Gazeta Wyborcza
- 1997/01/18-
ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA
Kiedyś niemal nie udzielała wywiadów, a i dziś czyni to bez entuzjazmu. Nie lubi nawet - jak to sama nazwała - zaświatowego wścibstwa, a co dopiero wścibstwa tyczącego żyjących. Nie chce mieć "biografii zewnętrznej", bo wszystko, co ma do powiedzenia o sobie, jest w wierszach. O Wisławie Szymborskiej piszą ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA.
Kiedy Edward Balcerzan, poeta, profesor polonistyki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, zaczął w 1990 roku zbierać materiały do książki o Wisławie Szymborskiej, zwrócił się do niej, żeby ustalić prostą faktografię; oficjalna biografia poetki była i jest bardzo skromna. Zastrzegł przy tym, że nie szuka żadnych osobistych informacji, ale danych typu: kiedy pierwszy raz wyjechała za granicę, kiedy zaczęła, a kiedy zerwała współpracę z jakimś pismem itp. Do dziś pamięta, że Szymborska w miarę jego nalegań stawała się coraz bardziej nieprzychylna, wreszcie powiedziała: "Skoro czytał pan moje wiersze, powinien pan wiedzieć, jaki mam stosunek do tego typu pytań". Balcerzan te uściślenia, potrzebne mu do kalendarium jej życia i twórczości, w końcu od poetki wydobył, ale książki nie skończył, więc leżą sobie gdzieś zagrzebane wśród jego papierów. Kilka lat później zresztą całkowicie przeszedł na stronę Szymborskiej i w swojej mowie laudacyjnej z okazji przyznania jej doktoratu honoris causa UAM w Poznaniu oświadczył, że ten, kto przeczyta wiersz "Pisanie życiorysu" ("Ludzie na moście"), nigdy nie zazna już spokoju w żadnym dziale kadr.
Ze wszystkich miłości starczy ślubna,
a z dzieci tylko urodzone.
Ważniejsze kto Cię zna, niż kogo znasz.
Podróże tylko jeśli zagraniczne.
Przynależność do czego, ale bez dlaczego.
Odznaczenia bez za co.
(...)
Pomiń milczeniem psy, koty i ptaki,
pamiątkowe rupiecie, przyjaciół i sny.
Poetka odżegnywała się od "pisania życiorysu" nie tylko wierszem, ale i prozą. W styczniu 1964 roku jeden z uczestników dyskusji na temat obecności Broniewskiego, Gałczyńskiego i Tuwima w szkolnych lekturach, opublikowanej w "Życiu Literackim", dowodził, że uczeń musi mieć jakieś pojęcie o życiu poety, o epoce, w której wiersz powstał, bo jak inaczej zrozumie, dlaczego i w jakiej sprawie mniej więcej w tym samym czasie jeden poeta pisze "Rżnij karabinem w bruk ulicy", a drugi - "Bagnet na broń". Szymborska jednak broniła zdania, że poezję należy analizować wyłącznie od strony filozoficznej, językowej, a fakty z życiorysu nic do tego nie mają.
Kiedy ponad trzydzieści lat później, po otrzymaniu Nobla oblegać ją będą dziennikarze, powie im, że nie lubi odpowiadać na pytania dotyczące jej życia, nie rozumie ludzi, którzy zwierzają się ze wszystkiego. - Nie wiem, z jakimi zasobami wewnętrznymi zostają. Przecież trzeba zachować coś dla siebie - powie Teresie Walas na spotkaniu w krakowskim Teatrze Starym.
Zaprzyjaźniona z Szymborską wrocławska poetka Urszula Kozioł opowiada, że ich rozmowy często zaczynały się od zdania: "A teraz opowiem ci całe moje życie". To był taki ich prywatny żart, znak porozumiewawczy, że ich przyjaźń nie opiera się na wzajemnych zwierzeniach.
Z lektury "Lektur ...
Uważna lektura "Lektur nadobowiązkowych" przynosi jednak nadspodziewanie dużo informacji biograficznych o ich autorce. W końcu Szymborska pisze je od 30 lat - pierwszy felieton ukazał się 11 czerwca 1967 w "Życiu Literackim", w latach 80. przeniosła się z nimi najpierw do "Pisma", później do "Odry", a od kilku lat publikuje je w "Gazecie Wyborczej" - więc z tych kilkuset tekstów da się coś osobistego wyłuskać, również o czasach dzieciństwa.
W wieku lat czterech - do czego przyzna się 40 lat później pisząc o poezji Marii Konopnickiej - pozna bajkę "O krasnoludkach i Sierotce Marysi" i uzna ją za "arcydzieło sentymentu i dowcipu". W opublikowanym w 1992 roku w "Dekadzie Literackiej" felietonie "Dwie bajeczki" potwierdza miłość do "Sierotki Marysi..." i dorzuca jeszcze "Historię dziadka do orzechów" E.T. Hoffmana. Tam też napisze, że miała szczęśliwe dzieciństwo, bo rodzice rozmawiali z nią i czytali jej bajki. Opisuje przy tym siebie jako małą terrorystkę zmuszającą wszystkich wokół do czytania.
No więc czytała albo czytano jej Juliusza Verne'a, sięgnęła po niego zresztą z przyjemnością również jako osoba dorosła, bo - jak napisze w "Lekturach..." - "jego "fantazje nie ulegają przedawnieniu".
"Na rycinach, które w tak jedynie wyobrażalny sposób ilustrują powieści Juliusza Verne'a, wszystko jest w prążki: ziemia w prążki, księżyc w prążki, morze w prążki, w prążki żagle na wzlatujących pod chmury okrętach, w prążki retorty, z których wydobywają się kłęby złowieszczego dymu, w prążki nauszniki odkrywcy wulkanu na Biegunie Północnym. Kiedy dowiedziałam się w szkole, że na biegunie nie ma żadnego wulkanu, przyjęłam tę informację z niesmakiem".
Tę dziecięcą sympatię dla starych rycin znajdziemy raz jeszcze w wierszu "Możliwości" ("Ludzie na moście"):
Wolę wyjątki.
Wolę wychodzić wcześniej.
Wolę rozmawiać z lekarzami o czymś innym.
Wolę stare ilustracje w prążki.
Co wiemy jeszcze o jej dziecięcych lekturach? Musiała znać "Baśnie" Andersena, o których - podobnie jak o ich autorze - pisze z podziwem ("miał odwagę pisać baśnie o smutnym zakończeniu"). Z innych bajek znała na pewno tę o zaklętym księciu, bo cóż innego mogłoby ją skłonić pewnego pięknego dnia do całowania z "bezskutecznym heroizmem" żab złapanych w ogródku?
Wisława ma lat osiem lub dziewięć, kiedy w ręce wpada jej romans grozy. Tytułu nie pamięta, może dlatego, że sczytany przez kolejne pokolenia dojrzewających panienek egzemplarz nie miał ani okładki, ani strony tytułowej, pamięta za to uniesienie, z jakim pochłaniała książkę, i rozpacz, że rzecz cała zbliża się do końca. Wtedy to postanowiła napisać własną powieść. Przypomniała o tym pisząc z sympatią o "Italczyku albo konfesjonale czarnych pokutników" Ann Radcliff: "Zabrałam się do tego energicznie, zaostrzyłam ołówek i otworzyłam czysty zeszycik. Nad imieniem bohaterki nie musiałam się zastanawiać, miałam je gotowe. Z jakiegoś czasopisma zapamiętałam obrazek podpisany "Idylla w ogrodzie". Była tam para zakochanych na tle krzaka róż, ale ja zrozumiałam, że Idylla to imię dziewczyny. Pierwsze zdanie powieści brzmiało więc tak: "Piwnooka Idylla już od świtu wpatrywała się w choryząt, z którego wychodził listonosz z listem od narzeczonego..." Potem zaczynała się od razu żywa akcja. Ktoś zaszedł Idyllę od tyłu i czyjaś ohydna łapa położyła się ciężko na jej ramieniu. Tu niestety z niejasnych przyczyn tekst się urywał. No i już nigdy się nie dowiem, co było dalej".
Z kolei książka Romana Brandstaettera "Ja jestem Żyd z 'Wesela' " przywołała inne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to przez kilka tygodni w mieszkaniu jej rodziców pojawiała się codziennie Rachela z dramatu Wyspiańskiego, czyli Pepa Singer, córka karczmarza z Bronowic. Pepa pracowała jako pielęgniarka i mała Wisława zapamiętała ją, jak przychodziła "koścista, niewysoka, z binoklami na nosie, o surowo zaczesanych, szpakowatych włosach" robić chorej matce zastrzyki. Niespecjalnie lubiła te wizyty, bowiem Rachela pytała o szkołę i lekcje. "Byłam w wieku, kiedy takich pytań się nie znosi, toteż niejedną wizytę pani Racheli przeczekiwałam w miejscu zamykanym od wewnątrz na haczyk. Dziś przykro mi z tego powodu i odczuwam przemożną, choć grubo spóźnioną ochotę do odpowiedzi na wszystkie pytania zacnej pani Racheli. Nawet te najtrudniejsze - ile jest siedem razy osiem i w którym roku była bitwa pod Chocimiem". Wisława musiała mieć wtedy lat co najmniej dziewięć (bo już mieszkała w Krakowie) i nie więcej niż lat 13 (bo żył jeszcze ojciec, który zmarł we wrześniu 1936 roku).
Do szkoły podstawowej Wisława zaczęła chodzić jeszcze w Toruniu, w każdym bądź razie do Szkoły Powszechnej im. Józefy Joteyki w Krakowie przy ulicy Podwale, która była ćwiczeniówką dla żeńskiego seminarium nauczycielskiego, przyszła w roku 1932, a więc najprawdopodobniej w III klasie.
Dramat zmysłów
Szymborska wyznaje w "Lekturach...", że czasem trochę nie uważała na lekcjach i zamiast o poczciwym, znanym wszystkim uczniom pierwotniaku pantofelku myślała o czym innym.
"Uważałam go kiedyś za nudziarza, którego nie wiedzieć czemu muszę rysować w zeszycie. Sposób jego rozmnażania nie wydawał mi się jeszcze wstrząsający. Dzieli się, to się dzieli. Było dla mnie kwestią dużo ciekawszą i bardziej nieodgadnioną, czy wraz z przyjaciółką Małgosią S. uda mi się wkręcić na niedozwolony "dramat zmysłów i obowiązku", który właśnie szedł w kinie "Uciecha". Pantofelek dopiero po dłuższym czasie upomniał się o należne mu miejsce w mojej wyobraźni".
Kino Uciecha było i jest na Starowiślnej dokładnie naprzeciwko Gimnazjum Urszulanek, do którego później chodziła Szymborska. Zaś Małgosia S., czyli wtedy Małgorzata Stanisławska, dziś Szerchowa, córka autora Wielkiego Słownika Polsko-Angielskiego Jana Stanisławskiego, przyjaciółka z podstawówki, siedziała z Wisławą, zwaną przez koleżanki i rodzinę Ichną, w jednej ławce.
- Byłyśmy gadatliwe, więc często nas przesadzano. Naszą pasją było kino. Pierwszy film, który w nas wzbudził euforię, to "Kongres tańczy".
O ich dziewczęcej miłości do kina opowiada też inna szkolna przyjaciółka, długoletnia aktorka Teatru Rapsodycznego, profesor w krakowskiej Szkole Teatralnej Danuta Michałowska.
- Ichna z Małgosią były najbardziej szalone z całej klasy. Przebierały się w dorosłe ciuchy kuzynki Małgosi i chodziły na filmy niedozwolone dla panienek w ich wieku.
Dziewczynki biegały więc na filmy z Gretą Garbo, Marleną Dietrich, oglądały "Maroko", "Błękitnego anioła", ale na "Matę Hari" nie udało im się dostać. Ich idole to Errol Flynn, Gary Cooper. Bawiły się w atelier filmowe. Miały 10-12 lat, ale już wiedziały, że to się nazywa atelier i że wypada mieć pseudonim. Małgosia była Dianą Valjean, Ichna to Trina Ponton. Jej pseudonim wziął się od imienia lalki, którą dostała na Boże Narodzenie o godzinie trzy na piątą. Trina wychodzi za mąż za pana de Wallon, czyli Danusię Michałowską, która grała zawsze męskie role. Melodramaty, romanse, trójkąty miłosne - wszystkie historie zawsze z wyższych sfer społecznych. Pisały scenariusze, improwizowały dialogi.
Dla zabaw tych szukały romantycznej scenerii: park Jordana, Kopiec Kościuszki, Planty, Błonia, dziedziniec Wawelu. Jak pogoda nie dopisała, filmowe sceny odgrywały w mieszkaniu Stanisławskich koło Wawelu albo u Szymborskich na Radziwiłłowskiej, w kamienicy przy nasypie kolejowym. Koleżanki pamiętają, że było to typowe mieszkanie inteligencko-ziemiańskie. Duże, wysokie pokoje, stare meble, dywany. Pamiętają też z tamtych czasów siostrę Wisławy - Nawoję, która urodziła się w Kuźnicach i mówiła, że jest najwyżej urodzoną panną w Polsce.
Któregoś dnia razem z całą klasą Wisława udała się na wystawę przeciwalkoholową. To wydarzenie utrwali po latach w felietonie o książce "Polak statystyczny" Ireny Landau jako swoje pierwsze zetknięcie ze statystyką.
"Były tam jakieś wykresy i cyfry, których oczywiście nie pamiętam. Pamiętam za to świetnie bardzo kolorowy gipsowy model wątroby pijaka. Koło tej wątroby robiłyśmy duży tłok. Ale najbardziej zafascynowała nas tablica, na której co dwie minuty zapalało się czerwone światełko. Napis objaśniał, że właśnie co dwie minuty umiera na świecie człowiek z powodu alkoholu. Stałyśmy jak zamurowane. Jedna z nas, która już miała prawdziwy zegarek, sprawdzała w skupieniu regularność światełka. Najlepiej jednak umiała się znaleźć Zosia W. Przeżegnała się i zaczęła odmawiać wieczne odpoczywanie. Od tego czasu nigdy już statystyka nie dostarczyła mi wzruszeń tak bezpośrednich".
Dziś jej przyjaciółki szkolne nie pamiętają, żeby były na tej wystawie, ale przypominają sobie, że była taka dziewczynka, Zosia Wojciechowska, z długimi warkoczami, bardzo religijna, zresztą jak one wszystkie w tym czasie.
A w wierszach Szymborskiej statystyka pojawia się regularnie. Ostatni raz w wierszu opublikowanym w październikowym numerze "Twórczości" z 1996 roku.
Na stu ludzi
wiedzących wszystko
- pięćdziesięciu dwóch,
niepewnych każdego kroku
- prawie cała reszta,
(...)
uzdolnionych do szczęścia
- dwudziestu kilku najwyżej,
niegroźnych pojedynczo,
dziczejących w tłumie
- ponad połowa na pewno,
okrutnych,
kiedy zmuszą ich okoliczności
- tego lepiej nie wiedzieć
nawet w przybliżeniu
Przyjaciółka Szymborskiej, poetka Barbara Czałczyńska wspomina jak kiedyś przyszła do redakcji "Życia Literackiego" i zastała ją czytającą "Rocznik Statystyczny". - Była zdziwiona moim zdziwieniem - mówi. - Powiedziała, że wszystko trzeba przeglądać.
Kocha, lubi, szanuje
Choć w "Lekturach nadobowiązkowych" poetka wraca do czasów, kiedy była małą dziewczynką wiele razy, jednak przede wszystkim jest to źródło wiedzy o osobie dorosłej, z ukształtowanymi już gustami, poglądami, przyzwyczajeniami. Czego zatem dowiadujemy się z "Lektur..." o Szymborskiej?
Podziwia malarstwo Vermeera, chadza czasem do opery, nie cierpi gry w Monopoly, wielbi Montaigne'a, Swifta i Tomasza Manna, nie gardzi oglądaniem filmów grozy, ochoczo odwiedza muzea archeologiczne, nie wyobraża sobie, by ktoś mógł nie znać "Klubu Pickwicka" Dickensa, z przyjemnością obcuje z dziennikiem Samuela Pepysa, jest wielbicielką Sherlocka Holmesa, do jej ulubionych reżyserów należy Fellini. No i przede wszystkim lubi słuchać Elli Fitzgerald: "Śpiew Elli godzi mnie z życiem i po prostu pociesza. O żadnej innej śpiewaczce tego bym powiedzieć nie mogła. Dla mnie jest największa i wątpię, czy zdążę zmienić zdanie".
Ma ciepły stosunek do ptactwa, psów, kotów i w ogóle świata przyrody. Lubi wyprawy na łono natury, a kiedy już się na nim znajdzie, w promieniu 200 metrów od biwaku sprząta okolicę z wszelkiego śmiecia, za co "natura odwdzięcza się jej przyjemnym wyglądem".
"Lektury nadobowiązkowe" nie pozostawiają wątpliwości: autorkę dałoby się bez nadmiernego naciągania zaliczyć do prekursorek feminizmu w Polsce. Przelatując - śladem swych lektur - przez państwa i epoki Szymborska dyskretnie i z poczuciem humoru, ale jednak zawsze i wszędzie bierze w obronę kobiety, współczuje kobietom, podziwia kobiety, przedstawia punkt widzenia kobiet. Nie omija żadnej okazji, by przypomnieć przykrą plamę w dziejach ludzkości: fakt, że kobiety przez wieki nie były paniami swego losu, nie mogąc same decydować o swoim zamążpójściu. O mężczyznach pisze co prawda bez jakże częstej u feministek niechęci, ale też jej uważnemu spojrzeniu mało co umyka.
Weźmy choćby taki felieton na marginesie "Pamiętników" Casanowy, gdzie zwraca uwagę na dziwną zaiste okoliczność: otóż żadna z kochanek tego najsłynniejszego uwodziciela świata nigdy nie próbowała go zatrzymać czy odzyskać. "Dziwne. Co drugi Kowalski dowiaduje się na własnej skórze, jak ciernista bywa droga kochasia, co odchodzi w siną dal. Casanowa pakował manatki bez specjalnych utrudnień, niektóre panie nawet mu w tym pomagały. Rozczarowane? Zniechęcone? Znudzone? Tymi oto pytaniami włączam się aktywnie w obchody Międzynarodowego Roku Kobiet".
Czytanie wyłącznie beletrystyki wydaje się jej zajęciem przerażającym: po monologu wewnętrznym lubi dla odmiany książkę, z której można się dowiedzieć, jak np. kichają słonie, albo w której liczy się nogi stonogom.
Z rzadka pisze o poezji, a jak już pisze, to z reguły komunikuje: "pisanie o poezji nie jest moją namiętnością" albo: "jest dla mnie coś irytującego w łatwości, z jaką poeci pisują o poezji". Wśród kilkuset książek, które uczciła felietonem, zaledwie kilkanaście to tomiki poetyckie (poeci antyku, antologia poezji bułgarskiej i nowogreckiej, stara poezja armeńska), ale żaden nie był polski i żaden współczesny. Polską poezją współczesną zajmowała się w innej formie - od połowy lat 50. aż do roku 1966 prowadziła w "Życiu Literackim" dział poezji.
On to on, a "my" to ona
Przeglądając stare roczniki "Życia Literackiego" wciągnęłyśmy się w lekturę rubryki z ostatniej strony - "Poczta Literacka", która po raz pierwszy pojawiła się w styczniu 1964. W udzielanych młodym adeptom pióra zabawnych, inteligentnych, dowcipnych, ironicznych odpowiedziach znajdowałyśmy znajomy z "Lektur nadobowiązkowych" ton. Podejrzenie nasze wzbudził choćby taki kawałek:
"Rozmarzyły nas te zgrabne, pełne dworskiej afektacji wierszyki. Gdybyśmy mieli zamek z przyległościami, piastowałaby Pani urząd nadwornej poetessy, opiewała przykrość płatka róży, na którym siedzi muszka nie proszona, i chwaliła nas za to, że subtelnymi palcami spędzamy brzydulę z czarownego kwiecia. Oczywiście poeta, który by nam wypominał otrucie bigosem 12 stryjów, siedziałby w lochu jako beztalencie. A najdziwniejsze, że wierszyk o róży mógłby być arcydziełem, a wiersz o stryjach - kiepski. Tak, tak, muzy są amoralne i kapryśne".
Trafiłyśmy na jeszcze wymowniejszy przykład. Oto w "Poczcie..." czytamy, że kalendarz bez starannej korekty, "gdzie by się znalazły dwie soboty w jednym tygodniu, górowałby siłą liryczną nad nadesłanym wierszem", a z "Lektur..." wiemy, że kalendarz wymaga starannej korekty, bowiem "najdrobniejsza pomyłka mogłaby wzburzyć umysły. Strach wyobrazić sobie dwie środy w jednym tygodniu".
Im bardziej pogrążałyśmy się w lekturze "Poczty...", tym więcej znajdowałyśmy dowodów, że to musiała być Szymborska. To samo poczucie humoru, styl, porównania, przykłady. Odwołania do tych samych pisarzy (Mann, Montaigne, Pepys, Twain). Te same niepokoje (np. dlaczego próbuje się wyrugować z języka poczciwego "listonosza" i zastąpić go "doręczycielem"?).
Jednak dopiero po przeczytaniu poniższej odpowiedzi zdobyłyśmy pewność: "W świecie Pańskiej poezji rosną wyłącznie róże, a na nieokreślonych gałęziach siedzą słowiki. Są jeszcze pszczoły, co prawda przez er zet. Żurawia nie liczymy, bo studzienny. W sumie - świat ubogi i mało urozmaicony. Daremnie by tu szukać tak wdzięcznych roślinek, jak wyczyniec łąkowy, języcznik zwyczajny, obrazek plamisty, kichaniec i szczwół. Nie ma prześlicznych ptaków jak dla przykładu warzęcha różowa, wdówka rajska, biegus zmienny, pieprzojad i gągoł. A gdzie nieprzeliczone owady z pryszczarkiem heskim na czele?"
I nie chodzi tu nawet o ten chwyt, polegający na wyliczaniu, który po wielokroć stosuje poetka również w swoich felietonach i wierszach. Chodzi o gągoła. Tego gągoła znałyśmy już z "Lektur nadobowiązkowych", z felietonu o "Ptakach Polski" Jana Sokołowskiego, w którym Szymborska ubolewała, że jakoś nie chcą go umieszczać w swych dziełach poeci. I to był dowód ostateczny. Czyż możliwe, żeby w jednej redakcji gągoł miał aż dwu protektorów?
Zaraz potem jednak znalazłyśmy w "Poczcie" z roku 1964 zdanie: "Ja sam próbuję już 48 lat", od którego zachwiała się nasza pewność. Powiedzmy, że można dla kamuflażu zmienić płeć, ale postarzyć się o siedem lat? Na szczęście, kiedy profesor Balcerzan wrócił z uroczystości noblowskich w Sztokholmie, gdzie był gościem Szymborskiej, okazało się, że to była właśnie jedna z tych rzeczy, które przed laty "uściślił". Laureatka redagowała "Pocztę..." na przemian z Włodzimierzem Maciągiem. Żeby się odróżniać - Maciąg używał pierwszej osoby liczby pojedynczej, podczas gdy ona - pluralis majestatis. Chodziło o to - powiedziała nam Szymborska, gdy w końcu i do niej dotarłyśmy w tej sprawie - że byłam jedyną kobietą w redakcji. Gdybym używała liczby pojedynczej, zaraz zostałabym rozpoznana.
Tymczasem redaktor "Poczty..." miał dla stremowanych nieszczęśników, którzy słali mu fraszki, aforyzmy, dramaty, opowiadania, powieści, wiersze, poematy - pozostać anonimowy. Bo zdarzały się prośby, groźby, pytania: dlaczego "nie skorzystamy" i jakimi to kryteriami kieruje się redaktor, tłumaczenia, że przecież narzeczonej, żonie, koledze się podobało. Szymborska odpowiadała serdecznie, ale i surowo. I przypominała, że "więcej arcydzieł powstało dzięki przyjaciołom sceptycznym niż entuzjastycznym", zaś fakt, że rodzina zachwycona, o niczym jeszcze nie świadczy. Co prawda ona sama - jak to wielokrotnie przy różnych okazjach wspominała - od dziecka zachęcana była do pisania okolicznościowych wierszyków przez ojca, który płacił jej za udane utwory po 20 groszy od sztuki.
A było to tak!
Ojciec poetki Wincenty Szymborski przez ponad trzydzieści lat pracował dla Władysława hr. Zamoyskiego, najpierw jako zarządca Dóbr Zakopiańskich, później w Kórniku. Jeszcze trwała I wojna, kiedy poznał Annę Marię Rottermund, bratanicę Maurycego Rottermunda, proboszcza z Szaflar. Proboszcz, podobnie jak Szymborski, był działaczem Stronnictwa Narodowego.
W jednym z listów do generalnego plenipotenta hrabiego Zygmunta Celichowskiego, obok opisu problemów związanych z przewiezieniem powalonych przez wichurę drzew do tartaku i papierni, znajdujemy i bardziej osobisty kawałek:
"Z powodu tych wszystkich kłopotów straciłem głowę i... ożeniłem się. Jeśli jeszcze o tem Pan Doktor nie słyszał, to proszę się dziwić. A było to tak! Podczas inwazji schroniła się do Kuźnic kancelarya ks. Kazimierza Lubomirskiego, w której pracowała dorodna panna nazwiskiem Anna Rottermundówna. Ponieważ dziewczynie zdawało się, że po wojnie mężczyzn nie będzie, przeto postanowiła wyjść za mąż za starszego, byle tylko starą panną nie zostawać. No i ponieważ co kobieta chce,to i Pan Bóg tego chce, więc dnia 17 lutego [1917 roku] ożeniłem się. Posagu naturalnie nie wziąłem..."
Ona miała lat 28, on - 47. Wesele odbyło się u stryja panny młodej w Szaflarach; jeszcze tego samego roku, 24 grudnia, urodziła im się córka Maria Nawojka, a sześć lat później, wkrótce po przeniesieniu się całej rodziny do Kórnika - Wisława. Jej matką chrzestną została Julia Zaleska, przełożona Szkoły Pracy Domowej Kobiet, założonej przez Zamoyskiego. Kilkanaście lat później do stryjecznego dziadka do Szaflar Wisława będzie jeździć na wakacje. Spotykać tam będzie swoje kuzynki i kuzynów, dzieci licznego rodzeństwa księdza Maurycego. Wśród nich ojca Andrzeja Rottermunda, obecnego dyrektora Zamku Królewskiego w Warszawie. Andrzej Rottermund powie nam, że jego ojciec zajmujący się genealogią Rottermundów doszukał się przodków od XVI wieku.
Matka Wisławy Anna Rottermund była córką konduktora kolejowego, wnuczką oficera wojsk polskich z Księstwa Warszawskiego, który po powstaniu 1831 roku wyemigrował na kilka lat, a po powrocie do kraju osiadł w Galicji. Powstańcem był nie tylko pradziadek Wisławy Szymborskiej po kądzieli, ale i drugi pradziadek, po mieczu, czyli dziadek Wincentego - Antoni, który poległ w bitwie pod Grochowem. Jego syn - też Antoni - urodził się już po jego śmierci. Kiedy miał 17 lat, zaczęła się Wiosna Ludów, więc uciekł z domu do powstania poznańskiego, a potem przez wiele lat tułał się po świecie: był w Turcji, Francji, Włoszech, USA. Wrócił do Polski, by wziąć udział w powstaniu styczniowym. Po jego upadku przez dwa i pół roku więziony był w Cytadeli.
W setną rocznicę wybuchu powstania fragmenty jego pamiętników opublikowało "Życie Literackie" z adnotacją, że znajdują się one w archiwum prywatnym. Wisława Szymborska nie napisała wtedy, że to ona podała do druku pamiętniki dziadka. Natomiast w "Lekturach nadobowiązkowych" wspomina, że jest w posiadaniu dziennika babci ("Pisała go mając lat szesnaście - i uczciwie mówiąc ja w jej wieku tak jasno i bezpretensjonalnie pisać bym nie potrafiła".).
W 1926 roku Wincenty Szymborski mając zaledwie 56 lat przechodzi na emeryturę i wyjeżdża z rodziną do Torunia, skąd pięć lat później na stałe przenosi się do Krakowa. Tuż przed wojną w Gimnazjum Sióstr Urszulanek przy Starowiślnej Wisława robi tzw. małą maturę. Świadectwo dojrzałości zdobyła już w czasie okupacji na tajnych kompletach.
Już nigdy nie będzie jak było
- Po tym, jak poszłyśmy do różnych gimnazjów, straciłyśmy ze sobą kontakt - opowiada Małgorzata Szerchowa - odnalazłyśmy się dopiero w czasie okupacji. Mój ojciec miał wielu uczniów, a jego podręcznik do angielskiego był tak sczytany, że nie nadawał się do użytku. Przy pomocy zaprzyjaźnionych wydawców postanowił więc wydać nowy - "First steps in English". Ponieważ wiadomo było, że Ichna ma talent do rysunków, ojciec poprosił ją, żeby zrobiła mu ilustracje do książki. Używał jej jeszcze dobrych kilka lat po wojnie.
Nie była to jedyna książka, jaką ilustrowała. Na wystawie w Bibliotece Jagiellońskiej można akurat obejrzeć wydaną w 1948 roku książeczkę dla dzieci "Mruczek w butach" autorstwa Adama Włodka z rysunkami Szymborskiej.
Małgorzata Szerchowa pamięta, że Wisława gdzieś w 1943 roku zaczęła pracować jako urzędniczka na kolei, by uniknąć wywózki na roboty do Niemiec. Obie szkolne koleżanki Szymborskiej - i Małgorzata, i Danuta - bywały w czasie wojny w mieszkaniu na Radziwiłłowskiej zamawiać drewniaki. Siostra Wisławy Nawoja wraz z mężem zarabiała bowiem wyrabiając buty. Wtedy były z tym kłopoty, a oni mieli cholewkarza, który według kroju Nawoi robił cholewki. Buty miały podeszwę elastyczną, przód i tył łączony za pomocą skórki.
Oto "Pochwała siostry" ("Wielka liczba"):
Moja siostra nie pisze wierszy
i chyba już nie zacznie nagle pisać wierszy.
Ma to po matce, która nie pisała wierszy,
oraz po ojcu, który też nie pisał wierszy.
(...)
A kiedy siostra zaprasza na obiad,
to wiem, że nie w zamiarze
czytania mi wierszy.
Jej zupy są wyborne bez premedytacji,
a kawa nie rozlewa się na rękopisy.
W sumie jednak o czasach wojny wiadomo niewiele. Sama Szymborska wspomina je raz tylko, w filmie zrobionym po Noblu przez Larsa Helandera dla szwedzkiej telewizji. Mówi tam: - W dniu wybuchu wojny zrozumiałam, że coś się skończyło i już nigdy nie będzie tak jak było. Miałam przy tym jakieś wrażenie, bardzo dziwne, którego sobie nie umiem wytłumaczyć, a może umiem, ale to zatrąca o dziedzinę, którą się nie zajmuję. Z okien drugiego piętra zobaczyłam wózki chłopskie, które jechały przez Mały Rynek. Na każdym leżał ranny żołnierz, obandażowany, i przez bandaż przeciekała mu krew. Coś we mnie powiedziało: aha, znowu. Miałam wtedy 17 lat i tak jakby to ktoś we mnie mówił, kto już wielokrotnie widział takie sceny.
W jej dorobku jest zaledwie kilka wierszy, w których wraca do czasu wojny, w tym "Sen" ("Sól"):
Mój poległy, mój w proch obrócony, mój ziemia,
przybrawszy postać, jaką ma na fotografii:
z cieniem liścia na twarzy, z muszlą morską w ręce,
wyrusza do mojego snu.
(...)
Zjawia się na wewnętrznej stronie moich powiek,
na tym jednym, jedynym dostępnym mu świecie.
Bije mu serce postrzelone.
Zrywa się z włosów pierwszy wiatr.
(...)
Zbliżamy się do siebie. Nie wiem, czy we łzach,
i nie wiem, czy w uśmiechach. Jeszcze jeden krok
i posłuchamy razem twojej muszli morskiej
jaki tam szum tysięcznych orkiestr,
jaki tam nasz weselny marsz.
W czasie okupacji pisywała opowiadania. Jedno z nich opublikowała później w studenckiej jednodniówce. Resztę odnalazła po wielu latach w jakiejś teczce przy okazji przeprowadzki. Nie zrobiły na niej specjalnego wrażenia. I nie zdecydowała się na ich druk. Pisywała też piosenki.
W 1942 albo 1943 roku Tadeusz Kwiatkowski, który w czasie wojny prowadził w Krakowie podziemny teatr, wpadł na ulicę Rękawka do Witolda Kałki - po wojnie zmienił nazwisko na Rowicki. Późniejszy dyrektor Filharmonii Narodowej siedział przy fortepianie, a obok niego stała młoda, szczupła panna.
- To Wisia Szymborska, przedstawił mi ją Witek, pisze ładne piosenki - wspomina dziś Kwiatkowski. - Rzuciłem okiem na teksty, które pozwoliła mi przejrzeć. Były frywolne, żartobliwe, pełne poetyckiej pikanterii. Ich klimat wciąż pamiętam, podobały mi się.
W mieszkaniu przy Radziwiłłowskiej ukrywał się przez półtora roku Witold Celichowski. Poszukiwany przez Niemców jako pierwszy w niepodległej Polsce wojewoda Poznania znalazł schronienie u żony i córek przyjaciela swego ojca Zygmunta, pleniponeta hr. Zamoyskiego. Dowiedział się o tym od Szymborskiej Kazimierz Krawiarz z Kórnika, biochemik, którego pasją jest badanie historii dóbr Zamoyskiego. Do Szymborskiej dotarł po długich zabiegach, gdy zbierał materiały do biografii jej ojca. I on też miał problemy z wyciąganiem od poetki podstawowych danych o rodzinie, a potrzebował na przykład daty i miejsca urodzenia jej ojca, które nie zachowały się w kórnickich papierach.
W końcu poetka poszperała w starej walizeczce, skąd wyciągnęła dowód osobisty ojca, z którego Krawiarz wynotował: Czartki Wielkie, 5 kwietnia 1870.
Wierszowane zadania
Po raz pierwszy w druku nazwisko Wisławy Szymborskiej pojawiło się 14 marca 1945 roku w "Walce", dodatku tygodniowym do krakowskiego dziennika, świeżo uruchomionego przez Jerzego Putramenta, który w mundurze kapitana Wojska Polskiego przybył do Krakowa na polecenie władz lubelskich. Wojna wciąż trwała, ale Kraków szybko stawał się centrum życia kulturalnego. Jeszcze w marcu otwarto Uniwersytet Jagielloński, gdzie Szymborska zapisała się na studia socjologiczne, a następnie na polonistykę.
Adam Włodek, wówczas redaktor naczelny "Walki", w wydanych ćwierć wieku później wspomnieniach napisze o jej debiucie: "Wiersze nie wyróżniały się niczym nadzwyczajnym - co więcej: były po prostu słabe. Tak słabe, że nie widzieliśmy możliwości wykorzystania żadnego z nich. Nie byliśmy zarazem w stanie skontaktować się z autorką, ponieważ po tej jednej wizycie w redakcji "Dziennika" nie pojawiła się ponownie, a adresu też nie pozostawiła". Jeden z redaktorów najwidoczniej jednak coś w nich dostrzegł, bo nalegał na druk, a na argument, że "wiersze początkującej rymotwórczyni są tasiemcowe", zaproponował, by dać chociaż fragment, coś wyciąć, coś skrócić. Tak też się stało: z liczącego dwie strony maszynopisu "Jacy" powstał o połowę krótszy wiersz "Szukam słowa". Po jego opublikowaniu autorka pojawiła się w redakcji. - Czy honorarium za ten wasz wiersz wypłacicie jednak mnie? - spytała.
W miesiąc później ukazał się jej kolejny wiersz, którym blisko 20 lat później otworzy tom "Wierszy wybranych", uznając, że przetrwał próbę czasu:
Nasz łup wojenny to wiedza o świecie
- jest tak wielki, że się mieści w uścisku dwu rąk
tak trudny, że się daje opisać uśmiechem,
tak dziwny, jak w modlitwie echo starych prawd.
Publikowała swoje wiersze w "Dzienniku Literackim", "Pokoleniu", "Odrodzeniu", "Świetlicy Krakowskiej". Pod koniec lat 40. miała już gotowy tomik, jednak nie został przyjęty do druku. Nie spełniał socrealistycznych wymagań, jakie w 1949 roku na szczecińskim Zjeździe Literatów postawiono przed literaturą. Do następnego tomiku z tego pierwszego wszedł jeden tylko wiersz - "Pocałunek nieznanego żołnierza" - i to znacznie okrojony. Jednak - jak pisze Włodek - używać ich będzie poetka jako tworzywa do późniejszych i doskonalszych wierszy, jak choćby do wiersza "Sen".
Na przełomie lat 40. i 50. mieszkała ze swoim mężem Adamem Włodkiem przy ulicy Krupniczej 22, w tzw. czworakach literackich, gdzie po wojnie skoszarowano kilkudziesięciu pisarzy.
Jej przyjaciel Jerzy Korczak tamte czasy na Krupniczej wspomina tak: - Nic wtedy nie wskazywało, że wśród mieszkańców Krupniczej właśnie Wisława i Mrożek okażą się tacy wybitni. Wisława była śliczną dziewczyną, nie było w niej cienia pustoty damskiej. Wiedzieliśmy, że jest zdolna, ale tego błysku nie było jeszcze widać.
Jej książkowy debiut przypada na pełnię stalinizmu. W wydanym w 1952 roku tomiku "Dlatego żyjemy" tytuły wierszy mówią same za siebie: "Młodzieży budującej Nową Hutę", "Na powitanie budowy socjalistycznego miasta", "Robotnik nasz mówi o imperialistach", "Gdy nad kołyską ludowej konstytucji do wspomnień sięga stara robotnica", "Lenin". Na podobnych tematach skupia się połowa wierszy z tomiku "Pytania zadawane sobie" wydanego w 1954 roku.
Przez blisko 40 lat nie wracała do tamtego czasu. Pisał o tym krytyk literacki Tadeusz Nyczek z Krakowa: "Szymborska milczy. Nie tłumaczy się, nie odcina, nie leży krzyżem, nie przeprasza. Być może uznała, że złych albo głupich słów nie da się zmazać innymi słowami, innymi gestami. Cóż by miała sądzić o literaturze, jej kruchym sensie, gdyby uznała, że słowa tak łatwo dadzą się wykreślać? Krzywdy, jeśli były, pozostają krzywdami; tylko skrzywdzony może wybaczyć albo nie. Jeśli można coś tu naprawić, to tylko innym, lepszym uczynkiem. Szymborska nigdy już nie zaprzęgła poezji do jakiejkolwiek walki".
Zdecydowała się zabrać głos dopiero w 1991 roku, gdy dostała prestiżową niemiecką nagrodę im. Goethego. Może uznała, że to czyni z niej, chcąc nie chcąc, publiczną osobę i jakoś ją zobowiązuje? W przemówieniu z okazji uroczystości wręczenia nagrody we Frankfurcie mówiła: "Rzeczywistość objawia się czasem od strony tak chaotycznej i zastraszająco niepojętej, że chciałoby się wykryć w niej jakiś trwalszy porządek, dokonać w niej podziału na to, co ważne i nieważne, przestarzałe i nowe, przeszkadzające i pomocne. Jest to pokusa groźna, bo często wówczas między świat i postęp wciska się jakaś teoria, jakaś ideologia, obiecująca wszystko posegregować i objaśnić. Są u nas pisarze, którzy oparli się tej pokusie i woleli zawierzyć własnemu instynktowi i sumieniu niż wszelkim pośrednikom. Ja tej pokusie niestety uległam, o czym świadczą dwa pierwsze zbiorki wierszy".
W tym samym roku w wywiadzie dla "Tygodnika Literackiego" doda: "Należałam do pokolenia, które wierzyło. Ja uwierzyłam. Wypełniałam swoje "wierszowane zadania" z przekonaniem, że robię dobrze. Jest to najgorsze doświadczenie w moim życiu".
Ewa Lipska, która zaprzyjaźniła się z Szymborską w latach 60. jako dwudziestokilkuletnia dziewczyna, a jej wspólny z Noblistką tomik poezji ukazał się niedawno we Francji, powie nam: - Moim wspaniałym starszym kolegom zdarzało się popełniać poślizgi. Opowiadali mi później, na czym polegało to uwiedzenie. Zostałam przez nich wychowana i dzięki ich okaleczeniom jestem taka, jaka jestem. Moje pokolenie zrobiło interes na ich doświadczeniu. To wielkie szczęście być artystą w epoce, w której historia nie ma okazji cię sprawdzić.
Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny II