie prosił, bo ludzie sami narzucali się mu z pieniędzmi, z pomocą, z ułatwieniami. Bieliński miał zamiłowanie do porządku, w pokoiku jego zawsze stały kwiaty. W ogóle paralela z Dostojewskim jest tematem zbyt tentującym, aby jej nie spróbować, choćby w skrócie jak największym. Dostojewski był człowiekiem szlachetnym, o aspiracjach heroicznych, tęsknił do roli bohatera, ale ludzie tego nie widzieli, a w życiu codziennym musiał ich drażnić i zniechęcać. Dostojewski przystępował do ludzi z uśmiechem przepraszającym na ustach i z zatajoną, choć przyhamowaną złością upokorzenia w sercu. Bielińskiego otwarta, pedantyczna uczciwość w szorstki sposób ujawniała się na zewnątrz. Bieliński ludzi gromił, karcił, strofował, prawił im impertynencje. Raporty policji tajnej głosiły, że pisarz Bieliński używa prostackich i ostrych wyrażeń. Od tego człowieka promieniowało jego zrównoważenie moralne. Hołdy przyjmował jako należne i ludzi traktował raczej z góry. "Pewnego wtorku - opowiadał Panajew - o 9 wieczór zaszedłem do profesora Komarowa. Był to jego dzień przyjęć.
- Kto jest u was? - zapytałem lokaja.
- Tylko pan Bieliński.
Wszedłem do gabinetu gospodarza. Lampa paliła się na stole. Na kanapie leżał Bieliński i czytał "Revue Independante", gospodarz mieszkania siedział smutny i patrzył w okno, choć tam było ciemno i kompletnie nic nie można było zobaczyć. Była martwa cisza.
- Cóż to znaczy? - zapytałem.
Usłyszawszy mój głos Bieliński się odwrócił.
Ach, nareszcie! Jesteście nieznośnymi ludźmi, zawsze się spóźniacie. Pan się pyta, dlaczego ja tak leżę. Na miłość Boską, on mnie tak zanudził (tu Bieliński palcem wskazał na Komarowa), że byłem zmuszony prosić go, by się uspokoił. Chciał mi głośno czytać "Revue Independante", choć ja czytać sam umiem, a gdy zacząłem czytać, siadł koło mnie i patrzył mi w oczy, czego nie znoszę. Musiałem go prosić, aby patrzył przez okno."
Nie tylko intelektualiści czy literaci ubóstwiali Bielińskiego. Znalazł się niejaki książę Kozłowski, człowiek umysłowo raczej ograniczony, fizycznie Herkules prawdziwy, łamiący podkowy, zginający ruble etc., który opiekował się Bielińskim jak niańka, zwoził mu przysmaki, prezenty, butelki dobrego wina itd.
Puszkin i Gogol liczyli się ze zdaniem Bielińskiego, ale dla innych zmienne jego poglądy były zawsze obowiązującym Roma locuta. [Roma locuta, causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona, rozstrzygnięta (wypowiedź Kościoła jest wiążąca dla wiernych)]
Awdotja Jakowlewna Panajewa, córka znakomitej pary aktorskiej, dzieciństwo spędziła w szkole baletowej. Uchodziła za jedną z najładniejszych i najlepiej ubranych pań w Petersburgu. Literaci rosyjscy kochali się w niej całymi pokoleniami. Mąż jej prowadził na tyle frywolny tryb życia pod względem przyjemności seksualnych, że niektórzy współcześni historycy literatury rosyjskiej stają w jej obronie nawet w sprawie romansu z Niekrasowem. Kowalewski, który ją spotkał na targu kwiatów na usłonecznionych schodach piazza di Spagna w Rzymie, powiada o niej : "Efektowna brunetka o płomiennych oczach". Miała śliczne malutkie usteczka, pierś zgrabną i agresywną, a także pewny talent literacki, napisała kilka powieści, dziś jeszcze czytanych z przyjemnością. Wszyscy niezgrabni, źle urodzeni, nieśmiali, niewychowani literaci znajdowali w niej prawdziwą opiekunkę i protektorkę, ratowała ich towarzysko pierwej w salonie swego męża, potem w salonie Niekrasowa. Modlili się do niej jak do świętej wszyscy pijacy, samobójcy i tego rodzaju zagubione typy. Kto chce studiować literaturę rosyjską ze środka XIX wieku, musi sobie wciąż uprzytamniać obecność tej pary oczu fascynujących.
Wielki pisarz rosyjski i wielki Europejczyk Iwan Turgieniew był najbardziej wykształcony z całego tego towarzystwa, słuchał Hegla w Berlinie, posiadał wszystkie arkana filozofii ówczesnej, miał nawet przez pewien czas zamiar ubiegać się o katedrę, ale potem machnął na to ręką. Człowiek dobry, wesoły, dowcipny, troszkę lekkomyślny. Olbrzym o jasnych włosach, tylko brzmienie głosu miał brzydkie: piskliwe i ciche, raziło swoim kontrastem z jego wyjątkowo wysokim wzrostem. Syn bogatej ziemiańskiej rodziny, gdy miał lat osiemnaście i gdy okręt, na którym jechał na studia do Niemiec, zaczął się palić, podobno stchórzył. "Ratujcie mnie, jestem jedynym synem swej matki" - wołał głośno - "mourir si jeune!" ["umierać tak młodo!"] - "Il parait, que ta conduite etait ridicule" ["wydaje się, że zachowywałeś się dziwnie"], pisała do niego matka. Turgieniew tym pogłoskom zaprzeczył, ale w komedyjce amatorskiej z chęcią grał rolę jegomościa który podczas pożaru słomy w stodole woła: "Jestem jedynym synem swej matki" i "mourir si jeune". Należy tu wyjaśnić, że matka Turgieniewa miała trzech synów.
Pani Panajewa opowiada : "Wiedząc, że do następnego numeru "Sowriemiennika" nie ma nic z beletrystyki, Turgieniew wbiega do redakcji i opowiada, że wczoraj wieczorem wysłuchał czytania tak pięknej noweli, że on, Turgieniew, powinien złamać pióro i nie pisać już nic więcej. Radził Niekrasowowi jak najprędzej zakupić tę nowelę, zapewniając, że powiększy ona od razu ilość prenumeratorów "Sowriemiennika" o 500 najmniej osób. Niekrasow ucieszył się, prosił Turgieniewa o pośrednictwo i dał znać drukarni, żeby czekano na nowelę. Trzeba było jednak czekać półtora tygodnia, bo okazało się, że zachwycająca nowela nie jest jeszcze skończona. Wreszcie autor sam ją przywiózł do redakcji. Był to młody elegant, który zjawił się w karecie zaprzężonej czwórką koni, ponieważ mieszkał w Petersburgu u ciotki, która wyjeżdżała zawsze cugiem i z forysiem. Niekrasow nie czytając nawet noweli wysłał ją do drukarni, gdyż i tak oczekiwanie na nowelę opóźniło wyjście numeru. Kiedy przyniesiono korektę, Niekrasow wpadł w rozpacz. W noweli figurowały wyłącznie księżne, hrabiny, szambelanowie i baronowie, przy tym postacie te rozmawiały z sobą językiem tak pompatycznym, że można było dostać mdłości.
Kiedy Turgieniew przyszedł do niego na obiad, Niekrasow nie mówiąc mu, o jaką nowelę chodzi, przeczytał z niej kilka ustępów. Turgieniew ryczał i tarzał się ze śmiechu po ziemi, a potem literalnie ze łzami od śmiechu w oczach powiedział: "To pewno Panajew nie miał serca odmówić komuś ze swoich arystokracików i przyniósł to cudo." Kiedy Niekrasow wyjaśnił, że to nie Panajew, lecz on, Turgieniew, polecił tę nowelę, Turgieniew zerwał się na równe nogi i zawołał: "To, nieprawda!" Kiedy go przekonano, chwycił się za głowę i zaczął żałośnie piszczeć, a potem opowiedział, że słuchał czytania tej noweli w błogim stanie, że siedział koło prześlicznej kobiety, że pachnące włosy tej kobiety muskały go po policzku i ile razy odwracała się ona do niego, aby mu zakomunikować swój zachwyt, czuł, jak jej śliczne usteczka poruszają się niedaleko jego twarzy. Był on mistrzem w opowiadaniu tego rodzaju scen.
Niekrasow za karę zasadził Turgieniewa do przerabiania tego utworu. Turgieniew zabrał się do tego, wciąż jęcząc i powtarzając: "Trzeba mu dać rózgi, aby mu się odechciało literatury, a ja także zasłużyłem na baty."
Herzena poznał wówczas Dostojewski przelotnie na ulicy. Dostojewski i Herzen to w przyszłości dwa bieguny rosyjskiej myśli politycznej.
Tryumfy z powodu sukcesu Biednych ludzi przeżywał Dostojewski radośnie, zwłaszcza że słyszał słowa zachęty nie tylko od ludzi Bielińskiego, ale także od dawnych przyjaciół Puszkina, jak książę Wiaziemski lub książę Odojewski. Oto z jakim objawem niewyżytej radości, z jaką dziecinną dumą i dziecinnym samochwalstwem opowiada Dostojewski o swoich powodzeniach w liście do brata Michała, który mieszkał na prowincji:
"...nigdy, bracie, nie myślałem, że sława moja będzie tak duża. Wszędzie szacunek niesłychany, ciekawość mej osoby niewiarogodna. Poznałem mnóstwo najprzyzwoitszych ludzi. Książę Odojewski prosi, abym uszczęśliwił go swoją wizytą, hrabia Sołłohub wyrywa sobie włosy z głowy. Panajew mu powiedział, że ukazał się talent, który zadepcze do błota wszystkich pisarzy, Sołłohub biega i woła. "Gdzie Dostojewski, gdzie mogę dostać Dostojewskiego!" Krajewski mu powiedział, że Dostojewski nie zechce wyrządzić mu zaszczytu zawarciem znajomości. Wszyscy mnie zapraszają, nie mogę gęby otworzyć, aby we wszystkich kątach nie powtarzano: Dostojewski powiedział to, Dostojewski ma zamiar zrobić tamto. Bieliński lubi mnie tak, że nie można więcej. Kilka dni temu powrócił z Paryża poeta Turgieniew (pewnie słyszałeś) i tak się do mnie przywiązał, że Bieliński mówi, że Turgieniew zakochał się we mnie. Nie masz pojęcia, bracie, co to za człowiek. Poeta, talent, arystokrata, piękny, rozumny, bogacz, wykształcony, ma lat 25. Wreszcie charakter prawy, przepiękny..."
List powyższy jest z października 1845 r., w liście z listopada tegoż roku donosi Dostojewski o dalszych swych sukcesach, a także o tym, że zakochał się w Panajewej.
W rzeczywistości zetknięcie Dostojewskiego ze światem nie wyglądało tak, aby on ciągle coś mówił, a wszyscy inni jego słowa powtarzali, jak to można byłoby wnosić z tych listów entuzjastycznych. Oto na przykład notatka Panajewej, zapisana tegoż dnia, którego Dostojewski był u niej i zakochał się w niej.
"...razem z Grigorowiczem - pisze Panajewa - przyszedł do nas mały Dostojewski, nerwowy i drażliwy młody człowiek, taki chudziutki, malutki blondynek. Ma chorowitą cerę, nieduże szare oczy, trwożliwie biegające z przedmiotu na przedmiot, rusza nerwowo wargami, w rozmowie ogólnej udziału nie brał, widać zbyt był zażenowany."
Tymczasem czasy tryumfu zaczynają mijać. Dostojewski, zachęcony powodzeniem Biednych ludzi, zaczyna pisać inne nowele, Bielińskiemu przestają się one podobać. Wreszcie katastrofa. Pojawia się nowela Dostojewskiego pt. Gospodyni i oto Bieliński tak się o niej wypowiada:
"...Gospodyni... bzdurstwo ohydne. Każdy nowy utwór Dostojewskiego stanowi dalszy jego upadek. Ależ nabraliśmy się swego czasu na Dostojewskiego geniusza."
Po tych słowach Bielińskiego wszyscy nabierają abominacji do Dostojewskiego. Raz jeszcze podziwiajmy ten nadzwyczajny autorytet, jaki miał Bieliński, ten chudy, niepozorny suchotnik, to biedaczysko bez pieniędzy, a co najdziwniejsza, o poglądach zmiennych i chwiejnych. Bielińczycy zaczynają teraz mówić o Biednych ludziach, że żadnych Biednych ludzi nie było, a byli po prostu "Głupi ludzie".
Dostojewski nie zna jeszcze druzgocącej opinii Bielińskiego, ale coś przeczuwa i dopuszcza się okropnego nietaktu. Oto żąda od Niekrasowa, aby jego utwór wydzielił od utworów innych pisarzy, na przykład otaczając go czarnymi ramkami.
Wywołuje to wybuch oburzenia. Te "czarne ramki" Dostojewskiego warte są owego "mourir si jeune" Turgieniewa na płonącym statku. Obaj pisarze zaprzeczali później tym oskarżeniom. Turgieniew zaprzeczył, że gadał aż takie głupstwa podczas pożaru. Dostojewski już w podeszłym wieku ze wściekłością protestował przeciwko potwarzy przypisującej mu żądanie czarnych ramek. Tylko Turgieniew zawsze ze śmiechem wspominał owe "mourir si jeune" i "jestem jedynym synem swej matki" i nie bał się tego wspomnienia, a Dostojewski o "czarnych ramkach" nie mógł mówić inaczej, jak ze zgrzytaniem zębów, omal że z atakiem epilepsji.
Musiało jednak coś być prawdy w tych "czarnych ramkach", skoro Niekrasow pisze satyryczne wiersze na ten temat, przy tym nazywa Dostojewskiego "czerwonym pryszczem" na nosie literatury rosyjskiej.
Dostojewski głucho czuje, że się wszystko zmieniło i że wszystko jest stracone. Przychodzi raz do wciąż platonicznie ubóstwianej Panajewej, siada przy dużym okrągłym mahoniowym stole. Samowar, biały obrus, dużo srebra i fajansów. Olbrzymi Turgieniew, świetny improwizator, zaczyna opowiadać, że właśnie spotkał małego człowieczka z prowincji, który dostał bzika, że jest geniuszem. Turgieniew powtarza rzekome wywody tego człowieczka z prowincji używając charakterystycznego języka bohaterów nowel Dostojewskiego, używając nadmiaru przymiotników zdrobniałych, charakterystycznych dla tych bohaterów, a zwłaszcza powtarzając wyraz "mateńko". Młody człowiek rzekomo do samego Turgieniewa mówił "mateńko". Wszyscy pamiętali, że w Biednych ludziach bohater noweli pisze "mateńko" do swej ukochanej. Dostojewski drżał jak w febrze, wreszcie udało mu się opuścić wesołe zebranie.
Po jego wyjściu Panajewa gniewała się na Turgieniewa twierdząc, że nie można znęcać się tak nieludzko, że Dostojewski omal nie płakał, ale gniew jej był odparty powszechnym wybuchem śmiechu.
Poczciwy Panajew, który nic nie wiedział o tej scenie, gdyż rzadko siedział wieczorem w domu (jeszcze wtedy we własnym domu), spotkał kilka dni później Dostojewskiego na ulicy i chciał go na obiad zaprosić. Ale Dostojewski pochylił głowę i przebiegł koło Panajewa nie zatrzymując się. Zdziwiony Panajew próbował złapać go za płaszcz, ale Dostojewski wyrwał się i uciekł.
Tymczasem Bieliński nie miał racji. Gospodyni nie była wcale taka zła. Nowela jest niedociągnięta, posiada braki w kompozycji, załamuje się i ma tysiące innych wad, ale jest ciekawa jako próba noweli fantastycznej. Młody człowiek spotyka w cerkwi kobietę, która, jak się okazuje, jest we władzy męża-nie-męża, opiekuna-nie-opiekuna, złoczyńcy, wróżbiarza i kapłana jednocześnie. Młody człowiek dostaje się do ich domu i tu zachorowuje. Gdy w dużej gorączce leży w łóżku, zza ściany świętych sczerniałych ikon - w tej noweli ciągle są ikony tajemnicze i świeczki przed nimi - wychodzi piękna, młodziutka kobieta czy dziewczyna i zbliża się do jego łóżka. Niesamowity dziad rozdziela ich, a potem gdzieś ginie wraz z kobietą. Zdaje mi się, że znalazłem klucz, który jest jednocześnie kluczem i do zrozumienia symboliki tej noweli, i zrozumienia, dlaczego zagniewała ona tak Bielińskiego. Sądzę, że młody człowiek to inteligencja rosyjska, dziewczyna czy kobieta o wymownej nazwie: "gospodyni" - to lud rosyjski, a wróżbiarz prześladowany przez policję to religijne wierzenia tego ludu, to przede wszystkim raskoł. Bieliński był już trzecim pokoleniem wolterianów rosyjskich, nie znosił symboliki, która by dotyczyła tematów religijnych. Drugie pokolenie wolterianów rosyjskich to książę Wiaziemski, który pisał takie wiersze:
Bóg wyboi, Bóg zawiei,
Zapuszczonych polnych dróg,
Bóg noclegów bez pościeli,
Ot on, ot on, ruski Bóg.
Inaczej Dostojewski. On szukał właśnie rosyjskiego Boga. W wieku XVII za patriarchatu Nikona, a panowania Aleksego Michajłowicza poprawiono rosyjskie księgi nabożeństw, oczyszczono je z błędów stuleci. Ale w obronie czczonej starożytności wystąpiła część prostego ludu rosyjskiego, którą zaczęto nazywać raskołem lub starowierami. Kryzys pogłębił się za czasów Piotra Wielkiego, który wyśmiewał, niszczył, prześladował wszystko, co rosyjskie, nawet zabronił jeżdżenia trójkami i noszenia brody. Starowierzy stali się obrońcami prarosyjskości, stali się partią ludowego konserwatyzmu rosyjskiego walczącego z rewolucyjną działalnością Piotra Wielkiego. Starowierzy byli ciemni, ograniczeni, zabobonni, zacofani, składali się wyłącznie z chłopów, przy tym główne ich siedziby były na dalekiej północy, za lasami i błotami, oraz z części kupiectwa. A jednak oni właśnie, starowierzy, byli tą solą ziemi rosyjskiej, gdyż w niezmienności zachowali tradycje odwiecznej Rosji. Inteligencja rosyjska to czuła. Państwo rosyjskie prześladowało starowierów zawzięcie. Palono ich domy modlitw, ich pustelnie, oni sami zresztą palili się także w czasach zbiorowego samobójstwa. Rozpadli się na dziesiątki wyznań, z których niektóre były dziwaczne, jak na przykład jedno z nich uważało, że krzyż jest nieważny i nieświęty, jeśli nie jest zrobiony z drzewa jarzębiny. Zważywszy na prześladowania raskołu przez policję, rewolucjoniści rosyjscy wiele razy próbowali wygrać raskoł przeciw państwu, ale raskoł zawsze z pogardą odrzucał te kuszenia i gdy carat się wywrócił, to się okazało, że właśnie prześladowany raskoł jest carowi najwierniejszy. Otóż zdaje mi się, że Dostojewski myślał o starowierach, gdy pisał Gospodynię. Stąd fantastyczność, migotliwość świateł i cieni w tej noweli. Należy żałować, że Dostojewski lepiej się z tego tematu nie wywiązał.
IV
W DRZWIACH DO KATORGI
Dzień 22 grudnia, trzy dni przed Bożym Narodzeniem. Luta zima. Siemionowski Plac w Petersburgu. Rok 1849. Nogi grzęzną w śniegu. Plac zastawiony kilkoma pułkami piechoty, oto między innymi stoi lejbgwardii moskiewski pułk piechoty, ponieważ jeden ze skazańców, który ma dziś umrzeć, był oficerem tego pułku. Szafot, czyli pomost drewniany, udrapowany czarną jakąś materią, zaprószoną śniegiem. Na szafocie 21 ludzi, w tym 16, a wśród nich Dostojewski, skazanych na śmierć. Ustawieni są w dwa rzędy, pierwszy stoi Butaszewicz-Pietraszewski, a ostatni na lewym skrzydle pierwszego rzędu właśnie Dostojewski. Poza wojskiem tłumy ludzi, przeważają chustki kobiet, lecz od czasu do czasu napotyka oko także trójkątne kapelusze z kokardami, które nosili wówczas urzędnicy i oficerowie. Rosjanie na ogół obyci są z cierpieniem ludzkim, lecz zadanie śmierci gwałtem, z wyroku sądu, fascynuje ich zawsze i przyciąga. Falujący więc od zimna tłum oczekuje, wypatruje i milczy. Ludzie tupią nogami lub chuchają w palce od zimna. Dostojewski od kilku miesięcy był w więzieniu, lecz teraz dopiero dowiedział się, że ma umrzeć. Chodzi tu o zebranie piątkowe u Pietraszewskiego. Przed szafotem wbite są w ziemię trzy dębowe pale, odarte z kory. Do tych słupów przywiązywać będą skazańców, aby ich rozstrzelać. Teraz audytor każdemu z nich po kolei odczytuje wyrok. Zabiera to pół godziny czasu. Aresztowano ich w kwietniu, stoją więc w swoich letnich płaszczach, nosy mają zsiniałe z mrozu, nozdrza zamarznięte, ręce zgrabiałe. Przychodzi pop, wzruszony, roztrzęsiony, bojący się tej kary śmierci. Mówi prędkim szeptem: "Jeśli żałujesz za grzechy, to twoim będzie królestwo niebieskie". Ręce ma również czerwone i sztywne od mrozu i zmarzniętymi palcami podsuwa każdemu ze skazańców do pocałowania krzyż, mały, srebrny, kwadratowy. Dostojewski całuje ten krzyż i czuje smak zimna na wargach. Kaszkin, stojący w drugim rzędzie, zaczyna płakać, generał Gołowaczew podjeżdża konno do szafotu i mówi do niego pośpiesznie po francusku: "Vous serez gracies tous, tous." ["Wszyscy będziecie ułaskawieni"]. Generał łamie w tej chwili dyscyplinę przez dobroć serca, ale winę jego pomniejsza to, że mówi po francusku, a więc przemawia nie jako generał do skazańca, lecz prywatnie, jak światowiec do człowieka z towarzystwa. Zresztą właśnie Kaszkin i dwaj inni, którzy słyszą słowa generała Gołowaczewa, nie są skazani na śmierć. Nad głowami skazańców ze szlachty, których jest przeważająca większość, łamią szpady w znak pozbawienia ich szlachectwa. Pop wciąż jeszcze kręci się po szafocie, chaotycznie powtarzając słowa rozmaitych modlitw, aż inny generał woła z konia: "Ojcze, skończyłeś swoje - proszę zejść." Na skazańców nakładają białe całuny z kapiszonami i teraz nieruchome powietrze przeszywa okrzyk Pietraszewskiego, a raczej jego uwaga, tylko że ta uwaga wypowiedziana jest krzykiem: "Patrzajcie, cóż za komiczne ubranka, jak oni nie umieją ludzi ubierać!" Po tym okrzyku kilku żołnierzy bierze Pietraszewskiego za ręce, a także porucznika Mombellego i porucznika Grigorjewa, sprowadzają ich wszystkich z szafotu i przywiązują do pali, kapiszony od całunów zaciągając na twarze, a ręce związują także.
Teraz już również Kaszkin i tych kilku innych, którzy słyszeli francuskie pocieszenie generała Gołowaczewa, rozumieją, że było to zwyczajne pocieszenie, ze egzekucja odbędzie się natychmiast. Wśród ciszy, potwornej ciszy oczekiwania, głośne słowa komendy. Szesnastu żołnierzy występuje naprzód. Słychać ich ciężkie, buciaste kroki, jak zdążają ku przywiązanym. Znowuż komenda - "stój", potem jeszcze wrzaskliwsze "gotuj broń". Lufy karabinów są skierowane na ludzi przywiązanych. Pada krótkie, przeraźliwe "cel". Dostojewski już ma w uszach huk salwy. Ale oto Pietraszewski wyswobodził uwiązaną rękę i zerwał kapiszon z twarzy i Dostojewski widzi, że wprowadza to jakiś dysonans do ponurej procedury, przynajmniej tak się jemu zdaje. Żołnierze biorą broń do nogi, a generał Rostowcew, znany z jąkania się, stanąwszy kilka kroków przed Pietraszewskim z jakimś papierem w ręku, zaczyna czytać coś bez sensu, jak się to Dostojewskiemu wydaje. Dostojewski słyszy: "...z łaski Bożej, my, cesarz i samodzierżawca wszechrosyjski, moskiewski, kijowski, włodzimierski, nowogrodzki, car kazański, car astrachański..."
"Boże - myśli Dostojewski - Boże!"
"...Car polski - jąka się dalej generał Rostowcew, wypowiadając kilka słów gładko, to zacinając się dłużej na jednej sylabie - car syberyjski, car Chersonesu taurydzkiego, car gruziński, pan Pskowa i wielki książę smoleński..."
- Prędzej - szepce Dostojewski - prędzej...
"...litewski, wołyński - ciągnie generał - podolski i finlandzki, książę Estonii, Kurlandii, Inflant i semigalski, żmudzki, białostocki, karelski, twerski, jugorski, permski, wiacki, bułgarski i innych..."
"Jak to innych - myśli Dostojewski - to przecież niegramatycznie, może innych, nie Dostojewskiego."
"...pan i wielki książę Nowogrodu, ziem niżowych, czernihowski, riazański, połocki, jarosławski, białozierski, kondyjski, witebski, mścisławski, Uboria, Obdoria i wszystkich krajów północnych władca..."
"Uboria, Obdoria" - powtarza Dostojewski.
"...pan iwerskich, kartalińskich i kabardyńskich ziem i dzielnicy ormiańskiej; czerkaskich i górskich książąt pan i władca; następca tronu Norwegii, herzog schleswig-holsztyński, stormarnski i oldenburski..."
"To przecież koniec" - myśli Dostojewski.
"...etcaetera, etcaetera, etcaetera" - powoli, sadystycznie, uroczyście wymawia Rostowcew.
Potem już ciszej odczytuje konfirmacje cesarza zamieniające kary uprzednio skazańcom odczytane na lżejsze, mianowicie: Pietraszewski zamiast kary śmierci skazany zostaje na dożywotnią katorgę, Mombelli i Grigorjew otrzymują 15 lat katorgi. Dostojewski odczytany jest dziesiąty z kolei, zamiast kary śmierci skazany jest na cztery lata katorgi, a potem ma zostać szeregowcem. Poeta Palm uzyskuje przebaczenie całkowite, a tylko z gwardii przeniesiony jest do armii.
Teraz wszystkim prócz Palma dają brudne kożuchy aresztantów, w które ci ubierają się jak najprędzej. Trzech, uprzednio przywiązanych do pali, od razu zakuwa się w kajdany.
- Prędzej - krzyknął na Pietraszewskiego jakiś oficer.
- Swołocz! - wrzeszczy na niego Pietraszewski - chciałbym ciebie zobaczyć na moim miejscu.
Po czym oświadcza, że nie jest gotów do drogi, bo musi się pożegnać z towarzyszami. Generał skinieniem głowy pozwala mu na to. Pietraszewski obchodzi, całuje i przemawia do wszystkich, potem zaczynają go zakuwać w kajdany. Pietraszewski patrzy na to przez pewien czas w milczeniu, potem niespodziewanym ruchem wyrywa katowi młotek i sam zakańcza tę robotę. Oficerowie i kat nie przeszkadzają mu w tym.
Porucznik gwardii Grigorjew zwariował, w czasie gdy go przywiązywano do słupa, ale na razie tego nie zauważono. Wraz z Pietraszewskim i Mombellim bezpośrednio z placu Siemionowskiego wywożą go w kierunku Syberii.
Inni skazańcy wracają do więzienia, tak jak przyjechali, to znaczy każdy z osobna siada do jednej karety, konny konwój otacza karetę.
Dostojewskiemu pozwolono teraz wysłać list do brata Michała. Dostojewski pisze: "W kazamacie śpiewam głośno, z radości, tak jestem rad z przywróconego mi życia."
Kara śmierci nie polega na fizycznym unicestwieniu człowieka. Śmierć zadana niespodziewanie jest bezbolesna, jest czymś w rodzaju odurzenia eterem lub chloroformem, a więc nie może być karą, bo nie jest cierpieniem, a mówi się: odcierpieć karę. To, co nazywamy karą śmierci, tkwi raczej w nocy przedśmiertnej, polega raczej na świadomości człowieka, że skazany jest na śmierć, na cierpieniach psychicznych, które odczuwa na widok przygotowań do zabicia go. Wobec tego pomysł, aby skazanych w procesie Pietraszewskiego wpierw "nastraszyć" karą śmierci, a potem uszczęśliwić katorgą, równał się właściwie wymierzeniu im dwóch kar jednocześnie, i kary śmierci, i katorgi. Skazani przecierpieli przecież karę śmierci, około godziny byli przekonani, że umrą, i patrzyli na przygotowania do ich zgładzenia. Innymi słowy, Dostojewski za swój udział w zebraniach Płetraszewskiego poniósł karę śmierci, potem męczył się cztery lata na katordze, a później jeszcze około dwóch lat jako szeregowiec z "aresztantów" w batalionie stacjonującym na końcu świata. Jakiś pedant gotów jest powiedzieć, że skoro Dostojewski śpiewał z radości po przywróceniu mu życia, to widać, że uprzednio zainscenizowana kara śmierci działała jako środek znieczulający, pomniejszający cierpienia spowodowane wyrzeczoną karą katorgi. Cóż odpowiemy pedantowi? Zapewne, że jest głupcem, bo należy się liczyć z tym, że nad sposobem kary wymierzonej: Dostojewskiemu głupcy głos zabiorą. Pewien król w średniowieczu skazał swego karła na śmierć, postawiono go na szafocie, jak Dostojewskiego w 1849 r., położono mu głowę na pieńku, a kat uderzył go po szyi kawałkiem kiełbasy. Obecni wybuchnęli śmiechem, lecz karzeł tego śmiechu nie słyszał, umarł ze strachu. Tutaj prostactwo ludzkie dążyło do użycia cierpień ludzkich w charakterze elementu komicznego. Prostactwo tego typu działa po dziś dzień, zwłaszcza w dziedzinie pedagogii.
W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia wywożono Dostojewskiego zakutego w kajdany na Sybir. Sanki jego minęły dom, w którym mieszkał brat jego Michał. Okna były oświetlone, widać było choinkę urządzoną dla dzieci i palące się na niej świeczki.
Dostojewski pokutował za udział w "piątkach" Pietraszewskiego, za odczytanie na jednym z tych zebrań listu Bielińskiego do Gogola. Pietraszewski jest więc człowiekiem, który wywarł decydujący wpływ na osobiste losy życia Dostojewskiego. Pietraszewski i jego zebrania stały się później źródłem twórczości Dostojewskiego. Ale, co najważniejsza, sam Pietraszewski to typ z dostojewszczyzny, i to tak jaskrawy typ z dostojewszczyzny, że w danym wypadku życie było bardziej fantastyczne od powieści, bo oto można powiedzieć, że tak nieprawdopodobnego typu dostojewszczyzny, jakim naprawdę w życiu był Pietraszewski, sam Dostojewski nie ośmielił się umieścić w żadnym ze swoich utworów.
Michał Wasylewicz Butaszewicz-Pietraszewski urodził się zaledwie o jeden dzień później od Dostojewskiego. Zresztą wszyscy w tym procesie oskarżeni byli rówieśnikami Dostojewskiego. Pietraszewscy - oto pokolenie Dostojewskiego. Pietraszewski był szlachcicem, właścicielem majątku i domów w Petersburgu. Uczył się w liceum, arystokratycznym i uprzywilejowanym zakładzie naukowym, w którym kiedyś uczył się Puszkin. Nauczycieli swych wciąż drażnił i uważany był za najgorszego ucznia. Po skończeniu liceum, na uroczystości pożegnalnej, Pietraszewski niespodziewanie dla wszystkich zabiera głos i wygłasza pochwałę swych nauczycieli w tak pięknej i rozumnej mowie, że dyrekcja i liceum postanawia ogłosić ją drukiem. Pietraszewski wstępuje do uniwersytetu, kończy go z łatwością i świetnie.
W 1841 roku Pietraszewski został urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych w charakterze tłumacza. Zaczyna zbierać książki zakazane przez cenzurę, które chętnie wszystkim pożycza. Ujawnia niepospolite zdolności w wielu dziedzinach i jednocześnie niesłychane dziwactwa. Nosił cylinder nie okrągły, jak wszyscy, lecz czterokątny i płaszcz hiszpański. Idąc po ulicy, znienacka zapalał i puszczał fajerwerki lub rozdawał przechodniom książki. Nosił długie włosy; jego szef zawołał go kiedyś i kazał kategorycznie mu się ostrzyc. Nazajutrz przychodzi Pietraszewski do biura z włosami, jak się zdaje, jeszcze jakoś dłuższymi i od razu melduje się w gabinecie swego szefa: "Ekscelencjo, spełniłem żądanie pańskie, ostrzygłem się" - po czym zdejmuje z głowy ogromną perukę i pokazuje istotnie świeżo ostrzyżone włosy. Chciał zostać nauczycielem w jednej ze szkół. Na pytanie, jakiego może uczyć przedmiotu, wyliczył jedenaście przedmiotów. Kiedy władze szkolne wybrały z nich jeden i prosiły, aby dowiódł w nim swej biegłości, odpowiedział: "Przedmiot ten może być rozpatrywany z 20 punktów widzenia" - i istotnie w kilkugodzinnym przemówieniu logicznie i konsekwentnie wyłuszczył wszystkie 20 punktów widzenia. Składał memoriały. Jeden z nich dotyczy następujących kwestii: 1) wadliwości zbioru praw cesarstwa rosyjskiego, 2) pożytku cywilizowania małp za pomocą ich golenia, 3) systemu ubezpieczeń wzajemnych (wówczas w Rosji nieznanego), 4) wykazania, że pożar Moskwy w 1812 r. był dowodem nie patriotyzmu, lecz barbarzyństwa, 5) przedstawienia prawdziwych zasad chrześcijańskiej filozofii, 6) przeistoczenia klasztorów w domy dobroczynności, 7) konieczności zasady jawności w procedurze sądowej i pożytku wprowadzenia w Rosji sądów przysięgłych na wzór angielski.
Pietraszewskiemu bardzo podobały się teorie Karola Fourrier. Zebrał nawet niepiśmiennych stróżów ze swej ulicy i czytał im dzieła Fourriera we własnym przekładzie. Po skończonej lekturze zapytał ich, czy zrozumieli. Słuchacze odpowiedzieli, że zrozumieli znakomicie. "Jak można było nie zrozumieć" - powiedzieli niektórzy z nich. Pietraszewski dał wszystkim po 20 kopiejek. Na następnej jednak prelekcji Pietraszewski dał im tylko po pięć kopiejek, co wywołało kryzys. "Myśmy u waszej miłości dłużej teraz byli, a otrzymaliśmy mniej" - mówili zawiedzeni słuchacze. Propaganda teoretyczna zasad Fourriera została zawieszona na skutek obustronnego rozczarowania. Ale zdarzyło się, że jedna z wiosek należących do Pietraszewskiego spaliła się do cna. Pietraszewski chwycił się tej okazji. Zamiast odbudowywać wioskę zaczął budować falanster, wspólne sypialnie, jadalnie, bibliotekę, wspólne wozownie, stajnie, obory, chlewy. Było w tej wiosce 40 rodzin. Pietraszewski zapożyczył się, aby wszystko było możliwie wspaniałe. Już był ustalony dzień inauguracji falansteru, na który zaproszeni byli znajomi Pietraszewskiego z Petersburga, gdyż wioska ta leżała blisko stolicy, gdy uszczęśliwiani chłopi w przededniu uroczystości podpalili i spalili falanster ze wszystkimi przynależnościami.
W stosunku do warstwy oświeconej Pietraszewski wykazywał mniej naiwności, a czasami zdobywał się na chytry oportunizm. Na przykład w r. 1846 redaguje drugie wydanie dykcjonarza wyrazów obcych i dedykuje go bratu cesarza, wielkiemu księciu Michałowi, omawiając w nim szereg pojęć drażliwych, jak konstytucja, demokracja, fourrieryzm itd. Dedykacja, na którą uzyskano pozwolenie samego wielkiego księcia , uśpiła czujność cenzora. Dopiero później dostrzeżono wszystkie te okropności, słownik został wycofany ze sprzedaży i spalony, a roztrzepany cenzor skazany na areszt.
W 1848 Pietraszewski rozsyła szlachcie petersburskiej guberni, do której sam należy, memoriał o niewinnym i smakowitym tytule "O sposobie podwyższenia cen ziemi". W memoriale tym w chytry sposób propaguje oswobodzenie chłopów. Ceny ziemi dlatego tak są niskie, ponieważ prawo kupna ziemi posiada tylko szlachta, gdyby to prawo uzyskali także kupcy, cena ziemi musiałaby się podnieść. Kupcy jednak nie mają prawa być właścicielami niewolniczych "dusz ludzkich". Więc...
Od 1844 r. Pietraszewski zaprasza różnych ludzi na swoje "piątki". Na zebraniach tych gada się zwykle kilka godzin w towarzystwie kilkunastu do kilkudziesięciu sproszonych gości, czyta głośno książki francuskie, w Rosji przez cenzurę zakazane, a o drugiej godzinie w nocy Pietraszewski zaprasza na skromną kolację. Czasami Pietraszewski wykazywał nie tylko takt i spokój, lecz także przenikliwość. On jeden ze wszystkich uczestników swych zebrań odgadł, że Antonelli jest szpiclem.
Rewizję u Pietraszewskiego w nocy z 22 na 23 kwietnia 1849 robił sam generał Dubelt, zastępca szefa słynnego III oddziału własnej jego cesarskiej mości kancelarii, człowiek, przed którym drżała cała Rosja. Pietraszewski siedział w jakimś egzotycznym szlafroku. Gdy Dubelt dotknął jakiejś książki, Pietraszewski krzyknął z udanym przestrachem:
- Generale, nie ruszaj pan tej książki, to nie dla pana.
- Dlaczego?
- Bo to książka zabroniona przez cenzurę. Jeszcze panu zrobi się niedobrze.
Przy śledztwie bardzo zaszkodziły Pietraszewskiemu jego rękopisy, zajęte podczas nocnej rewizji. Wyczytano w nich na przykład takie aforyzmy.
"Od chwili, w której rozstałem się ze swoją smrodliwą ojczyzną..."
Albo:
"...zgodnie ze słowami ogólnie znanego demagoga Chrystusa, który cokolwiek niefortunnie zakończył swą karierę życiową..."
Prawie równe oburzenie wywołały uwagi Pietraszewskiego o karze, którą wymierzył książę Oldenburski, kuzyn cesarza, uczniom podległego mu zakładu naukowego. Pietraszewski pisał:
"Cóż to za dziwaczny sposób karania przez pozbawianie poduszek do spania. Należało się przedtem zapytać o radę chociażby jakiegoś felczera, który by wytłumaczył, że kara taka może spowodować ból głowy, a nawet apopleksję u chłopców anemicznych."
Na śledztwie Pietraszewski zachowywał się w sposób rozmaity. Początkowo tłumaczył, że do rozpatrzenia jego sprawy wydelegować należy komisję naukową, a nie władze wojskowo-sądowe. Potem w odpowiedzi na żądanie spisania zeznań zaczął piać jak kogut, tańczyć i skakać. W końcu zaczął się bronić w sposób poważny i rozważny, a nawet zgodził się przeprosić księcia Oldenburskiego za bezczelną krytykę jego rozporządzenia o poduszkach.
Czy Pietraszewski był wariatem? Sądzę, że gdyby się urodził w Anglii, to w 1841 przemawiałby na zebraniach w Hyde Parku, w 1849 zostałby posłem do parlamentu, a w 1866, zważywszy na wybitne zdolności i silny charakter, mógłby zostać premierem. Ale Pietraszewski urodził się w kraju, którego ustrój polityczny zbliżony był do dzisiejszych ustrojów dyktatorialnych, jakkolwiek był modelowany w bardziej patriarchalny sposób, i dlatego jego polityczne zainteresowania i zdolności usychały, degenerowały, wynaturzały się w dziwactwach. Była to roślina hodowana wśród warunków, które sprawiły, że nabrała kształtów potwornych.
Kiedy w 1856 Pietraszewski otrzymuje amnestię, on jeden ze wszystkich uczestników swej sprawy odrzuca tę amnestię oświadczając, że żąda sądowej rewizji swego procesu. Tego oczywiście nie zyskał, ale spotykamy go jednak później w Irkucku, stolicy Syberii wschodniej, za czasów liberalnego generał-gubernatora tej prowincji Murawiewa-Apostoła, gdzie współpracuje w prasie wydawanej przez tego oświeconego dygnitarza. Ale Pietraszewski nudzi się i kłóci, nazywa zastępcę generał-gubernatora, generała Korsakowa, "koniem pocztowym", bierze udział w kłótniach i intrygach spowodowanych śmiertelnym wynikiem pewnego pojedynku, naraża się wszystkim, aż wreszcie zostaje zesłany ponownie w głąb Syberii. Awantury nie ustają, więc zsyłają go dalej i dalej. Umarł w siole Bielskim okręgu Jenisiejskiego w ciężkich warunkach. Sybir jest strasznym krajem, w którym człowieka poza domem zjadają latem "meszki", rodzaj małych komarów , a w domu latem i zimą karaluchy. Witalność tego paskudztwa jest tak duża, że rokrocznie zdarzają się wypadki zjadania pozostawionych bez nadzoru niemowląt przez karaluchy. Chłopi od karaluchów wymrażają chaty, to znaczy pozostawiają je otwarte w czasie największych mrozów. Ale Butaszewicza-Pietraszewskiego nikt nie lubił i w dzikiej wiosce dano mu nie wymrożoną chatę. Był chory, nikt mu nie usługiwał, nie odwiedzał, zmarł zagryziony przez karaluchy. Na pogrzeb czekał dwa miesiące, wreszcie go pogrzebano, przy tym w tej ceremonii nikt prócz dwóch grabarzy udziału nie wziął. Jedna z jego biografii zakończona jest słowami, które tu powtórzymy. Gravis uit vita, levis sit ei terra. [Przeminęło ciężkie życie, oby ci ziemia była lekką.]
Pietraszewski zaczepił kiedyś Dostojewskiego na ulicy zapytaniem: "Jaka jest idea pańskiej ostatniej noweli?" W ten sposób została zawarta znajomość, której likwidację opisał sam Dostojewski w panieńskim albumiku do wierszy panny Milukow w sposób następujący.
"Dwudziestego drugiego, a raczej dwudziestego trzeciego kwietnia wróciłem do domu o czwartej rano i zaraz zasnąłem. Przez sen słyszałem, że do pokoju weszli jacyś niezwykli ludzie. Zadźwięczała szabla o coś potrącona. Z trudnością otwieram oczy i słyszę miękki sympatyczny głos: proszę wstać. Patrzę: komisarz policji. Ale sympatycznym głosem mówił człowiek ubrany w niebieski mundur żandarma ze szlifami podpułkownika.
- Co się stało?
- Według rozkazu.
Patrzę, że istotnie "według rozkazu". W drzwiach stoi jeszcze jeden żandarm.
- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi - uspokajał mnie podpułkownik - niech pan się ubierze, my zaczekamy.
Rozpoczęła się rewizja. Komisarz policji wykazał wielką przedsiębiorczość, moim cybuchem zaczął roztrącać popiół w piecu. Podoficer żandarmerii na jego rozkaz wlazł na piec, ale stamtąd zleciał wywróciwszy się na ziemię.
Na stole leżała moneta piętnastokopiejkowa, stara i pogięta. Komisarz policji zaczął uważnie się jej przypatrywać.
- Czy nie fałszywa? - zapytałem.
- Zobaczymy - odpowiedział i załączył monetę do akt sprawy.
Wyprowadzono mnie. W drzwiach żegnała mnie gospodyni oraz jej służący, Jan, bardzo przestraszony, lecz jednocześnie czegoś uroczysty w sposób odpowiadający powadze wydarzenia, zresztą uroczystość ta nie miała świątecznego charakteru. Pojechaliśmy na Fontankę koło łańcuchowego mostu."
Tam Dostojewski spotkał wielu znajomych, między innymi swojego młodszego brata Andrzeja, aresztowanego przez pomyłkę w zamian za starszego brata Michała, który istotnie kilka razy brał udział w zebraniach u Pietraszewskiego. Przyjechał także książę Orłów, szef III oddziału generał Dubelt, zadawali pytania wszystkim obecnym w ilości kilkudziesięciu osób w sposób uprzejmy, jak na raucie. Potem podano śniadanie z zakąskami i winem, wśród aresztowanych było kilku oficerów gwardii, trudno im było nie podać przyzwoitego śniadania przy pierwszym spotkaniu.
Andrzej, brat Dostojewskiego, rozczulił później Dubelta, gdy na pytanie, czy zna Butaszewicza-Pietraszewskiego, odpowiedział, że Pietraszewskiego nie zna, a "tamtego drugiego" nazwiska nie dosłyszał i prosi ekscelencję o powtórzenie. Dubelt od razu zorientował się, że Andrzej Dostojewski jest normalnym durniem, którego zebrania Pietraszewskiego interesować nie mogły, i wypuścił go z listem do jego przełożonego, wyjaśniającym pomyłkę, wyrażającym ubolewanie i prośbę, aby poczciwy Andrzej nie miał jakichś dalszych przykrości, a aresztował Michała, którego zresztą także wypuścił. Ponieważ Michał miał żonę i dzieci, które pozostały bez grosza pieniędzy, więc cesarz osobiście posłał im 200 rubli, z tym jednak, aby nikt nie wiedział, że to od niego.
Ideowy stosunek Dostojewskiego do sprawy pietraszewców jest zabagniony. Jego biografowie podświadomie tendencyjnie chcą go zsolidaryzować z ideałami pietraszewców. Powołują się przy tym na zdanie wypowiedziane przez Dostojewskiego 15 lat później, że obecnie "zdradził swe dawne przekonania". Znamy to zdanie, wypowiedziane ono było w liście prywatnym, w którym oburza się Dostojewski, że policja wciąż czyta jego listy, z ogólnego tonu całego listu wynikało, że zdanie to było nie przemyślane, rzucone w przesadzie i rozdrażnieniu i żadnym dowodem być nie może. Poza tym wysuwany jest jakiś list Majkowa, w którym ten przypomina sobie, jak Dostojewski w nocy siedział w koszuli na kanapie i coś mu mówił, że poza zebraniami Pietraszewskiego powstało na ich tle kółko Durowa (którego później Dostojewski nie znosił) i że kółko to zamierza założyć tajną drukarnię. Oto wszystko.
Nie należy na to wszystko zwracać uwagi. Mamy inne ważniejsze dowody, które stwierdzają, że Dostojewski bardzo daleki był od ideologii pietraszewców. Są to obecnie in extenso ogłoszone akta sprawy, zeznania Dostojewskiego. Stwierdzają one ponad wszelką wątpliwość, że Dostojewski ówczesny był już zapowiedzią Dostojewskiego późniejszego, że miał już przekonania ludowe, nacjonalistyczne, religijne, monarchiczne.
Zeznania przed śledztwem mogą być kłamliwe, a nawet stuprocentowo zełgane. Tak jest, toteż w zeznaniach Dostojewskiego dużo jest nieprawdy, gdy mówi: nie wiem, nie słyszałem - o rzeczach, które znał i które słyszał, ale które by obciążały innych oskarżonych. Dostojewski broni, jak może i umie, swych przeciwników politycznych, ale swych kolegów z zebrań i obecnych kolegów z więzienia. W ogóle zeznania Dostojewskiego są nad wyraz szlachetne. Obciąża siebie, wybrania innych. Tym bardziej zasługuje to na podkreślenie, że akta obecnie ogłoszone miały na zawsze pozostać tajnymi i że inni uczestnicy zebrań Pietraszewskiego, nawet najwybitniejsi, nawet później czczeni przez rewolucyjne społeczeństwo rosyjskie, pozwalają sobie w tych zeznaniach nie tylko na kajania się, lecz i na denuncjacje kolegów. Dostojewskiego zeznania są kryształowe, piękne, czyste, godne, dostojne. Sam on powiada o sobie w swoich wspomnieniach, że z początku bardzo przestraszył się więzienia, lecz potem się uspokoił. Widać, że nie dbał o siebie, a tylko o to, aby zachować się zgodnie ze swoimi przekonaniami i aspiracjami, w sposób heroiczny, i widać także, że mu jest przyjemnie, że rząd tak się interesuje jego przekonaniami i poglądami. W Rosji uznanie faktu, że każdy człowiek ma indywidualne polityczne zdanie, następowało dopiero w stosunku do człowieka już aresztowanego.
Zeznania Dostojewskiego, kłamliwe, gdy chodzi o zatajenie winy innych, nie mogą być kwestionowane co do szczerości, gdy chodzi o niego samego, gdyż, po pierwsze, nie są one obliczone na pomniejszenie swej odpowiedzialności wobec sądu, pewne rzeczy w ówczesnej Rosji Dostojewski krytykuje z prowokacyjną swobodą, po drugie, w tych zeznaniach wypowiada Dostojewski absolutnie te same poglądy, które będzie głosił, gdy już będzie sławnym pisarzem i uznanym monarchistą. Czytając w tych zeznaniach wyznanie wiary Dostojewskiego uwięzionego, stwierdzamy, że to są te same poglądy, które będzie głosił późniejszy Dostojewski monarchista, a więc twierdzimy, że musiały one być szczere i prawdziwe.
Wyjaśnijmy przede wszystkim sprawę czytania listu Bielińskiego do Gogola. Gogol zachowywał się przed śmiercią w sposób przypominający nam okoliczności śmierci cesarza Aleksandra I. Była to widać choroba epoki. Cesarz chciał się rozstać z cesarstwem i iść do klasztoru, wielki, niezrównany pisarz chciał się rozstać ze swym artystycznym bogactwem, palił swoje niewydane rękopisy i chciał jechać do Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Popełnijmy tu znów dygresję. To, że Gogol był monarchistą, że pisywał listy monarchistyczne, nie mogło mu w niczym pomóc w oczach cesarza czy rządu. Cesarz karał pisarzy za przestępstwa cenzuralne, ale nigdy nie przyszło mu do głowy wynagradzać pisarzy za uczucia wiernopoddańcze. Zabronił nawet Puszkinowi wydrukować wiersze na swoją cześć. Gdyby wtedy wielki pisarz rosyjski Gogol ośmielił się powiedzieć: popieram cesarza Mikołaja I, to cesarz uśmiałby się serdecznie z tej megalomanii, a Gogola wsadzono by do więzienia za bezczelność. I to może nie tylko z braku kultury. Było to raczej odzwierciedleniem istotnego, realnego stanu rzeczy. Rosja była olbrzymim krajem analfabetów, siła polityczna cesarza opierała się nie na poglądach politycznych jego poddanych, lecz na jego dywizjach, żandarmach i policji.
Otóż w odpowiedzi na owe monarchistyczne i religijne wynurzenia Gogola Bieliński w dniu 15 lipca 1847 wystosował do niego, do Rzymu, gdzie Gogol mieszkał, prywatną epistołę, zawierającą następujące, zbrodnicze z punktu widzenia ówczesnych sędziów ustępy:
"...Rosja widzi swe zbawienie nie w mistycyzmie, nie w ascezie, nie w pietyzmie, ale w osiągnięciach cywilizacji. Potrzebne jej są nie kazania (dosyć ich słyszała), nie modlitwy (dosyć ich powtarzała), lecz obudzenie w narodzie poczucia godności własnej.
...okropne widowisko kraju, w którym ludzie handlują ludźmi, gdzie nie ma żadnych gwarancji dla osoby, honoru i własności człowieka, gdzie nie ma nawet policyjnego porządku, a działają tylko ogromne korporacje państwowych złodziei i grabieżców.
...Nie będę się rozwodził nad Pańskimi dytyrambami o czułości narodu rosyjskiego do swoich włodarzy. To poniża Pana w oczach nawet tych ludzi, którzy się z Panem zgadzają - pod innymi względami. Pozostawiam sumieniu Pańskiemu owo Pańskie upijanie się pięknością samodzierżawia. Zachwycaj się Pan nim ze swego dalekiego Rzymu. Zaręczam Panu, że z bliska nie jest ono ani tak piękne, ani tak bezpieczne."
Ten list Bielińskiego, już po jego śmierci, odczytał dwukrotnie Dostojewski, raz na zebraniu u Durowa, drugi raz na "piątku" u Pietraszewskiego, i pozwolił go przepisać. Dostojewski oświadczył w swych zeznaniach, że czytał ten list jako dokument literacki, nie pozbawiony pewnych artystycznych walorów, natomiast że się z treścią jego nie zgadza i jest jej przeciwnikiem. Sąd wojskowy, specjalnie dla sprawy pietraszewców wyznaczony, nie dał wiary tym zapewnieniom, chociaż były one szczere, aczkolwiek pozwolimy sobie uzupełnić wymienione przez Dostojewskiego przyczyny jeszcze jedną, z której sam Dostojewski zapewne niezupełnie sobie zdawał sprawę. Oto ambicja Dostojewskiego bardzo była podrażniona lekceważeniem, które mu okazało towarzystwo Bieliński - Niekrasow -Turgieniew. Koło ludzi zbierających się u Pietraszewskiego nie było tak interesujące i pociągające, jak tamto, zbierające się dokoła samowara pani Panajewej. Ale ludzie Pietraszewskiego szanowali Dostojewskiego. Był najwybitniejszym literatem wśród ich grona, a jeszcze Juliusz Cezar powiedział, że woli być pierwszy w wiosce niż drugi w Rzymie. Otóż Dostojewski podświadomie chciał czymś zainteresować tych ludzi, a list Bielińskiego dawał mu pod tym względem doskonałą okazję.
Natomiast Dostojewski na pewno nie solidaryzował się ani z treścią listu Bielińskiego, ani tym bardziej z jego ogólną tendencją. Nie należy utożsamiać Dostojewskiego z 1849 r. z przedśmiertnymi nastrojami Gogola. Ale niewątpliwie Dostojewski już był na drodze do podobnych poglądów. W każdym razie był wtedy bliższy nastrojom Gogola niż nastrojom Bielińskiego. Uświadommy sobie klimat listu Bielińskiego: suchy, materialistyczny, racjonalny. Bieliński wielbi Europę, potępia Rosję. Klimat Dostojewskiego był zupełnie inny od klimatu Bielińskiego. Wyrażał się w zdaniu:
"...pust' nasza ziemlia niszczaja, no jejo ischodił błagosławliaja Christos." ["... niech nasza ziemia jest nędzna, ale ją przemierzył błogosławiąc Chrystus."]
Nie potrzebuję się nawet powoływać na bolesną, dotkliwą urazę, którą czuł Dostojewski do Bielińskiego, a która wynaturzyła się w nim w ostrą, napastliwą i zaciekłą nienawiść, aby zapewnić czytelnika, że nie może być nawet o tym mowy, aby Dostojewski solidaryzował się z listem, który odczytywał.
W swoich zeznaniach, obok różnych krytyk działalności rządu, Dostojewski twierdzi, że wszystko, co było w Rosji zrobione naprawdę dobrego, począwszy od reform Piotra Wielkiego, pochodziło zawsze z inicjatywy tronu.
Dostojewski wypowiada swój pogląd o konieczności silnej, centralnej władzy w Rosji. Uzasadnia go argumentami historycznymi: upada władza centralna w Rosji w średniowiecznej epoce drobienia kraju na księstwa udzielne i Rosja ulega jarzmu tatarskiemu. Następuje odbudowa tej władzy i to oswobadza Rosję. Gdy władza słabnie, następuje inwazja Polaków w początkach wieku XVII. Zenit władzy bezwzględnej, lecz silnej, to panowanie Piotra Wielkiego. Rosja czyni wtedy skok ku potędze.
Dostojewski oświadcza:
"...na świecie nie może być nic bardziej idiotycznego od pomysłu wprowadzenia do Rosji systemu republikańskiego."
Zeznania Dostojewskiego uważane były przez sąd tylko za materiał, który należy dopiero porządnie opracować. Konstatujemy, że w tych opracowaniach nie spotykamy powtórzenia historycznych poglądów Dostojewskiego czy jego monarchicznych wyznań wiary. Sędziowie uważali te rzeczy za nieistotne, niewarte uwzględnienia. Opracowania te pod względem stylistycznym pisane są nader poprawnie, a może nawet styl w nich jest jaśniejszy niż w nerwowych wynurzeniach więźnia, lecz obracają się wyłącznie dokoła faktów, a nie idei czy poglądów. Interesują się przede wszystkim ustaleniami, ile razy czytany był list Bielińskiego, kto go przepisywał itp. Cała treść dotycząca poglądów Dostojewskiego jest bez ceremonii odrzucona. W ogóle dostrzegamy wielką różnicę w stosunku sędziów a podsądnych do zagadnień będących przedmiotem śledztwa. Podsądni na przykład bronią się argumentem, że doktryna Fourriera, którą wyznawali, jest doktryną wyłącznie ekonomiczno-społeczną i nie dotyczy kwestii ustrojowych, a więc nie wchodzi w kolizję z ustrojem obowiązującym w Rosji. Sędziów ten argument, któremu podsądni przypisują znaczenie zasadnicze, całkiem nie interesuje, co więcej, nad całą sprawą Fourriera dość łatwo przechodzą do porządku dziennego. Interesują ich natomiast przede wszystkim przestępstwa takie jak to, że jeden z pietraszewców miał powiedzieć, że przedmiot wykładany w szkole wojennej pod nazwą statystyki powinien właściwie inaczej się nazywać, bo nazwa statystyki została tu zastosowana tylko przez kaprys wielkiego księcia Michała. Takie nieuprzejme w stosunku do wielkiego księcia odezwanie się interesuje sędziów o wiele więcej niż wszyscy Fourrier razem wzięci. To samo dotyczy sprawy poduszek księcia Oldenburskiego. W tych epizodach szukać należy klucza dla definicji ustroju politycznego panującego nad Rosją za czasów Mikołaja I. Był to despotyzm patriarchalny. Wyobraźmy sobie rodzinę, w której 12-letni syn zajmuje się teoriami anarchistycznymi. Na pewno czytanie przez niego książek anarchistycznych, a nawet książek skierowanych przeciwko instytucji rodziny, będzie mu poczytane za mniejszą winę aniżeli ostentacyjna odmowa powiedzenia "dzień dobry, papo" przy śniadaniu. Nie pierwsze bowiem, lecz drugie zakłóca spokój rodzinny i rozbija rodzinę. Generałowie, którzy sądzili pietraszewców i dla których wykroczenia przeciwko grzeczności wobec osób z rodziny cesarskiej były przestępstwem cięższym od wyznawania światoburczych teorii, nie byli ludźmi głupimi, za jakich ich zapewne uważa większość czytelników tych akt sądowych w dzisiejszej Rosji wydanych. Dzielili oni świat idei od świata przestrzeganych form, pierwszy świat lekceważyli, drugiemu nadawali jak najistotniejsze znaczenie. Podziwiam ich mądrość. Wiedzieli oni dobrze, że propaganda falansterów nie uda się w Rosji, natomiast brak szacunku dla rodziny cesarskiej okazywany przez inteligentów może podkopać dyscyplinę społeczną w państwie.
W zeznaniach Dostojewskiego spotykamy zdanie wtrącone mimochodem: "Być może, kajam się co do pewnych ciężkich spraw z rodzaju tych, które obciążają sumienie każdego człowieka."
O co tu chodzi? Przez całe swe życie Dostojewski wciąż wspomina, że ma sumienie obciążone jakimś ciężkim grzechem. Zwracamy uwagę, że czyni to już w r. 1849, a więc grzech ten musiał mieć miejsce za czasów jego młodości. Niektórzy myślą, że grzech ten Dostojewski sobie wyroił, a nawet w końcu sam siebie zasugestionował. Nie jestem skłonny tak mniemać, ale do tej sprawy jeszcze powrócimy.
Dostojewski wiele razy powracał w swej publicystyce do sprawy pietraszewców. W 1877 pisał: "Pietraszewcy byli ludźmi tego samego typu co dekabryści. I jedni, i drudzy należeli do klasy panującej, byli 'panami'. Jeśli wśród pietraszewców było kilku nieszlachciców (bardzo niewielu), to byli to ludzie wykształceni, a więc mogliby być także uczestnikami dekabrystów."
Dyrektor policji Liprandi pisał w swym inteligentnym raporcie w 1849 roku: "Dekabryści składali się wyłącznie ze szlachty, przede wszystkim z oficerów gwardii. Wręcz przeciwnie pietraszewcy, tutaj, obok kilku oficerów gwardii i urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, są niedouczeni studenci, kupcy, a nawet sklepikarze handlujący tytoniem."
Oczywiście, że dyrektor policji, a nie Dostojewski, ma rację. Dostojewski wciąż nie chce uznać tej głębokiej, zasadniczej różnicy, jaka istnieje pomiędzy szlachtą właściwą a zaliczoną do stanu szlacheckiego warstwą synów urzędniczych, pomiędzy Turgieniewem a sobą. Umyślnie zajmuje obserwacyjną pozycję ówczesnego chłopa rosyjskiego, który nie wyznaje się na różnicy pomiędzy różnymi gatunkami "panów". Dekabryści był to spisek oficerów gwardii, którzy w 1825 zbuntowali swych żołnierzy przeciw Mikołajowi I wmawiając w nich, że prawym cesarzem jest Konstanty. Jądrem tego spisku była arystokracja rosyjska: książęta, hrabiowie. Główny kontyngent pietraszewców to synowie małych urzędników, to warstwa nie mająca korzeni w w. XVIII, to warstwa świeża, zrodzona, a co najmniej ukształtowana już za czasów Mikołaja I w latach 1825 - 1849. Dojście do głosu tej warstwy, ośmielenie jej to największego znaczenia wydarzenie socjalne za czasów tej epoki. Dostojewski ze względów czysto subiektywnych nie chce zwrócić na to uwagi.
Musimy teraz wyjaśnić, dlaczego niewinne koło dyskusyjne Pietraszewskiego ściągnęło na siebie aż tak surowe kary, jak 16 wyroków śmierci, chociażby nie wykonanych, wiele lat katorgi etc. Na tle zebrań u Pietraszewskiego działały dwa inne koła, odrobinę lepiej zakonspirowane. Jedno z nich to koło Durowa, o którym już wspominaliśmy. Drugie - koło pół-arystokraty Spieszniewa, którego Dostojewski sportretował później jako Stawrogina w swoich Biesach. Spieszniew miał kiedyś zamiar stworzenia organizacji piątek obejmujących całą Rosję. Wreszcie był taki Czernoswitow, który rozwodził się na temat oderwania Syberii od Rosji. Któryś z pietraszewców proponował także, aby na zabawie na cel dobroczynny, w której miały wziąć udział sfery towarzyskie stolicy, do koła loteryjnego, zawierającego bileciki z numerami wygrywanych fantów, nasypać podobne bileciki z wezwaniem zabicia cesarza. Wreszcie do zaostrzenia represji wobec pietraszewców przyczynić się mogła także ta okoliczność, że wywiad w ich sprawie wszczęty był nie przez żandarmerię, lecz przez ambitnego dyrektora policji w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, Liprandiego, który podesłał na te zebrania szpicla Antonelli i rozpoczął akcję prowokacyjną. Liprandi miał nadzieję, że skusi pietraszewców do jakichś bardziej efektownych występów, a tym samym nada sobie znaczenie. Ale cesarz dowiedział się o tym, a nie będąc zwolennikiem prowokacji policyjnych nakazał żandarmerii natychmiastowe zlikwidowanie pietraszewców. Rywalizacja więc w sprawie pietraszewców żandarmerii z policją musiała się także przyczynić do wydęcia całej tej sprawy.
Ale wszystkie powyżej wymienione okoliczności nie powinny były spowodować tego rodzaju wyroków. Zebrania u Pietraszewskiego stanowiły może grunt podatny dla powstania politycznego spisku, przebiegały przez nie myśli o spisku, ale samego spisku jeszcze nie było. Skąd więc wyroki śmierci? Nie może tego zrozumieć człowiek wychowany w kategoriach europejskiego prawa karnego lub człowiek wychowany w atmosferze reformy sądowej syna Mikołaja I i na systemie praworządnego absolutyzmu cesarskiego, który panował w Rosji za czasów ostatnich carów.
Ale my, ludzie XX wieku, jesteśmy pod tym względem doświadczeńsi. Pamiętamy, jak Hitler w czerwcu 1934 rozstrzelał kilkuset ludzi nie za spisek, lecz za możliwość stworzenia spisku, rozstrzeliwał prewencyjnie, celem uniemożliwienia spisku w przyszłości.
To samo tkwiło w stosunku Mikołaja I do pietraszewców. Pamiętał on dekabrystów, którzy rzucili mu krwawą kłodę pod nogi przy wstępowaniu na tron. W stosunku więc do pietraszewców, którzy nie byli jeszcze spiskiem, lecz mogli stać się spiskiem, zarządził powstanie specjalnego sądu wojskowego i zrobił wszystko, aby ich sterroryzować i unieszkodliwić w przyszłości. Mikołaj działał więc podobnie, jakby działał w naszych czasach dyktator w analogicznej sytuacji. Ale Mikołaj był dyktatorem typu patriarchalnego i dlatego działania jego były miększe.